Barbara Stanisławczyk: "Ostatni krzyk. Od Katynia do Smoleńska – historie dramatów i miłości.

CZYTAJ WSTĘP: Zginęli w Smoleńsku na grobach swoich bliskich, domykając w ten sposób metafizyczną wręcz klamrę historii i polskiego losu

FRAGMENTY. Część 1

1. Wyjazd

Gdyby nie uroczystości w Kaliszu, Ewa Bąkowska pojechałaby do Smoleńska pociągiem 9 kwietnia. Miesiąc wcześniej Andrzej Przewoźnik zadzwonił do niej z taką propozycją. Odmówiła. 8 kwietnia w Kaliszu odbywała się sesja poświęcona jej dziadkowi, generałowi Mieczysławowi Smorawińskiemu, a następnego dnia nadawano jego imię Technikum nr 2 w Zespole Szkół Ekonomicznych, do którego kiedyś uczęszczał. Musiała tam być. Jedyna wnuczka generała. Brać udział w sesji, odsłonić tablicę pamiątkową i posadzić dąb pamięci. Na tydzień przed planowanym wyjazdem odezwał się do niej Andrzej Sariusz‑‌Skąpski i namawiał: „Będzie pani do wieczora w Kaliszu, prześpi się pani w Warszawie i rano poleci wygodnie samolotem”. Po tym telefonie Ewa jadła śniadanie z Barbarą Bułat, koleżanką z Biblioteki Jagiellońskiej, o, tu przy tym stole, w pokoju pracowniczym, i się wahała. Ta logistyka… Będzie jeszcze miała pamiątki po dziadku, co z nimi zrobić? Nie wiedziała, że w Rodzinach Katyńskich toczy się walka o miejsca i że Andrzej Sariusz‑‌Skąpski je przydziela. Zdecydowała się. To był piątek. Miała przesłać paszport do ROPWiM, żeby wbito rosyjską wizę. Wysłała go przez firmę kurierską, która zapewniała, że paszport zostanie dostarczony na poniedziałek. Ewa się zdziwiła, kiedy rano zadzwoniła do Rady i pani szybko bez sprawdzania odpowiedziała: „Tak, jest”. A w środę otrzymała telefon od innej pani z Rady, że paszportu jednak nie ma. Ewa się zdenerwowała. Pytanie: kto zgubił? Kwit z firmy kurierskiej wyrzucony. Barbara przy śniadaniu, przy tym samym stole, stwierdziła: „No, trudno. Najwyżej nie polecisz. To nie jest sprawa życia i śmierci”.

– Gdybym wtedy wiedziała, jak bardzo się mylę – mówi dziś. – W tej chwili myślę sobie, że to był znak. Nie układało się. Trzeba było słuchać znaków.

Wtedy wyglądało to inaczej. Firma kurierska odnalazła paszport. Zdążyła go wysłać jeszcze tego samego dnia i na piątek wiza była gotowa. W Wielki Czwartek, 1 kwietnia, Ewa była ostatni dzień w pracy, bo wzięła sobie kilka dni wolnego na przygotowania do świąt i do podróży. Pożegnała się z Barbarą zwyczajowym: „Do zobaczenia we wtorek, jak dożyję”.

Drugi dzień świąt Ewa spędziła z córkami i z mężem, chociaż od półtora roku byli w separacji. Znowu się całą czwórką pokłócili. Atmosfera nie była najlepsza. W dniu wyjazdu Darek przyjechał, żeby odwieźć Ewę na dworzec. Pożegnali się w domu, po raz pierwszy od dłuższego czasu bardzo serdecznie. Z pociągu Ewa zadzwoniła do Magdy, młodszej córki, żeby jej powiedzieć, że za chwilę będzie przejeżdżać obok jej mieszkania. Widząc Magdę w oknie, pomachała jej na pożegnanie, ale córka już jej nie dojrzała.

Do Kalisza zjechała niemal cała rodzina Smorawińskich. Po uroczystościach zwiedzali zabytkowe miasto i wtedy Ewa zapytała Andrzeja z warszawskiej gałęzi Smorawińskich: „Nie wziąłbyś mnie jutro do Warszawy?”. „Oczywiście”, odpowiedział. Tym chętniej, że wracał sam. Wyjechali o szesnastej. Przedtem Ewa odebrała zamówione dzień wcześniej dwie biało‑‌czerwone wiązanki: jedną na grób dziadka, generała Smorawińskiego, drugą na grób generała Bohatyrewicza. Ciotka Ewy, Ewa Gonera, zauważyła, że kwiaty nie mają pojemników na wodę, i powiedziała: „Ewo, przecież te kwiaty nie dolecą do Katynia”.

Ale nie było już czasu. Musieli jechać.

Z hotelu zadzwoniła do matki.

– Mamiku kochany, jestem już w Warszawie, w swoim pokoiku hotelowym, jeszcze tylko się umyję i idę spać, bo rano, na piątą, mam zamówioną taksówkę. Jak wrócę, to ci, Mamiku, wszystko opowiem. Pa, Mamiku, do zobaczenia w sobotę wieczorem.

Janina Smorawińska spojrzała na zegarek. Była dwudziesta pierwsza.

 

2. 70 lat wcześniej

W ostatnie przedwojenne wakacje Mieczysław Smorawiński przyjeżdżał do domu rzadko i na krótko. Zwykle w sobotę późnym popołudniem, a w niedzielę wieczorem się żegnał. Jego czternastoletni wówczas syn, Jerzy, doskonale zapamiętał to lato.

„Któregoś niedzielnego poranka zjawił się konno żołnierz, prowadząc drugiego wierzchowca luzem. Była to klacz ojca, a moja ulubienica, «Wierna», karej maści z białą gwiazdką na czole. Mając za sobą pierwsze próby jeździeckie, teraz ruszam z ojcem na przejażdżkę: on na «Zamszu», pięknym kasztanie, ja na «Wiernej».

Po wczesnym obiedzie byliśmy w siodłach. Upał dawał się we znaki i nam, i koniom, więc z przyjemnością wjechaliśmy w cieniste drożyny leśne, a ojciec, znając teren z polowań, prowadził szlakiem wiodącym wokół lotniska. Gdy znaleźliśmy się w obrębie rzadkiego, młodego zadrzewienia, ruszyliśmy galopem… Byłem upojony jazdą, kiedy przy pierwszych drzewach zwolniliśmy. Jechaliśmy teraz obok siebie stępa, konie ciężko robiły bokami, szedł gorąc od ich zmierzwionej sierści.

– Dobrze tak jechać strzemię w strzemię, prawda? – zapytał ojciec.

A więc i on odczuwał podobnie (…)”.

Rozmawiali jeszcze o wakacjach, które zamiast nad morzem spędzali w niedalekim Świdniku, ponieważ ojciec nie chciał, żeby tego roku oddalali się za bardzo od Lublina. Myśli czternastoletniego Jurka wciąż wracały do tematu, który absorbował uwagę dorosłych. Wojna. Jedni mówili, że będzie, bo musi, inni, że Hitler nie odważy się uderzyć. Zapytał więc ojca:

– Tatusiu, będzie wojna?

Ojciec chwilę się zastanawiał i słychać było tylko skrzypienie siodeł, po czym odpowiedział:

– Wiele wskazuje na to, że tak. Hitler od dawna ustawił przemysł dla celów militarnych, coraz bardziej się zbroi.

„Z tego, co ojciec mówił, wynikało, że wojna jest nieunikniona, a jej wybuch to tylko kwestia czasu i to zapewne niedługiego”.

– Ale przecież my Hitlera pobijemy? – upewnił się.

Odpowiedział optymistycznie, wskazując na przewagę Anglii, Francji i Polski nad Niemcami…

„Przerwał, bo spokojnie idące do tej pory konie poczęły nagle bić ogonami, skakać w miejscu i szaleć. Spostrzegłem obok drogi drzewo, chyba lipę. Wokół niej powietrze drżało od brzęku. Pszczoły! Już jedna bzyczała w grzywie «Wiernej», a ta runęła przed siebie, waląc dziko kopytami. To samo działo się z «Zamszem». Po dobrej chwili, gdy ojciec dopadł mej chrapiącej klaczy i pewną ręką ściągnął wodze, udało się zmusić ją do stępa. Jechaliśmy już wzdłuż zabudowań (…).

Przed domem zastaliśmy samochód. Zdziwiłem się trochę, że nie jest to jak zawsze służbowy buick, lecz wojskowy łazik. Wyskoczył z niego podoficer i coś ojcu służbiście zameldował, a ja poszedłem pod studnię, gdzie żołnierz obmywał czerwone od krwi kolana «Wiernej». Po chwili z werandy szybkim krokiem wyszedł ojciec i wsiadł do łazika. Zgrzytnął zapuszczany silnik, samochód ruszył. Ojciec obejrzał się z tylnego siedzenia i skinął ręką w moim kierunku. Za moment zniknął za zakrętem. Tak widziałem go ostatni raz w czasie pokoju (…)”.

Drugiego września bomby spadły na lotnisko w Świdniku, huczało też od strony Lublina i Smorawińscy postanowili wracać. Mieszkali w budynku Dowództwa Okręgu Korpusu, który według wszelkiego prawdopodobieństwa mógł się stać celem ataków lotniczych. Ale o przeprowadzce nie było mowy. Generał powiedział:

– W takich chwilach oczy społeczeństwa zwracają się ku ludziom na eksponowanych stanowiskach. Nie wolno robić niczego, co mogłoby powodować niepokój mieszkańców.

Z tego samego powodu nie pozwolił żonie wybrać oszczędności z banku. W początkach września jeszcze spał w domu. „Ściślej mówiąc, to ja spałem, a on miał posłanie” – wspominał Jerzy. Którejś nocy obudził się i zobaczył ojca siedzącego na łóżku. Myślał, że tak wcześnie wstaje, a generał dopiero kładł się spać. Nieraz żona prosiła go, by się położył, odpoczął. Machał wtedy ręką i mówił: „Zdrzemnąłem się w samochodzie”. Miał nadzieję, że dostanie dowództwo grupy operacyjnej. On albo Kleeberg. Wybrano Kleeberga. Mocno to przeżył, ale z nie mniejszą energią, jako dowódca terytorialny, zabrał się do organizowania mobilizacji, zaopatrzenia, ewakuacji i innych prac o charakterze administracyjno‑‌wojskowym.

„Wtedy, we wrześniu, patrząc chłopięcymi oczyma, widziałem w nim dzielnego żołnierza, pięciokrotnie rannego podczas poprzedniej wojny, i wierzyłem, że zawsze da sobie radę. A że nie sypia? On potrafi, gdy potrzeba, obywać się nawet bez snu. Gdy jednak przyszło niebezpieczeństwo, denerwowałem się”.

Tak było podczas ciężkich nalotów 9 września. Siedzieli w schronie DOK‑‌u. „Tynk i odłamki gruzu sypały się na głowy, a ziemia pod stopami falowała od wybuchów”. A Jerzy myślał, co się dzieje z ojcem, przecież on jest tam, na górze. „Zjawił się pod koniec nalotu, jak zawsze opanowany, a jego spokój się nam udzielił. Jakaż ulga! Zamienił kilka słów z matką i wyszliśmy. Mieszkanie było zniszczone, musieliśmy je opuścić. Udaliśmy się do kuzynki, która mieszkała w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a późnym wieczorem przybył tam także ojciec i pozostał z nami około kwadransa. Czyż mogłem przypuszczać, że widzę go ostatni raz? Że żegnamy go na zawsze? Rozstanie nie różniło się od wielu poprzednich. Dziś nie umiałbym nawet powiedzieć, czy uścisnął mnie mocniej niż zwykle. Za to jego ostatnie słowa utkwiły mi w pamięci.

– Pamiętaj, żebyś się matką opiekował!”.