Rozmwa z Grzegorzem Wąsowskim - adwokatem,  który współkieruje pracami Fundacji  "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem  pamięci o żołnierzach polskiego  podziemia niepodległościowego z lat  1944- 1954. (www  fundacjapamietamy.pl)

 

Na III Festiwalu III Festiwal Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni wielkie wrażenie na publiczności zrobił - pokazany poza konkursem - film Arkadiusza Gołębiewskiego "Sny zdradzone, sny odzyskane". Opowiada historię rodziny Borychowskich z Borychowa - dzieci "bandytów", czyli żołnierzy niezłomnych zabitych przez UB. Dzieci Borychowskich zostały wysłane do domów dziecka, później zostały skazane na społeczna degradację i lata upokorzeń. Dopiero w latach 2000. - co pokazuje film - ci ludzie "odzyskali sny", czyli zdjęto z nich piętno, nadając należne miano bohaterów. Zrobili to konkretni ludzie - z kierowanej przez Pana Fundacji "Pamiętamy".

Pozwoli Pan, że zacznę od krótkiej refleksji natury ogólnej. Otóż wspomniany przez Pana film Arka Gołębiewskiego jest wzorcowym wręcz przykładem, jak w sposób interesujący dla przeciętnego  widza  należy opowiadać o historii zmagań naszych, przywiązanych do sprawy wolności przodków z komunistami. Obraz ten pokazuje los bezbronnej polskiej rodziny, w tym dzieci, głęboko doświadczonej przez reżim komunistyczny. Jest w sumie suchym, pozbawionym zbędnych ozdobników, i przez to wstrząsającym, zapisem ludzkiego cierpienia. W wielu filmach dokumentalnych traktujących o tym wycinku naszych dziejów widz otrzymuje potężną porcję danych - nazwiska  i pseudonimy, stopnie wojskowe, straty osobowe itd. Uważam, że taki sposób przekazu ani nie budzi, ani nie pogłębia wrażliwości historycznej widzów. Kwestię tę trafnie zobrazował Zbigniew Herbert w wierszu  Pan Cogito czyta gazetę. Wspomniał  w nim, prawidłowo rozpoznając „wrażliwość” masowego odbiorcy, o 120 poległych żołnierzach, którzy nie przemawiają do wyobraźni/ jest ich za dużo/ cyfra zero na końcu/ przemienia ich w abstrakcję. Film Sny stracone, sny odzyskane jest wolny od tego błędu. Dzięki temu oddziałuje na wrażliwość widzów i jako taki jest przydatny w żmudnym procesie odbudowy więzów wspólnotowych, zerwanych przez komunizm. Dlatego uznaję ten dokument za ważny. Moim zdaniem jednymi  z najpotrzebniejszych działań  naszych czasów są starania o to, abyśmy przetrwali jako wspólnota ludzi szanujących wolność i wartości, które pozwalają wolność chronić i rozwijać, a także bronić jej, kiedy jest zagrożona. W tej wrażliwości mieści się oczywiście szacunek do ludzi, którzy w mroku nocy terroru komunistycznego, w czasie pełnego i niezwykle brutalnego triumfu systemu komunistycznego, który w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze,  bronili prawa człowieka do wolnego życia na ziemi i  w obronie tego prawa  ginęli czy  cierpieli. Dotyczy to przede wszystkim uczestników walki czynnej, jak i  ludzi pełniących rolę  zaplecza terenowego partyzantki, bez którego ci zbrojni nie mogliby przecież działać. Ludzi takich jak Marian i Czesława Borychowscy.

 

Jednak film Sny stracone, sny odzyskane kariery telewizyjnej raczej nie zrobił...

Gdyby TVP S.A. była  rzeczywiście poważnie zainteresowana realizacją misji, jaka  zgodnie z porządkiem prawnym jest jej udziałem, to film Sny stracone, sny odzyskane zostałby wyemitowany w bardzo dobrej porze oglądalności w programie pierwszym albo drugim. Ale w mojej opinii  nie jest. I dlatego film ten mogli obejrzeć widzowie elitarnego, jeżeli oceniać po wskaźnikach oglądalności, kanału TVP Historia i tzw. nocne marki - o ile wiem film został wyemitowany  nie tylko w TVP Historia, ale także w programie drugim TVP, tyle że gdzieś w okolicach północy. W konsekwencji wyobrażenie całkiem dużego kontyngentu młodzieży, czyli ludzi pozbawionych istotnych doświadczeń własnych z czasów PRL-u, na temat okresu komunistycznego zniewolenia kształtują duże współczesne produkcje fabularne Różyczka czy Rewers. Silnie zarysowany w obu tych filmach motyw bezlitosnego wykorzystywania przez funkcjonariuszy tajnych służb komunistycznych uwiedzionych przez nich kobiet  zapewne nasuwa  widzom smutny wniosek, że niektóre niegodziwe metody tajnych policji są ponadczasowe. A to z kolei skłania wielu młodych ludzi, często  przekonanych o tym, że była posłanka Platformy Obywatelskiej Beata Sawicka padła ofiarą żigolaków z CBA, żeby użyć wyrażenia pana posła Gowina, do konstatacji, że  czasy pokazane w Różyczce czy Rewersie, oceniając rzecz  z perspektywy relacji władza- jednostka, nie są jakościowo różne od  koszmaru, który skończył się wraz  z odejściem rządu premiera Jarosława  Kaczyńskiego. Przy tym nie ma istotnego znaczenia, że wspomniane filmy nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, którą miały zobrazować. Uchodzą  jednak, gdyby brać na poważnie poświęcone im recenzje, za wybitne dzieła traktujące o tamtych realiach. Pamiętajmy, w tym wątku naszej rozmowy, także o  nieśmiertelnym, a dotyczącym późniejszego okresu rządów partii komunistycznej filmie Miś. Dla wielu miłośników tej świetnej komedii jedną  z najzabawniejszych scen w filmie jest obraz trenera drugiej kategorii, bodaj Jarząbka, który, nie wiedząc, że jest obserwowany, wygłasza wiernopoddańczy tekst pod adresem prezesa klubu Tęcza. Swoją przemowę kieruje do szafy, w której stoi uruchomiony przez niego, tuż przed rozpoczęciem wygłaszania laudacji, magnetofon. Dla mnie jest to jedna z najlepszych sekwencji filmowych traktujących o kondycji przeciętnego człowieka pod rządami partii komunistycznej. Tyle że w odróżnieniu od znakomitej większości rodaków uznaję ją za bardzo smutną. Bo to jest scena, w której obserwujemy człowieka, który już dawno przegrał walkę o własną godność, a my, oglądając co wyczynia przed ową szafą, widzimy tego stanu żałosny skutek. A czy porażka w walce o ocalenie własnej godności nie była w tamtych czasach  udziałem milionów, podobnie jak trener Jarząbek dających w różny sposób dowody uznania prezesowi klubu, czyli partii komunistycznej? Mam na myśli choćby obecność na pierwszomajowych pochodach, gdzie niektórzy, uśmierzając mechanizmem samooszustwa poczucie wstydu, bronili się jeszcze przed sobą, chwytając za biało- czerwone, a nie za czerwone flagi. Nie mówię tego, aby komukolwiek sprawić przykrość, czy tym bardziej kogoś obrazić. Mówię o tym, aby podkreślić, że często wyrażane przekonanie, że Polska była najweselszym barakiem w obozie krajów demokracji ludowej jest następstwem ahistoryczności wielu z nas, podlewanej obficie inicjatywami typu kochamy polskie seriale oraz wcielanym w czyn rozumowaniem, że rok bez powtórzenia serialu Czterej  pancerni         i pies oraz Stawka większa niż życie jest rokiem dla kultury straconym. Pamiętajmy, w imię elementarnej wierności wobec faktów, że  ten rzekomo  najweselszy barak w obozie został zbudowany na kościach dziesiątków tysięcy naszych rodaków, np. Mariana Borychowskiego, na cierpieniach kolejnych  setek tysięcy, np. dzieci Mariana i Czesławy Borychowskich, i mógł trwać dzięki mechanizmom powodującym upokorzenie milionów ludzi. Niezrozumienie tego, powtarzam: dość powszechne, jest jednym z wielu przejawów infantylizmu trawiącego  nasze społeczeństwo. W sumie jest to wytłumaczalne- wykazywany w wieku dojrzałym infantylizm jest przecież jedną z form ucieczki przed  postawieniem sobie niewygodnych  pytań i podjęciem próby znalezienia na nie odpowiedzi. Przy okazji, skoro dotknęliśmy tematu X Muza a okres komunizmu, polecam Dom zły czy produkcję naszych południowych sąsiadów Czeski błąd. To poruszające filmy. Można się z nich całkiem sporo dowiedzieć o czasach, które stanowią tło fabuły. A klasą dla siebie jest ostanie dzieło Wojciecha Smarzowskiego „Róża”. Film, fabularny czy dokumentalny, to znakomite narzędzie uwrażliwiania ludzi na historię. Tylko trzeba umieć to robić. W każdym razie Arkowi Gołębiewskiemu  w filmie Sny stracone, sny odzyskane sztuka ta się udała.

 

Jak doszło do odnalezienia rodziny Borychowskich?

Zaczynem odnalezienia przez nas  rodziny  Państwa Borychowskich były zapoczątkowane w 2000 r. działania Fundacji „Pamiętamy” obliczone na upamiętnienie żołnierzy walczących na Białostocczyźnie i Podlasiu w szeregach 5 a następnie 6 Brygady Wileńskiej AK. Starania te zostały uwieńczone we wrześniu 2001 r. wzniesieniem okazałego pomnika w Siedlcach.Wymienione jednostki partyzanckie uznaję za jedne z najlepszych, najbardziej walecznych oddziałów polskiej antykomunistycznej partyzantki. Stawiały one zbrojny opór komunistom nieprzerwanie od kwietnia 1945 r do jesieni 1952 r. Epopeja tych oddziałów, a z czasem już tylko kilkuosobowych  patroli, jest nierozerwalnie związana z Podlasiem- piękną krainą, która wielokrotnie dawała świadectwo przywiązania do wolności; wystarczy wspomnieć Powstanie Styczniowe i postać księdza  Stanisława Brzóski.  Gdzieś w początkach 2005 r. uznaliśmy, że warto podjąć dzieło nadania materialnego kształtu - w wymiarze symbolicznym – wspomnianemu wieloletniemu zakorzenieniu partyzantów Brygad Wileńskich w krajobrazie Podlasia. Tak zrodził się pomysł, aby w miejscach, w których zginęli  żołnierze ostatnich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK postawić pomniki upamiętniające ofiarę złożoną przez nich w obronie  wolności. Wczesną wiosną 2005 r. idea weszła w stadium realizacji. I tak znaleźliśmy się w Borychowie, gdzie  w zmasowanym ogniu broni maszynowej komunistycznej obławy padł  30 września 1950  r. czteroosobowy patrol 6 Brygady Wileńskiej AK. Do Borychowa pojechaliśmy „w ciemno”, uzbrojeni w monumentalną monografię odtworzonych na Podlasiu Brygad Wileńskich, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego (Łupaszka, Młot, Huzar. Działalność  5 i 6 Brygady Wileńskiej AK), i dobre chęci. Po przyjeździe na miejsce wytypowaliśmy zabudowania, w których postanowiliśmy zasięgnąć języka. Wjechaliśmy na podwórze, gdzie wkrótce pojawił się gospodarz, w słusznym już wieku, którego zapytaliśmy o wydarzenia z września 1950 r. Ponieważ człowiek był przychylnie nastawiony do rozmowy na ten temat, bardzo szybko poinformowaliśmy go, że mamy zamiar upamiętnić zabitych na polach Borychowa partyzantów oraz Mariana Borychowskiego -  miejscowego gospodarza, którego komuniści zamęczyli w więzieniu za to, że udzielał schronienia leśnym. Zapytaliśmy naszego rozmówcę, czy jego zdaniem mieszkańcy Borychowa mieliby coś przeciwko takiemu upamiętnieniu. Pamiętam jak dziś, że odpowiedział: a dlaczego mieliby  być temu przeciwni? Sądzę, że nie. To wydarzenie należy upamiętnić. Nie wiem czy pomnik w Borychowie stanąłby, gdyby ten człowiek okazał sprzeciw wobec naszej inicjatywy. Nie dlatego, że łatwo się poddajemy. Przeciwnie, np. o prawo postawienia w Radomiu pomnika  upamiętniającego żołnierzy z oddziałów Związku Zbrojnej Konspiracji poległych w zmaganiach z komunistami w latach 1946 - 1954 walczyliśmy z eseldowskimi  wówczas- rzecz działa się w latach 2000- 2001 r.- władzami Radomia ponad rok i w końcu walkę tę wygraliśmy; pomnik, o którym wspominam, stanął w wybranym przez nas miejscu , w pobliżu dworca PKP w Radomiu,   a w uroczystości jego odsłonięcia w czerwcu 2001 r. wzięło udział kilka tysięcy ludzi. Po prostu nie widzimy sensu stawiania tego rodzaju upamiętnień wbrew woli większości członków lokalnej wspólnoty. Zaś nasz rozmówca z Borychowa wydał się nam człowiekiem rzetelnym, który w sposób obiektywny odda prawdopodobny stosunek mieszkańców tej wsi  do naszej inicjatywy. Szczęśliwie dla naszych planów,  dodał   nam przysłowiowego wiatru w żagle. Na dodatek dowiedzieliśmy się od niego, że jedna z córek Mariana Borychowskiego, Pani Teresa Zawadzka, zamieszkuje w sąsiadujących z Borychowem  Zawadach. Los nam sprzyjał. Tak miało być, po prostu. Podziękowaliśmy  naszemu rozmówcy za poświęcony nam czas  i  pojechaliśmy do Zawad,  złożyć niezapowiedzianą wizytę Pani Teresie Zawadzkiej z domu Borychowskiej.

 

Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie?

Było trudne, wzruszające i zapadające w pamięć. Takie spotkania  z zasady nie należą do łatwych. Wiemy coś na ten temat, bo odbyliśmy ich już wiele. Poruszamy przecież sprawy , które dla naszych rozmówców są  bardzo bolesne, są  po prostu ciągle niezagojoną raną. Kiedy zjawiliśmy się u Pani Teresy Zawadzkiej i przedstawiliśmy jej plany, które nas do niej przywiodły, to była tak zdziwiona, że nie przesadzę twierdząc, że gdybyśmy powiedzieli jej, że przylecieliśmy z Marsa, to pewnie przyjęłaby to z mniejszym zdziwieniem, co z nas za cudaki. Jak już doszła do siebie, to powiedziała przez łzy : pamiętajcie, panowie, że w domu mojego ojca ubecy nie znaleźli żadnej kradzionej rzeczy. Takie chwile zapadają w pamięć. Zresztą to jest może najbardziej tragiczny moment tej historii, w jej współczesnej odsłonie. Ten, będący wynikiem dziesiątków lat życia  z brzemieniem  rodziny bandyckiej, mechanizm obronny: panowie, mój ojciec nie był paserem, a ci partyzanci, którym udzielał schronienia, nie byli złodziejami. Po piętnastu latach od upadku komunizmu w Polsce. Ten obrazek  chyba powinien być powodem do smutnej zadumy  nad kondycją naszego społeczeństwa. Jak bardzo  komunizm nas, jako wspólnotę, spustoszył, skoro tak długo  nie potrafiliśmy dać takim ludziom jak Borychowscy nawet namiastki zadośćuczynienia, w wymiarze emocjonalnym i symbolicznym, za ich cierpienia? Podkreślam, że sytuacja jaką opisuję nie jest wyjątkiem, lecz raczej normą. Takie osoby jak Borychowscy żyją pośród nas  i często do dziś nie zostały objęte symbolicznym, współczującym ramieniem zbiorowości,  nie doczekały się gestu będącego emanacją  naszego szacunku i empatii dla ofiary ich bliskich a także dla będącego ich udziałem cierpienia za sprawę wolności. A przecież jesteśmy, my- szanujący wolność, im to winni.

 

W historii Borychowskich przeraża między innymi fakt, że odwet ze strony komunistów nie ominął nawet małych dzieci.

Tak. Władza ludowa była  całkowicie wolna od choćby odrobiny wspaniałomyślności. Nie zwykła darowywać swym przeciwnikom, a wobec rodzin bandyckich powszechnie stosowała szykany oparte o zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Za czynny opór przeciwko  komunistom wysoką ceną płaciły całe rodziny walczących. Także dzieci. Przypadek  Borychowskich jest dramatyczny, ale w tamtych czasach – utrwalania władzy ludowej- to była, niestety, norma. Płynie z tego ważny wniosek: historia, o której rozmawiamy, nie została zamknięta, czasem przeszłym dokonanym, z chwilą zabicia ostatniego partyzanta. Ona miała dalszy, dramatyczny ciąg. Cichymi bohaterami kolejnych rozdziałów tej historii były rodziny Żołnierzy Wyklętych, niosące przez długie dekady rządów komunistycznych nie tylko krzyż cierpienia po stracie bliskiej osoby: męża, syna, ojca czy brata, lecz także wspomniane już przeze mnie  brzemię rodziny bandyckiej. W praktyce oznaczało ono status obywateli drugiej albo nawet trzeciej kategorii, co wiązało z szeregiem szykan utrudniających i tak dostatecznie ciężkie życie pod rządami partii komunistycznej. To samo było oczywiście udziałem tych nielicznych Żołnierzy Wyklętych, którzy dożyli  drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i dalej (choć trzeba pamiętać, że ostatni z nich opuścili więzienia dopiero na początku lat siedemdziesiątych!). Co ważne   i straszne jednocześnie,  wszystko to musieli  oni znosić w osamotnieniu i milczeniu, przez dziesiątki lat. Dużą  ulgą w cierpieniu  bywa często możliwość podzielenia się swym bólem z innymi, daje ją również objaw empatii ze strony  otoczenia, a gdy źródłem cierpienia jest sprawa ważna dla ogółu, także i szacunek tego otoczenia. Zaś cierpienie, o którym rozmawiamy, trwało w całkowitej samotności, w najlepszym wypadku, przy obojętności otoczenia. Komunizm doprowadził  bowiem do zerwania więzów społecznych. O ile podczas okupacji niemieckiej rodzina, która ucierpiała od nazistów mogła co do zasady liczyć na współczucie i sąsiedzką pomoc, to  osobom prześladowanym  przez władze w okresie terroru komunistycznego towarzyszyła w cierpieniu jedynie samotność. To bardzo gorzki towarzysz niedoli. Dzieci Borychowskich, po tym jak funkcjonariusze UB aresztowali ich  rodziców, zanim same nie zostały aresztowane przez władzę ludową, nie miały co z sobą począć. I tylko jedna osoba spośród mieszkańców Borychowa miała odwagę przyjąć je do  siebie na nocleg. Zapłaciła za ten gest - przyjęcia dzieci pod swój dach - kilkutygodniowym uwięzieniem. I nie dziwmy się takiej postawie większości. Takie zachowanie było wynikiem kilkuletniego, intensywnego terroru  komunistycznego oraz będącego jego prostą  konsekwencją całkowitego zastraszenia i sparaliżowania społeczeństwa. Po wielu latach, kiedy działaniami Fundacji „Pamiętamy” zaczynaliśmy pisać epilog tej historii, Pani Teresa Borychowska zapukała do każdych drzwi w Borychowie, pytając czy mieszkańcy  zgadzają się na postawienie pomnika upamiętniającego jej zamęczonego przez komunistów ojca i partyzantów, którzy tuż przed śmiercią kwaterowali w jej rodzinnym domu. Wszyscy zapytani, poza jedną rodziną, wyrazili zgodę na wzniesienie takiego pomnika. Dzięki temu  oraz za sprawą dobrej woli  miejscowych władz samorządowych, które wyraziły zgodę na  to upamiętnienie, uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika odbyła się już  w kilka miesięcy od naszej pierwszej wizyty w Borychowie.

 

Za Waszą sprawą udało się też wyjaśnić, kto doniósł na Borychowskich.

I nie tylko na nich. Wyjaśnienie tej zagadki to zasługa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, pracowników IPN, wybitnych znawców dziejów zbrojnego podziemia antykomunistycznego. To oni, niedługo przed opisaną przeze mnie wizytą przedstawicieli Fundacji „Pamiętamy” u Pani Teresy Zawadzkiej, odnaleźli w archiwach bezpieki przejętych przez IPN dokumenty  wyjaśniające przyczyny tragedii w Borychowie. Dopiero wtedy, w początkach 2005 r., wyszło na jaw, że winnym zagłady partyzanckiego patrolu i cierpienia rodziny Borychowskich był niespełna osiemnastoletni wówczas Czesław Białowąs (TW Małachowski). Został on  zawerbowany przez UB do współpracy w marcu 1950 r. Człowiek ten cieszył się  pełnym zaufaniem partyzantów, gdyż pochodził z rodziny bardzo zaangażowanej w działalność niepodległościową. Jego najstarszy brat (przyrodni) Stanisław Białowąs Boruta był zasłużonym konspiratorem AK- WiN. Zginął w walce z komunistami w lipcu 1946 r. - otoczony przez UB, ranny, bez szans na ucieczkę, popełnił samobójstwo. Drugi z braci Czesława Białowąsa, Witold, był partyzantem 6 Brygady Wileńskiej  AK  i  pod pseudonimem Litwin walczył w jej szeregach aż do sierpnia 1952 r., kiedy to, ciężko ranny w walce, wpadł w ręce ubeków. Matka Białowąsów , za pomoc udzielaną partyzantom, siedziała wówczas, w początkach 1950 r., w więzieniu. Znając  te fakty trudno się dziwić, że TW Małachowski, miał możliwość stosunkowo łatwego dotarcia do partyzantów spod znaku 6 Brygady Wileńskiej AK. Dzięki Kazimierzowi Krajewskiemu, który jest merytoryczną podporą Fundacji „Pamiętamy”, już podczas pierwszego pobytu u Pani Teresy Zawadzkiej mieliśmy możliwość podzielenia się z  nią informacją, kto jest odpowiedzialny za tragedię jej rodziny. Początkowo nie mogła w to uwierzyć. Czesław Białowąs był  szkolnym kolegą jej starszej siostry, Janiny. Poza tym bezpieka, chroniąc swego agenta, starała się wyrobić w mieszkańcach Borychowa i pobliskich wsi przekonanie, że doniósł ktoś inny. I to bezpiece się udało - przez ponad pół wieku mieszkańcy tamtych okolic byli przekonani, że miejsce postoju partyzantów zdradził jeden z mieszkańców Borychowa.

 

Ta historia przypomina dzieje Pawki Morozowa. A jednocześnie uczy, że bezpieka była w stanie zrobić wiele dla osłony swej agentury.

Ma Pan rację. Ten sam mechanizm, służący ochronie TW Małachowski przed podejrzeniami o współpracę, komuniści zastosowali także wobec społeczności Jabłonny Lackiej, wsi leżącej kilkanaście kilometrów od Borychowa. Nieopodal Jabłonny Lackiej, w lesie pod wsią Toczyski- Podborne, 7 kwietnia 1950 r. siły reżimu, na skutek donosu  złożonego przez tegoż konfidenta, zlokalizowały i otoczyły dziewięciosobowy pododdział            6 Brygady Wileńskiej AK dowodzony przez  legendarnego wtedy w tamtych stronach por. Józefa Ludwika Małczuka Brzaska. W nierównej walce, w której siły obławy liczyły 400 żołnierzy KBW, zginęło trzech partyzantów, w tym Brzask. Pozostali członkowie pododdziału Brzaska szczęśliwie zdołali przedrzeć się przez trzy pierścienie okrążenia i umknąć obławie. Donos na partyzantów Brzaska został złożony przez TW Małachowski już w dwa tygodnie po tym, jak został on  zwerbowany przez UB.  O powodach tak łatwego dotarcia przez tego konfidenta do partyzantów już mówiłem. Grozę sytuacji potęgują dwa fakty, oba o wymiarze symbolicznym. Po pierwsze, zdrajca odwiedził obozowisko partyzantów z okazji Świąt Wielkanocnych. Po drugie, spotkał się wtedy ze swym bratem, Witoldem, członkiem grupy Brzaska. W leśnym obozowisku przebywał TW Małachowski przez dwa dni, co pozwoliło mu poznać wielu współpracowników terenowych Brzaska, którzy  mieli pecha odwiedzić wtedy miejsce postoju oddziału. Na koniec bytności pośród partyzantów konfident  wyściskał  swego brata oraz jego towarzyszy walki - prawdziwy, współczesny pocałunek Judasza- a następnie ruszył prosto do Sokołowa Podlaskiego, gdzie na ręce szefa tamtejszego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa złożył doniesienie o miejscu pobytu oddziału Brzaska . Efektem tego donosu TW Małachowski było, poza śmiercią trzech partyzantów, aresztowanie ponad 60 współpracowników grupy Brzaska. W przeprowadzonych wkrótce procesach zostali oni skazani na wysokie kary więzienia, zapadły też dwa wyroki śmierci, na szczęście nie wykonane. I tylko jedna osoba spośród aresztowanych i sądzonych wówczas współpracowników oddziału Brzaska odpowiadała z wolnej stopy a następnie została skazana na karę pozbawienia wolności, której wykonanie zostało zawieszone. Zaś po procesie została ona wywieziona pod ochroną  UB, w biały dzień, w nieznanym kierunku- jak wkrótce dowiedzieli się mieszkańcy Jabłonny Lackiej  na  ziemie zachodnie. Dla formalności tylko dodam, że każdy z pamiętających tę sprawę mieszkańców Jabłonny Lackiej był święcie przekonany- i taki też był przekaz pokoleniowy-  że to  właśnie owa osoba była zdrajcą  i doprowadziła do śmierci Brzaska, jego dwóch żołnierzy, a także spowodowała liczne aresztowania wśród współpracowników oddziału. Nic bardziej błędnego. Ta osoba była tylko ofiarą gry bezpieki, która, chcąc chronić cennego agenta, czyli TW Małachowski, zrobiła wszystko, aby podejrzenia  miejscowej ludności i trwających jeszcze w lesie partyzantów padły na kogoś innego.

A teraz puenta do tego wątku. W maju 2006 r. w Jabłonnie Lackiej , staraniem Fundacji „Pamiętamy”, stanął pomnik upamiętniający Brzaska i dwóch partyzantów  poległych wraz z nim w kwietniu 1950 r. w lesie pod Toczyskami. Gdy na kilka tygodni przed uroczystością wraz z kolegą przyjechałem do Jabłonny Lackiej, na spotkanie z przedstawicielami miejscowych władz, aby omówić szczegóły uroczystości, miała miejsce taka oto scena. W spotkaniu ze strony władz gminnych uczestniczyło około dziesięciu osób. Po uzgodnieniu scenariusza ceremonii, opowiadałem zebranym  kto jest winny zdrady Brzaska i w jaki sposób bezpieka, w celu zapewnienia osłony dla działań TW Małachowski, zrzuciła podejrzenie na wytypowaną przez siebie osobę. W pewnym momencie dostrzegłem, że jedna z kobiet uczestniczących w spotkaniu zaczęła płakać. Powiedziałem wtedy mniej więcej: przepraszam jeżeli czymś Panią uraziłem, nie było to moim zamiarem, ale sądzę, że ważne jest, abyście wiedzieli Państwo jak naprawdę było. Na to wójt Jabłonny Lackiej powiedział do mnie cicho - ta Pani jest synową człowieka, który decyzją bezpieki miał w oczach miejscowej społeczności uchodzić za zdrajcę. I uchodził. Przez  całe 55 lat. Łzy tej kobiety były łzami szczęścia, że pamięć jej teścia, a tym samym  dobre imię rodziny do której weszła zostało wreszcie oczyszczone. Nasza wizyta w Jabłonnie Lackiej nie skończyła się wtedy szybko –potrwała jeszcze dobrych kilka godzin. Po opuszczeniu Urzędu Gminy zostaliśmy ugoszczeni przez ową Panią i jej męża, czyli syna osoby oczernionej przez bezpiekę. To była iście królewska gościna. Trzeba było widzieć radość tych ludzi. I pamiętam jak nasza gospodyni  w pewnym momencie powiedziała do nas: mój teść jeszcze na łożu śmierci powtarzał, że nie jest winien krwi rozlanej pod Toczyskami. Wyjaśniam, że zmarł on w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Jabłonnie Lackiej. Na moje pytanie czy ludzie mu wierzyli, uśmiechnęła się smutno i powiedziała, że poza nią i jej mężem nikt nie dawał wiary w niewinność jej teścia. Dlatego gdy w kilka tygodni po wspomnianej rozmowie pomnik w Jabłonnie Lackiej został odsłonięty i podczas tej uroczystości  rozdaliśmy 600 egzemplarzy publikacji Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, w której autorzy szczegółowo opisali  kto i w jakich okolicznościach zdradził miejsce postoju pododdziału Brzaska, mieliśmy - mam na myśli osoby skupione wokół dzieła Fundacji „Pamiętamy”  - poczucie, że ta tragiczna historia sprzed lat doczekała się dopełnienia.

Tę opowieść dedykuje tym rodakom, którzy popierają postulat likwidacji IPN czy też ograniczenia budżetu tej instytucji. Gdyby nie ta placówka, to  sprawca śmierci siedmiu partyzantów, aresztowania blisko setki osób   i pośredni sprawca śmierci Mariana Borychowskiego do dziś byłby nieznany, natomiast osoby, które decyzją bezpieki miały uchodzić za winne tych ludzkich nieszczęść nadal byłyby za takie uznawane. Zaś TW Małachowski pozostałby w  społecznej pamięci przede wszystkim jako zasłużony wychowawca kilku pokoleń wrocławskiej młodzieży.

 

Chce Pan powiedzieć, że TW Małachowski został nauczycielem?

Tak. Dojrzałe lata swego życia przepracował bowiem jako nauczyciel, a od pewnego momentu także jako wicedyrektor jednego z wrocławskich liceów. To był na pewno świetny pedagog. Niedawno natrafiłem na wywiad z jedną z uczennic Czesława Białowąsa, czyli TW „Małachowski”. Pani ta jest  poetką,  aktualnie zamieszkuje w Australii. Wywiad pochodzi z 2007 r. Zapewne do dziś nie ma ona pojęcia o wydarzeniach, które przed chwilą przypomniałem Oto jak pięknie wspomina swego nauczyciela:

Drugim nauczycielem, który nie tylko pozostał mi w pamięci, ale miał wielki wpływ na to kim jestem, był mój polonista – Czesław Białowąs. Niezwykły nauczyciel. Każda lekcja z nim była ciekawa. Był bardzo mądrym, sprawiedliwym nauczycielem i jednocześnie niezwykle skromnym człowiekiem. Kochał książki i zachęcał nas abyśmy czytali, nie tylko lektury szkolne. Był też zapalonym turystą: co miesiąc zabierał wszystkich chętnych w Sudety. Raz w roku organizował obozy wędrowne. Na wycieczkach i obozach panowała bardzo mila atmosfera, żadnej musztry, żadnego ustawiania się w szeregu… Niestety, zmarł na atak serca, zaraz po wprowadzeniu Stanu Wojennego, po upadku Solidarności. Miał tylko 51 lat. Podobno bardzo wielu z Jego dawnych uczniów przyszło na pogrzeb. Ja byłam już w tym czasie w Danii.

Prawda, że ładnie? I tak mogłoby zostać. Ale powiedzmy to wprost: spoceni lustratorzy spod znaku IPN w swym zacietrzewieniu, nieliczeniu się z człowiekiem, z tą budzącą odrazę satysfakcją z grzebania się w ludzkich brudach, ci rozkochani w ubeckich, kłamliwych raportach, pętaki, zniszczyli pamięć o Czesławie Białowąsie, a w każdym razie uczynili na niej głęboką  rysę. Nikczemnicy. Jest to tym bardziej podłe, że jak wiemy od niedawna, bo pouczyła nas o tym pani Wanda Nowicka, aspirująca do roli Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, każdy porządny człowiek musi być za młodu komunistą. Zatem warunek bycia porządnym człowiekiem, postawiony przez  przyszłą Wicemarszałek Sejmu RP, Czesław Białowąs spełnił można powiedzieć w sposób wzorowy Mówiąc nawiasem, równie wartościowa logicznie byłaby taka oto implikacja: kto za młodu nie był nazistą, ten nie będzie porządnym człowiekiem.

Ta historia- wypełniona czynami Czesława  Białowąsa i krańcowo odmiennymi wyborami jego dwóch braci oraz  Mariana Borychowskiego - to dramatyczna, ale jakże przemawiająca ilustracja boleśnie prawdziwej myśli  Henryka Elzenberga, że towarzyszy mu poczucie absolutnej dwutorowości dziejów- dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.

Korzystając z okazji, zachęcam wszystkich zainteresowanych szczegółami wydarzeń w Borychowie z września 1950 r. lub historią Brzaska do lektury: wwwfundacjapamietamy.pl, zakładka Nasze Publikacje: Józef Małczuk „Brzask” Komendant Obwodu „Jezioro”. Ostatni dowódca sokołowskiej konspiracji oraz W rocznicę walki w Borychowie 30 IX 1950 r. Powiat Sokołów Podlaski w  walce przeciw komunistycznemu zniewoleniu 1944- 1952- do odczytu i swobodnego pobrania w formacie PDF.


To jednak dość smutne, że Żołnierzom Wyklętym  a także takim ludziom jak Borychowscy oddano cześć dopiero w latach 2000., i to  głównie za sprawą Państwa Fundacji, a nie urzędów państwowych.

Subiektywnie nie jest to dla mnie smutne, bo dzięki temu Fundacja „Pamiętamy” ma realny i, będę nieskromny, ważny dorobek w przywracaniu  społecznej pamięci o bohaterach walki o wolność z komunistami, a osoby zaangażowane w działalność Fundacji miały szanse spełnienia przy tej okazji kilka dobrych uczynków, ale oczywiście jest rzeczą obiektywnie karygodną, że przez pierwsze dziesięć lat po upadku komunizmu w Polsce, bohaterowie walki z władzą nieludzką spod znaku dyktatury proletariatu pozostawali w całkowitym społecznym zapomnieniu. Pisałem o tym w jednym z artykułów opublikowanych na wPolityce, ale powtórzę, bo rzecz wydaje się ważna dla zrozumienia przyczyn takiej sytuacji. Otóż stosunek kręgów opiniotwórczych III RP w okresie ostatniej dekady ubiegłego stulecia do żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie był przypadkowy. Był funkcją konceptu, którego istotnym elementem było wmawianie nam, że historia wysiłków niepodległościowych  w Polsce po roku 1944, zakończona  przecież tak pięknie w 1989 r. porozumieniem w Magdalence i przy „Okrągłym Stole”, to suma wysiłków członków partii komunistycznej pracujących na rzecz pozytywnej ewolucji systemu oraz aktywności byłych członków tejże partii , którzy po wystąpieniu z niej bądź wyrzuceniu, działali w opozycji demokratycznej. W  takim równaniu nie mogło być  oczywiście miejsca  na dodatkowy składnik, tj. tych, którzy w obronie niepodległości Polski i prawa człowieka do wolnego życia na ziemi podjęli walkę zbrojną z komunistami. Powtórzę również, przypominając sielski klimat Okrągłego Stołu, a jak wiemy z relacji Ryszarda Bugaja (patrz:  wPolityce - fragment książki Ryszarda Bugaja, "O sobie i innych", wydawnictwo "The facto” Warszawa 2010) czasami wręcz biesiadną atmosferę poprzedzających Okrągły Stół negocjacji w Magdalence, że obowiązujący  przez całą dekadę lat 90-tych ubiegłego stulecia pośród elit III RP mechanizm  utrzymywania etosu podziemia antykomunistycznego poza obszarem pamięci społecznej uważam za psychologicznie zrozumiały i łatwy do wytłumaczenia. Jeżeli bowiem siadam z przedstawicielami jakiejś formacji do stołu negocjacyjnego, piję z nimi wódkę, pozuję do zdjęć, osiągam porozumienie itd., to trudno, abym równolegle, czy chwilę potem, odbudowywał pamięć o tych, którzy zginęli w walce stoczonej z ojcami założycielami tejże formacji; zwłaszcza, że zanim Żołnierze Wyklęci w  boju swym  padli, to zadali wrogowi  realne straty. A  jeżeli  dodatkowo założymy, że  niemały kawałek swego życia spędziłem wcześniej w szeregach tej formacji, to mamy pełny obraz powodów, dla których Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodziliśmy po raz pierwszy dopiero po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości.

Mimo wszystko i z tego  należy się cieszyć, bo to duży sukces wszystkich zaangażowanych w przywracanie społecznej pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Pamiętajmy, że obowiązującą miała być wersja historii, którą w krótkich słowach  wyłożył w 1998 r. Aleksander Kwaśniewski, wówczas Prezydent RP, honorując Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, czyli najwyższym współczesnym polskim orderem. Powiedział wtedy, że Kuroń i Modzelewski byli pierwszymi, którzy otwarcie sprzeciwili się systemowi dyktatury. Zostali oni odznaczeni za wystosowany w 1964 r.  List otwarty do partii, w którym poddali krytyce partyjną biurokrację i postulowali przekazanie władzy w ręce rad robotniczych.  Pamiętajmy też o tym, że gdzieś w  drugiej połowie lat 90-tych  zrodził się pomysł, aby Włodzimierz Cimoszewicz z  Adamem Michnikiem wypracowali wspólną propozycję wykładni polskiej historii najnowszej. Ten bez wątpienia ważny dla polskiej kultury i myśli historycznej projekt nie doczekał się  jednak realizacji. Można powiedzieć, że komuś zabrakło cienkiej nici, która łączący zamiar z  jego wykonaniem. Niemniej jednak, oceniając rzecz z perspektywy mojej wrażliwości historycznej, było groźnie. Na szczęście koncept, o którym wspominam legł w gruzach, jako wyłącznie obowiązująca  w [przestrzeni publicznej narracja historyczna, gdzieś około 2000 r.

 

Czy w swych działaniach Fundacja „Pamiętamy” mogła liczyć na jakikolwiek wsparcie ze strony instytucji państwowych?

Tak, choć zacznę od tego, że nasze działania, skupiające się na symbolizacji przestrzeni i nadawaniu pamięci formy trwałej, bo tak rozumiemy znaczenie wznoszonych przez nas pomników, nie należą do sfery zadań państwa. Modelowym rozwiązaniem na tym polu jest aktywność organizacji pozarządowych dysponujących własnymi środkami, korzystających z pomocy powołanych do tego instytucji państwowych jedynie przy realizacji konkretnych projektów. I tak to działa w przypadku Fundacji „Pamiętamy”, która dzięki szczodrości darczyńców od lat systematycznie ją wspierających , przy praktycznie  zerowych kosztach własnych- działalność w ramach Fundacji „Pamiętamy” odbywa się bez wyjątku bez jakiejkolwiek gratyfikacji pieniężnej-mogła szereg inicjatyw zrealizować własnymi siłami. Natomiast instytucją wspierającą działania Fundacji była Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Zawsze  do tej pory mogliśmy liczyć na i pozytywną opinię - istotną w procesie uzyskiwania wymaganych prawem  pozwoleń na pobudowanie danego pomnika - tejże  instytucji na temat kolejnych naszych inicjatyw służących upamiętnieniu poległych i pomordowanych żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. W kilku przypadkach, gdy chodziło o pomniki wymagające większych nakładów finansowych, skorzystaliśmy także ze wsparcia finansowego ze strony Rady. To zasługa śp. Andrzeja Przewoźnika, który wysoko oceniał jakość pracy Fundacji i,  chcę  to mocno zaakcentować, doskonale rozumiał potrzebę upamiętniania ofiary złożonej przez Żołnierzy Wyklętych. Ale to także zasługa Władysława Bartoszewskiego, pełniącego funkcję Przewodniczącego Rady. Pamiętajmy, że Pan Bartoszewski w komunistycznych kazamatach przesiedział kilka lat i na swej więziennej drodze miał okazję spotkać wielu bohaterów walki zbrojnej z komunistami. Miałem  raz okazję zamienić z nim kilka zdań na ten temat. W tej krótkiej rozmowie wyraził jednoznaczne przekonanie o zasadności upamiętniania ofiary złożonej na ołtarzu wolności w walce z komunistami. Ostatni pomnik wzniesiony siłami Fundacji, upamiętniający 230 żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistami w latach 1945 – 1954, stanął w Radomsku we wrześniu 2010 r., już w czasach, gdy funkcję Sekretarza Rady pełnił Pan Andrzej Kunert. To jeden z projektów zrealizowanych  przez Fundację przy wsparciu Rady. Także Prezydent RP Bronisław Komorowski podjął kilka działań świadczących o woli kontynuacji procesu przywracania pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Kilka tygodni temu uhonorował  on orderem wysokiej rangi jednego z dzielniejszych dowódców polowych 5 Brygady Wileńskiej AK z okresu walki z komunistami, por. Zygmunta Błażejewicza Zygmunta. A przecież Zygmunt osobiście zlikwidował wielu  sowietów oraz komunistycznych konfidentów, zaś 18 sierpnia 1945 r. w Miodusach Pokrzywnych dowodził  partyzantami 5 Brygady w jednym z najbardziej zaciekłych starć polskiego podziemia z NKWD. W walce tej zginęło kilkudziesięciu żołnierzy formacji reżimowych, w tym co najmniej kilkunastu  enkawudzistów. Mówię o tym, aby mocno podkreślić jedną rzecz. Otóż niezależnie od bardzo silnej bieżącej  polaryzacji politycznej są sprawy święte dla każdego, kto szanuje  krew przelaną przez naszych przodków w obronie wolności. Jedną z takich spraw jest walka i ofiara Żołnierzy Wyklętych. Sprawa ta  jest  ponadczasowa i ponadpartyjna. Szyldy  partyjne przemijają, a pamięć musi trwać, jeżeli chcemy zachować swą narodową tożsamość. Dlatego każdy, kto chciałby używać Żołnierzy Wyklętych do bieżącej walki partyjnej, przypisać ich do wrażliwości historycznej środowiska jednej strony politycznego konfliktu, a  drugiej  odmówić  prawa  do aktywności na polu upamiętniania tej historii i jej bohaterów, popełnia poważny występek przeciwko naszej wspólnotowej, i tak bardzo słabej tożsamości. Osobiście, choć jestem niezwykle odległy od poglądów Władysława Bartoszewskiego na czasy współczesne, to mam dla niego wielkie uznanie za drogę życiową w okresie komunistycznego zniewolenia i wdzięczność za to, że dawał zielone światło dla akceptacji i  wspierania przez Radę działań Fundacji. Bo dzięki temu Fundacja mogła wznieść dotychczas 20  pomników, którymi upamiętniła  ponad 1300 osób poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem. Osób, które  w znakomitej większości nie mają nawet swych grobów, bo komuniści odmówili tym osobom nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim przyszli barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota i prawo to podeptali. Nie głosowałem na Bronisława Komorowskiego, ale cieszę się, że w obszarze krzewienia pamięci  o Żołnierzach Wyklętych podejmuje on starania będące kontynuacją działań zainicjowanych przez jego poprzednika, śp. Lecha Kaczyńskiego. Z pełną świadomością używam słowa zainicjowanych, bo to polityka orderowa Lecha Kaczyńskiego dała początek pełnemu uhonorowaniu Żołnierzy Wyklętych. I za to mu chwała. Wracając do losów rodziny Borychowskich, czyli do punktu wyjścia dla naszej rozmowy, to ostatnią, ale jakże piękną sekwencją epilogu tej dramatycznej historii był moment, uwieczniony zresztą przez Arka Gołębiewskiego w filmie Sny stracone, sny odzyskane, gdy  bohaterowie filmu, dzieci Mariana Borychowskiego, odebrali z rąk Lecha Kaczyńskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany pośmiertnie ich ojcu postanowieniem Prezydenta RP.  Miałem okazję być obok nich w tej ważnej chwili. I widziałem radość na ich twarzach. Dla takich chwil, choć oczywiście nie tylko dla nich, warto żyć.

Pamięć pokoleniowa to świadectwo trwania wspólnoty....

I my tak to widzimy. Kiedyś, siedząc przy jakimś godziwym trunku z jedną z osób  zaangażowanych w działania Fundacji „Pamiętamy”, słuchaliśmy piosenek Marka Grechuty. W jednej z nich, dotykającej relacji międzyludzkich, ale oczywiście nie mającej żadnego  związku z tematem tej rozmowy, artysta wyśpiewał : ktoś do drzwi zapuka, pamięć przyniesie. I powiedzieliśmy sobie wtedy , uzurpatorsko, ale niech tłumaczeniem będzie wspomniany godziwy trunek, że kilkakrotnie udało się nam, czyli osobom skupionym wokół działań Fundacji „Pamiętamy”, zapukać do tych czy owych drzwi  i przynieść  ze sobą pamięć. Za to, korzystając z okazji, bardzo dziękuję  dobroczyńcom Fundacji, którzy swą bezinteresowną hojnością dają  piękne świadectwo zrozumienia, że krew przelana za wolność wymaga pamięci w formie trwałej, wszystkim współpracownikom Fundacji, bez których wysiłku dorobek Fundacji byłby znacznie uboższy. Słowa  podzięki należą się także tym władzom samorządowym, które udzieliły nam zgody na realizację zaplanowanych przez nas upamiętnień.

I, drodzy darczyńcy i współpracownicy Fundacji „Pamiętamy”, pamiętajcie -  jest jeszcze wiele drzwi do których powinniśmy zapukać, niosąc ze sobą pamięć.

 

Dziękuję za rozmowę.

Poniżej: Sny stracone, sny odzyskane, reż. Arkadiusz Gołębiewski