Ostatnie wybory pokazują kres diagnoz stawianych na bazie dyskursu o postkomunizmie. Polska A.D. 2011 to saska Polska rządzona przez Edwarda Gierka

Fot. PAP
Fot. PAP

Tekst został opublikowany w "Naszym Dzienniku"

 

Ostatnie wybory przyniosły nam trzy nowe zasadnicze informacje o polskiej polityce.

Po pierwsze, pokazały granicę możliwości pozyskiwania poparcia przez Prawo i Sprawiedliwość przy jego dzisiejszym modelu przywództwa, organizacji wewnętrznej i relacjach z otoczeniem.

Partia Jarosława Kaczyńskiego uzyskała poparcie 4,3 mln wyborców. 41 proc. spośród nich to mieszkańcy wsi, 25 proc. mieszka w miastach do 50 tys. mieszkańców, ok. 15 proc. w miastach do 200 tys. mieszkańców, niecałe 9 proc. w miastach do 500 tys., a 11 proc. w miastach powyżej 500 tysięcy. W związku z tym PiS wygrało z PO tylko na wsi, natomiast w miastach wszystkich wielkości przewaga PO wyniosła od 10 do prawie 30 procent.
Jeśli chodzi o wykształcenie, 10 proc. wyborców popierających PiS ma wykształcenie podstawowe, ok. 25 proc. zawodowe, 40 proc. średnie i pomaturalne, a 26 proc. wyższe.

Jeśli chodzi o grupy wiekowe, PO wygrała z PiS w każdym przedziale. Najmniejszą przewagę - ok. 2 proc., uzyskała wśród wyborców powyżej 60. roku życia. W przedziale od 40 do 60 lat PO wygrywa ok. 8 proc., w przedziale od 26 do 39 lat przewaga PO jest już niemal dwukrotna, by zmniejszyć się do 10 proc. wśród wyborców najmłodszych.

Zdobyć miasta

Wszystkich ich łączy jednak jedno: w co najmniej 80 proc. poparli oni PiS w poprzednich wyborach parlamentarnych, a w co najmniej 83 proc. Jarosława Kaczyńskiego w ostatnich wyborach prezydenckich. Biorąc poprawkę na 6-procentową grupę wyborców, którzy zadeklarowali, że nie pamiętają, na kogo głosowali poprzednio (nie chcąc na przykład przyznać się, kogo poparli), PiS zdobyło zaledwie 9 proc. nowych wyborców - jedynie 5 procent spośród zwolenników PO, 3 proc. spośród tzw. innych partii (np. LPR) oraz 1,2 proc. spośród głosujących wcześniej na PSL.

Oznacza to, że kampania wyborcza, na którą PiS wydało prawie 20 mln złotych, była mało skuteczna - przyciągnęła ok. 390 tys. nowych wyborców, co daje 51 zł na głowę. Nie chodzi oczywiście o przeliczanie głosów na pieniądze, ale fakt pozostaje faktem, że cztery lata kiepskich rządów PO i katastrofa smoleńska nie pomogły PiS przekonać Polaków do siebie. Innymi słowy, w dziedzinie pozyskiwania nowych wyborców PiS od czterech lat stoi właściwie w miejscu.

Nadzieja na dobry wynik - i widać to ex post - oparta mogła być jedynie na oczekiwaniu niskiej frekwencji, która okazała się jednak całkiem przyzwoita jak na polskie realia (ok. 49 proc.). Gdyby do wyborów poszło o 3 proc. wyborców mniej, czyli ok. 900 tys. osób, i przy założeniu, że głosowali oni w większości na PO, to sytuacja zbliżyłaby się do przedwyborczych oczekiwań. Również gdyby Jarosław Kaczyński nie wyostrzył - z sobie tylko znanych powodów - tuż przed wyborami swojej antyniemieckiej retoryki, PiS być może mogłoby zyskać dodatkowe 2-3 proc. głosów. Ale też nie więcej. Jak by nie patrzeć, w najlepszym przypadku można było liczyć na remis lub niewielką porażkę.

Źródła nieufności

Należy zatem wyciągnąć z powyższych rozważań kilka wniosków, które mogą pomóc wygrać PiS kolejne wybory. Po pierwsze, prezes Jarosław Kaczyński musi potraktować na poważnie swój elektorat negatywny. Z wrześniowych badań CBOS wynika, że ufa mu 30 procent Polaków, co lokuje go daleko za Komorowskim, Tuskiem, Pawlakiem, Sikorskim, ale też za Napieralskim, Kaliszem, Kopacz, Schetyną i Millerem. Z kolei brak zaufania do lidera PiS deklaruje aż 50 proc. wyborców, co lokuje go na pierwszym miejscu, o 4 punkty procentowe przed Januszem Palikotem. Wydaje się, że podstawową przyczyną tego stanu są niezrozumiałe dla wyborców wolty od radykalizmu po dobroduszność i z powrotem. To, co Tusk załatwia skrzydłami - Gowinem i Niesiołowskim, a kiedyś Palikotem - Jarosław Kaczyński chce wykonywać sam, z oczywistą ogromną szkodą dla siebie i partii.

W sidłach klientyzmu

Drugi wniosek dla PiS jest taki, że musi się ono zacząć na serio zastanawiać, jak... zdobyć Cesarstwo Niemieckie. Choć brzmi to dość kuriozalnie, chodzi o to, że geografia wyborcza Polski wyraźnie odzwierciedla linie zaborów. PiS wygrywało dotąd w Królestwie Kongresowym i Galicji, a PO na terenie dawnej II Rzeszy. W obecnych wyborach Platforma wdarła się jednak na tereny centralnej Polski, zdobywając województwo łódzkie i mazowieckie, głównie dzięki zwycięstwom w Łodzi i Warszawie. Problem jednak polega na tym, że nie wystarczy "odwojować" polskie swing states, chodzi także o to, żeby być przekonującym dla wyraźnie większej liczby wyborców z Polski Zachodniej, przekraczając tam magiczny próg 30 proc. zwolenników. Poparcie Kaszubów i pracowników KGHM to dalece za mało.

Po trzecie wreszcie, PiS musi stworzyć atrakcyjną ofertę dla mieszkańców metropolii. Wyniki w Warszawie (ok. 30 proc.), Trójmieście (25 proc.), Łodzi (25 proc.), Poznaniu (19 proc.), Wrocławiu (25 proc.), na Górnym Śląsku (24 proc.) są po prostu beznadziejne. Nie chodzi oczywiście o to, by mizdrzyć się do wyborców, ale przyjąć do wiadomości, że bez zdobycia dużych miast nie da się rządzić Polską.

Podsumowując rozważania na temat Prawa i Sprawiedliwości, warto dodać jeszcze kilka uwag. Partia Jarosława Kaczyńskiego musi uznać za oczywiste, że media są jej nieprzychylne i dostosować do tego swoje działania. PiS musi przestać użalać się na złośliwość Moniki Olejnik czy Jarosława Kuźniara, a zacząć wystawiać w szranki polityków, którzy po prostu przetrzymają bombardowanie i zadadzą bolesny cios. Kilka - ale zaledwie kilka - udanych przypadków upokorzenia medialnych celebrytów widzieliśmy w tej kampanii, co pokazuje, że jest to możliwe.

Po drugie, PiS nie osiągnie sukcesu bez konsekwentnego realizowania przez cztery lata dobrej strategii. Ale do tego musi być uporządkowane wewnętrznie. Koła PiS w sporych miastach nie mogą liczyć siedmiu członków, a ich szefowie nie mogą gubić 20 deklaracji członkowskich.

Po trzecie wreszcie, Jarosław Kaczyński nie będzie drugim Viktorem Orbánem. Z jednej strony, miażdżące zwycięstwo Orbána na Węgrzech jest tym samym, co miażdżące zwycięstwo PO - PiS w Polsce w 2005 roku. Po prostu polityczny postkomunizm węgierski trwał o jedną kadencję parlamentarną dłużej niż polski. Z drugiej strony, scenariusz węgierski ma szansę spełnić się w Polsce co najwyżej w ten sposób, że Donald Tusk zostanie drugim Ferencem Gyurcsánym. Z tą wszakże różnicą, że Tusk konsekwentnie uczy się na wszystkich tego typu przypadkach, np. nie siląc się na uczciwość w pracach komisji parlamentarnych. Bez zmrużenia oka obiecuje również masę rzeczy, a potem nie dotrzymuje danego słowa, jednak zagadką dla wielu pozostaje, czy autentycznie wierzy w to, co mówi.

Należy wszelako pamiętać o realiach społecznych. W Polsce polityka oparta jest na klientelizmie od bodaj XVII wieku. Relacja patron - klient jest polską konstytucją społeczną, regulującą większość dziedzin życia. Z tego punktu widzenia program równych szans głoszony przez Jarosława Kaczyńskiego dalece odbiega zarówno od wewnętrznych realiów jego partii, jak i realnych mechanizmów zdobywania poparcia w Polsce. Orbán czas w parlamentarnej opozycji spędził, umacniając pozycje w samorządach. Z tej perspektywy najważniejszą z ostatnich sześciu porażek PiS była porażka w ostatnich wyborach samorządowych, w wyniku których straciło ono władzę we wszystkich sejmikach wojewódzkich. A przecież samorządy to setki tysięcy posad, dzięki którym PO jest dziś największą agencją pośrednictwa pracy w Polsce, a także 40 mld inwestycji, które w połączeniu z 30 mld inwestycji centralnych dają jej gigantyczną klientelę wyborczą.

Libertynizm sterowany

Drugą istotną informacją, którą niosą ostatnie wybory, jest to, że niewidoczna dotąd grupa wyborców, których można nazwać antyklerykalnymi libertynami, zyskała artykulację swoich preferencji na scenie wyborczej w postaci Ruchu Palikota. Kluczowy dla powodzenia tej inicjatywy był przepływ wyborców Platformy Obywatelskiej, którzy stanowili ok. 50 procent jego elektoratu. PO zrekompensowała sobie ten ubytek przejęciem licznych liderów SLD (Arłukowicz, Rosati, Cimoszewicz, Borowski itp.) i wiernych im wyborców. Reszta zwolenników Palikota składa się w dużej mierze z wyborców nowych, prawdopodobnie głosujących pierwszy raz. Wskazuje na to bardzo duży odsetek ludzi bardzo młodych (32 procent). Wraz z wyborcami relatywnie młodymi - czyli do 39. roku życia - stanowią oni ponad 60 procent elektoratu Ruchu.

Co ciekawe, największa część wyborców Palikota mieszka na wsi (28 proc.) i w małych miastach (26 proc.). Wydaje się, że w dużej mierze Palikot przejął - przynajmniej geograficznie - dawny elektorat Samoobrony, ponieważ proporcje poparcia dla niego w Polsce Zachodniej i Wschodniej dość dobrze pokrywają się z proporcjami poparcia partii Andrzeja Leppera.

Podobieństwo tych dwóch bytów politycznych polega chyba na generalnym kontestowaniu obecnej polityki partyjnej oraz na tym, że otrzymały one wyraźne poparcie różnych zakulisowych grup interesu, co objawiało się silną obecnością w mediach. Różnica zaś polega na tym, że Samoobrona - mimo że wyraźnie inspirowana zza kulis - była u swych początków autentycznym ruchem społecznej rozpaczy, swoistą ludową "Solidarnością" III RP. Tymczasem Ruch Palikota to produkt marketingowy sklejony klejem antyklerykalizmu spod znaku "Faktów i Mitów", libertynizmem Urbana i młodzieżowych telewizji muzycznych oraz nachalną emancypacją z akademickich studiów kulturowych.

Przewaga Palikota nad SLD polega na tym, że głosi on wszystkie te rzeczy bez zająknięcia, będąc autentycznym głosem tych 10 procent wyborców, którzy politykę redukują do walki z Kościołem i bojów o postęp obyczajowy. SLD tymczasem był i jest partią obyczajowo kryptohomofobiczną, bliską raczej preferencjom trafnie wyrażonym swego czasu przez posła Roberta Węgrzyna. Znanych z biesiad i polowań byłych aparatczyków zastąpił dziś krwiożerczy i cyniczny populista.

Platforma stagnacji

Na koniec warto powiedzieć kilka słów o sukcesie Platformy Obywatelskiej. Okazało się, że można w Polsce wygrać wybory dwa razy z rzędu i to z dużym poparciem, pod warunkiem jednak, że nie przeprowadza się reform. W tym kontekście 80-100 mld zł deficytu finansów publicznych można widzieć jako wielki fundusz promocyjny Tuska i jego partii. Swoisty kontrakt społeczny z 2007 r. polegający na obietnicy uwolnienia Polaków od koszmaru rozliczania ich z drobnych i większych krętactw, które w Polsce każdy musi popełniać, by "godnie żyć", oraz umożliwienia powrotu do spokojnego życia zamkniętego w przestrzeni prywatnej, został przez Platformę Obywatelską dotrzymany. Oczywiście kosztem 300 mld złotych nowego zadłużenia.


Z drugiej strony jasne jest, że zasoby, którymi dysponuje PO, są ogromne. W tzw. terenie objęła ona ochroną różne układy lokalne, przejmując w tej dziedzinie rolę dawnego SLD i stając się czymś na podobieństwo gierkowskiego PZPR. Nie warto nawet wspominać absolutnego niemal poparcia mediów. Warto natomiast uświadomić sobie skalę zasobów materialnych. Setki tysięcy miejsc pracy w urzędach i spółkach, centralnych i samorządowych, 70 mld zł na inwestycje, do których ustawia się w przetargach tysiące przedsiębiorstw, wreszcie dotacje unijne, które można otrzymać, ale też i można niekiedy nie otrzymać, w zależności od jednoosobowej decyzji marszałka województwa albo decyzji minister rozwoju regionalnego. Wszystko to daje partii rządzącej gigantyczne przełożenie na poparcie wielkiej klienteli wyborczej. Ale jednocześnie kompletnie paraliżuje, gdy chodzi o reformy.

Moim zdaniem, ostatnie wybory pokazują pewien kres diagnoz stawianych na bazie dyskursu o postkomunizmie. Co najmniej równie twórcze może być przywoływanie syndromu sarmackiego indywidualizmu i apaństwowości. By ująć to w jednej lapidarnej formule - Polska A.D. 2011 to saska Polska rządzona przez Edwarda Gierka.

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...