Tekst pochodzi z książki pt. "Bitwa o Madryt" autorstwa Tomasza Terlikowskiego i Grzegorza Górnego, Wydawnictwo Fronda.

 

Napieralski pragnął być polskim Zapatero, ale to Janusz Palikot ma szansę stać się kimś takim w Polsce. Warto więc przypomnieć jakich spustoszeń w życiu społecznym Hiszpanii dokonał zapateryzm: małżeństwa osób tej samej płci; nazywanie ojca i matki rodzicem A i rodzicem B; aborcja na życzenie, i to nawet dla nastolatek, czy wreszcie szkolenia z masturbacji dla uczniów podstawówek.

 

Wizyta w Hiszpanii dla zafascynowanego tradycyjną kulturą tego kraju Polaka i katolika to wydarzenie traumatyczne. Dopiero na miejscu widać, jak głęboko sięga rewolucja obyczajowa, którą wprowadza tam rząd José Luisa Rodrigueza Zapatero (choć wprowadzały ją już poprzednie władze, ale nie z takim rozmachem). Zajęcia w szkole z masturbacji dla nastolatków; przyznanie szesnastoletnim dziewczętom prawa do aborcji bez poinformowania o tym rodziców; pełne flaszkodromy (czyli miejsca specjalnie wyznaczone przez władze miejskie i uczelniane, gdzie studenci w weekendy mogą się upijać dotowanym alkoholem) – to wszystko może szokować Polaków, ale Hiszpanów wydaje się nie zaskakiwać. Oni się już do tego przyzwyczaili i sugestia, że mogłoby być inaczej, wywołuje tylko wzruszenie ramion, ewentualnie agresywną odpowiedź, że z zacofania można się wyleczyć. I wkroczyć na drogę postępu.

Oczywiście nadal można w Hiszpanii podziwiać piękne kościoły, zjawiskowe katedry, jak w Cordobie, Granadzie, Sewilli czy Saragossie, a także spotykać ludzi, którzy żyją głęboką wiarą katolicką i chcą ją wprowadzać w życie. To przecież Półwysep Iberyjski pozostaje ojczyzną tak prężnych na świecie formacji duchowych, jak Opus Dei czy Droga Neokatechumenalna, ale w samej Hiszpanii ich realny wpływ na życie publiczne i społeczne z roku na rok maleje. Nie zmieniają tego ogromne (niekiedy nawet dwumilionowe) marsze katolików zdesperowanych zmianami wprowadzanymi przez José Luisa Rodrigueza Zapatero. Nie zmieniają zaś dlatego, że polityka obecnego rządu socjalistycznego jest tylko symptomem głębszej choroby cywilizacyjnej, jaka dotyka Hiszpanów.

Dwóch Hiszpanii już nie ma

Podstawowym objawem tej choroby jest fakt, że z głównego nurtu życia społecznego i politycznego zniknęła w zasadzie „druga Hiszpania” (choć wielu twierdzi, że zniknęła „pierwsza Hiszpania”). Podział na „dwie Hiszpanie” – z jednej strony postępową, rewolucyjną i antyklerykalną, z drugiej zaś tradycyjną konserwatywną i katolicką – przez dziesięciolecia określał życie publiczne tego kraju. Niezależnie od zmiennych losów dziejowych oba te nurty były od stuleci w Hiszpanii obecne. Teraz jednak to się zmieniło. Hiszpania katolicka odchodzi w przeszłość, nie ma już swojej reprezentacji politycznej (bo trudno – o czym będzie mowa poniżej – uznać za taką Partię Ludową), zaś zdecydowana większość młodego pokolenia w zasadzie uznaje zapaterystowski radykalizm za normę kulturową, a nie za wyjątek.

Politycy Partii Ludowej, którzy teraz próbują przedstawiać się jako nadzieja katolików, sami jednak, zanim Zapatero doszedł do władzy, również realizowali – choć znacznie wolniej i ostrożniej – lewicowo-liberalne projekty obyczajowe. W ich wydaniu była to raczej stopniowa ewolucja niż gwałtowna rewolucja. Warto przypomnieć, że w Hiszpanii, która jest krajem federacyjnym, lokalne władze mają spore uprawnienia. I właśnie na poziomie lokalnym rządy, w których zasiadali politycy z Partii Ludowej, wprowadzały regulacje prawne przyznające przywileje małżeńskie (choć bez określania ich małżeństwami) parom złożonym z osób tej samej płci. Prawicowi premierzy wprowadzali ustawę dopuszczającą aborcję i tolerowali sytuację, gdy w Hiszpanii dokonywano ponad sto tysięcy aborcji rocznie, choć obowiązywało tam prawo o ochronie życia niemal identyczne z polską ustawą z roku 1993. Nic nie wskazuje też na to, aby sytuacja ta miała ulec zmianie. Partia Ludowa jest bowiem głęboko podzielona w kwestiach moralnych i religijnych. Część jej członków mówi wprost, że ugrupowanie jest wręcz dotknięte „wirusem zapateryzmu” i to w stopniu nie mniejszym niż Partia Socjalistyczna.

To właśnie desperacja katolików, którzy zorientowali się, że Partia Ludowa nie odzwierciedla już ich poglądów i wrażliwości, wypchnęła dwa miliony ludzi na ulice Madrytu. Zorientowali się oni, że ugrupowanie kierowane przez Mariano Rajoya nie jest rzeczywistą alternatywą dla lewicy i nie gwarantuje im nadziei na to, że ich dzieci będą mogły żyć w Hiszpanii po chrześcijańsku. Problem polega tylko na tym, że ten nacisk ulicy nie przyobleka się w kształt instytucjonalny, nie formuje się w trwałą grupę nacisku, która albo przemieni Partię Ludową, albo powoła do życia nowe organizacje polityczne i społeczne, zdolne rywalizować skutecznie z socjalistami i ludowcami. Sytuację komplikuje fakt, że wielu konserwatystów, którzy są krytyczni wobec Partii Ludowej, uważa jednak, iż jest ona jedyną siłą zdolną przeciwstawić się lewicy i wygrać wybory. Dlatego każdy podział w obozie prawicy uważają za działalność na rzecz przyszłego zwycięstwa Zapatero. Z perspektywy strategii wyborczej trudno zarzucić cokolwiek takiemu rozumowaniu. Jednak z katolickiego punktu widzenia sprawa jest dużo bardziej problematyczna, gdyż wygrana ludowców wcale nie musi oznaczać klęski zapateryzmu.

Obserwując, jak bardzo zmiany obyczajowe przeorały współczesną Hiszpanię, trudno nie zadać sobie pytania, jak to się stało, że kraj, który jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku nie miał ustawy gwarantującej rozdziału państwa i Kościoła, a w latach siedemdziesiątych wciąż uchodził za bastion katolicyzmu w Europie, tak szybko się zlaicyzował. Wielu komentatorów uważa, że odpowiedzialność za to spoczywa w znacznej mierze na reżimie generała Franco. Ten ostatni uchronił hiszpańskich katolików przed eksterminacją, jakiej poddawani byli w latach trzydziestych XX wieku przez siły republikańskie. Nic więc dziwnego, że Kościół stanął po stronie generała Franco, gdyż ten stanął w obronie mordowanych katolików.

Z czasem dzięki frankistom katolicyzm stał się ideologią panującą w Hiszpanii, ale nie stał się żywym doświadczeniem wiary. Wiele obowiązujących regulacji było charakterystycznych dla państwa wyznaniowego. Na przykład w więźniowie w zakładach karnych mieli obowiązek spowiadania się raz w miesiącu, choć znajdowali się przecież wśród nich także ludzie niewierzący. Nic więc dziwnego, że Kościół był postrzegany przede wszystkim jako jeden z filarów systemu. Ta sytuacja była tak dokuczliwa dla wielu duchownych, a nawet biskupów, że w latach siedemdziesiątych niektórzy z nich zostali zwolennikami teologii wyzwolenia i marksizmu. Doprowadziło to do przyspieszenia laicyzacji w hiszpańskim Kościele, czego nie były w stanie powstrzymać nawet tak żywe i dynamiczne ruchy religijne, jak Opus Dei, założone przez aragońskiego księdza św. Josemaríę Escrivę de Balaguera, czy Droga Neokatechumenalna, powstała z inicjatywy madryckiego malarza Kiko Arguello.

Zwycięstwo Al Kaidy

Bezpośrednią przyczyną zwycięstwa Zapatero w wyborach parlamentarnych 2004 roku nie było przekonanie ludności do haseł rewolucji obyczajowej, lecz wola Al Kaidy. Ta islamska organizacja terrorystyczna – na wiele miesięcy przed hiszpańską elekcją – przygotowała 42-stronicowy dokument, w którym opisała metody, jakie mają skłonić „armie niewiernych” do ucieczki z Iraku. Sześć stron tego dokumentu poświęconych było Hiszpanii. Autorzy proponowali, by zaatakować ten kraj na kilka dni przed wyborami, tak by ich zwycięzcą został lider socjalistów opowiadający się za wycofaniem hiszpańskich sił zbrojnych z Bliskiego Wschodu. „Musimy do maksimum wykorzystać marcowe wybory. Hiszpański rząd po dwóch-trzech atakach nie wytrzyma nacisku opinii publicznej. Partia socjalistyczna w takim wypadku z pewnością uczyni z pobytu wojsk hiszpańskich w Iraku ważny temat wyborczy” – przekonywali analitycy Al Kaidy. Ich przewidywania spełniły się całkowicie. Jeśli się w czymś pomylili, to tylko w tym, że wystarczył zaledwie jeden atak, by Hiszpanie gremialnie udali się do urn, żeby zagłosować na tego, który obiecał im „święty spokój”.

Jak skuteczna była strategia Al Kaidy, pokazują wydarzenia związane z wyborami. 11 marca 2004 roku islamscy terroryści uderzyli w Madrycie. Dziesięć bomb podrzucono do pociągów przyjeżdżających z Guadalajary i Alcalá de Benares. Eksplodowały one, gdy pojazdy wjeżdżały do stolicy. Trzy bomby, które miały wybuchnąć w momencie, gdy do rannych przyjadą ratownicy i lekarze, udało się rozbroić. Wściekłość i podejrzenia początkowo skierowały się przeciwko baskijskim terrorystom z ETA, którzy od początku zaprzeczali, by mieli cokolwiek wspólnego z zamachami. W obliczu tragedii zarówno rządzący ludowcy, jak i opozycyjni socjaliści przemawiali jednym głosem. Lider lewicy José Luis Rodriguez Zapatero proponował nawet współpracę rządowi i zapowiadał, że socjaliści „także odpowiedzą na haniebne wyzwanie śmierci”. Dwa dni później jednak – po tym, jak do zamachów przyznali się islamscy terroryści – retoryka lewicy uległa radykalnej zmianie. Od tego momentu socjaliści zaczęli realizować scenariusz napisany przez analityków Al Kaidy. Wyprowadzili na ulice tysiące obywateli, rząd José Maríi Aznara obciążyli odpowiedzialnością za zamachy. „Mordercy! Mordercy!” – wznosili okrzyki lewicowi bojówkarze, łamiąc przy okazji obowiązujące prawo, gdyż w Hiszpanii manifestacje polityczne w czasie ciszy wyborczej są zakazane. Zapatero stale zaś powtarzał, że jeśli tylko wygra wybory, to natychmiast wycofa wojska z Iraku, dając tym samym do zrozumienia, że uchroni w ten sposób Hiszpanów przed kolejnymi zamachami. Nie trzeba dodawać, że znakomicie wpisywało się to w strategię Al Kaidy.

Ta strategia przyniosła zamierzone efekty. Jeszcze kilka tygodni przed wyborami wydawało się, że Partia Ludowa ma zwycięstwo w kieszeni. Rządziła krajem od 1996 roku, a rząd José Maríi Aznara mógł się pochwalić ogromnymi sukcesami ekonomicznymi, dzięki którym Hiszpania dołączyła do czołówki europejskich liderów gospodarczych. Na czele ugrupowania doszło do pokojowej wymiany przywództwa – nowym liderem ludowców został Mariano Rajoy. W sondażach wyprzedzali oni socjalistów o kilka punktów procentowych. A jednak zamach 11 marca 2004 roku całkowicie odmienił sytuację. Lewica, choć sondaże nie dawały jej na to najmniejszych szans, wygrała wybory. Zdobyła aż 43 proc. głosów. Ludowcy otrzymali zaledwie 37-procentowe poparcie.

Metodę, dzięki której socjaliści odnieśli zwycięstwo, hiszpański publicysta Ramón Pérez-Maura z dziennika „ABC” określił mianem „medialnego zamachu stanu”. Jego zdaniem była to kompromitacja kraju: „W ciągu tych trzech dni, które zmieniły bieg historii Hiszpanii, po raz pierwszy demokratyczna partia polityczna, by wygrać wybory, posłużyła się śmiertelnymi ofiarami terrorystów” – oburzał się Pérez-Maura. Jeszcze mocniej ujęli to brytyjscy i amerykańscy analitycy, którzy sukces Zapatero nazwali zwycięstwem islamskich terrorystów. Fundamentaliści z Al Kaidy udowodnili bowiem, że dysponują metodami, które dają im realny wpływ na europejską politykę. Wykazali, że mogą nie tylko skutecznie zastraszać Europejczyków, ale nawet wpływać na zmianę rządu czy kierunek polityki zagranicznej. Przypadek Hiszpanii był tego najlepszym dowodem: „wskazani” przez terrorystów politycy nie tylko wygrali wybory, ale również wycofali hiszpańskie wojska z Iraku – i to już w pierwszym tygodniu sprawowania władzy.

Nie była to zresztą jedyna zmiana w polityce zagranicznej premiera Zapatero. Ten lewicowy polityk uznał także za konieczną korektę kursu Madrytu wobec komunistycznego reżimu Fidela Castro na Kubie oraz lewacko-populistycznego rządu Hugo Cháveza w Wenezueli. Dla uzyskania dobrych stosunków z tymi krajami premier Hiszpanii zdecydował się narazić na szwank relacje z Wielką Brytanią, Włochami i Stanami Zjednoczonymi. Ważniejsza od interesów Hiszpanii była bowiem dla niego solidarność z innymi lewackimi politykami na świecie.

Zniszczyć rodzinę

Polityka zagraniczna, choć właśnie od decyzji dyplomatycznych rozpoczął Zapatero swoje urzędowanie, nie pozostaje jednak w centrum jego zainteresowań. Hiszpański premier nie zna języków obcych i nie lubi spotykać się z przywódcami innych krajów. Czasu nie zajmuje mu także rozwiązywanie problemów gospodarczych, o co ma do niego pretensje nawet prosocjalny elektorat. Trudno się jednak temu dziwić, bowiem zdecydowaną większość czasu hiszpański przywódca poświęca głębokiej reformie, którą określić można rewolucją obyczajową. Jej rozmach i tempo porównywalne mogą być tylko ze zjawiskami społecznymi, jakie zachodziły w latach dwudziestych XX wieku w nowo powstałym Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I nie jest to analogia przesadzona, choć główna różnica polega na tym, że Zapatero wygrał wybory i zdobył mandat społeczny, podczas gdy Lenin nigdy zdobywaniem takiego poparcia się nie przejmował.

Lider iberyjskiej lewicy rozpoczął walkę z rodziną już w 2004 roku, gdy zapowiedział radykalne uproszczenie procedur rozwodowych. W Hiszpanii możliwość prawnego rozstania się małżonków została wprowadzona dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku, ale obwarowano ją ostrymi warunkami. Zanim sąd udzielił rozwodu, trzeba było udowodnić przynajmniej roczny rozkład pożycia. Zapatero wprowadził rozwody błyskawiczne, które uzyskać można było już trzy miesiące po ślubie i to bez zgody partnera oraz najkrótszego nawet oczekiwania. Nowe prawo zostało uchwalone w 2005 roku, a na jego efekty nie trzeba było długo czekać: doszło do masowego rozpadania się małżeństw. Z badań socjologicznych przeprowadzonych w 2009 roku wynika, że od momentu zmiany prawa rozwiodło się 517 tysięcy par małżeńskich, z czego 40 proc. rozstało się w formie „traumatycznej”, to znaczy na żądanie jednej ze stron, ale bez zgody drugiej. Hiszpania stała się w ten sposób jednym z europejskich liderów, jeśli chodzi o liczbę rozwodów, znacznie wyprzedziła liczniejsze od niej Niemcy, Wielką Brytanię i Francję. Tak duża liczba rozbitych małżeństw oznacza również, że około dwóch milionów dzieci w tym 46-milionowym kraju wychowuje się bez jednego ze swoich naturalnych rodziców.

Zaraz po nowym prawie rozwodowym hiszpański parlament uchwalił ustawę obdarzającą pary jednopłciowe przywilejami małżeńskimi. Oznaczało to prawne zrównanie związków homoseksualnych z normalnymi małżeństwami, włącznie z prawem do adopcji dzieci. W ślad za tym poszła decyzja, żeby w dokumentach adopcyjnych – po to, by nie „dyskryminować” par jednopłciowych – terminy „ojciec” i „matka” zastąpić określeniami „rodzic A” i „rodzic B” (choć swoją drogą nie jest jasne, dlaczego określenie „rodzic B” ma nie być mniej dyskryminujące niż „ojciec”). Partia socjalistyczna, uchwalając to prawo, zastrzegła z góry, że urzędnicy, którzy zdecydują się na jego odrzucenie, zostaną zwolnieni z pracy i przykładnie ukarani, bowiem w tej sprawie klauzula sumienia nie będzie obowiązywać.

Obie te ustawy wywołały zdecydowany protest Kościoła. Watykan wspierany przez biskupów hiszpańskich wezwał katolików do akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec nowych ustaw (przede wszystkim tej dotyczącej „małżeństw” homoseksualnych). „Urzędnicy stanu cywilnego mają prawo odmówić rejestracji takich związków, jeśli nie pozwala im na to sumienie”, podkreślał kardynał Alfonso López Trujillo, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny. Grupa katolików pracujących w hiszpańskich urzędach zapowiedziała, że nie podporządkuje się nowemu prawu. Odpowiedzią rządu były groźby. Wiceminister sprawiedliwości ostrzegł katolików, że jeśli będą kierować się w pracy sumieniem, to zostaną dyscyplinarnie zwolnieni i nie otrzymają wypłaty. Odpowiedź Stolicy Apostolskiej była jednoznaczna. „Hiszpania zachowuje się jak państwo totalitarne, bowiem zakazuje wierzącym działać w zgodzie z własnym sumieniem”, skomentował groźby madryckiego rządu kardynał Trujillo. Jeszcze bardziej jednoznaczni byli hiszpańscy biskupi, którzy w liście do wiernych napisali, że nowe prawo nie jest w istocie prawem i nikt nie może być zobowiązany do jego respektowania.

Tak wyglądała walka na słowa. Jednak w rzeczywistości batalia została przez katolików przegrana. Zdecydowana większość hiszpańskich urzędników, niezależnie od własnego światopoglądu czy opinii, postanowiła podporządkować się nowemu prawu, a ci, którzy odważyli się je nawet nie tyle podważyć, ile zadać pytanie, czy dla dzieci wychowanie przez parę homoseksualistów jest rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem, dziś już nie tylko nie pracują w sądach czy urzędach, ale zostali skazani prawomocnymi wyrokami sądów. Hiszpański sędzia Fernando Ferrin Calamita tylko dlatego, że zlecił biegłym psychologom sporządzenie opinii, czy wychowanie dziecka w parze jednopłciowej nie jest dla niego szkodliwe, stracił prawo wykonywania zawodu na dwa lata. Sąd w Murcii orzekł, że w ten sposób odwlekał przyznanie dziecka parze homoseksualnej, a to jest wyrazem „jawnej homofobii”. Nakazano mu też wypłacenie dwóm poszkodowanym przez niego gejom sześć tysięcy euro zadośćuczynienia. Wśród ciężkich win sędziego wymieniono także fakt, że w swoich postanowieniach wolał powierzać opiekę nad dziećmi ojcom niż matkom, które były lesbijkami i żyły w stałych związkach z innymi kobietami.

Socjaliści mają jednak świadomość, że dzieci wychowuje się w rodzinach. Dlatego zdecydowali się na odebranie rodzicom prawa do wychowywania dzieci w zgodzie z ich własnym, a nie państwowym światopoglądem. Służyć temu mają lekcje wychowania obywatelskiego, w czasie których dzieci dowiadują się, że orientacje heteroseksualna i homoseksualna są tak samo dobre, że akty seksualne między dwoma osobami tej samej płci nie są nienormalne ani grzeszne, że każdy może współżyć z mężczyzną, kobietą lub zwierzętami (takie twierdzenia, dopuszczające zoofilię jako jedną z równoprawnych opcji seksualnych, znalazły się w materiałach do wychowania obywatelskiego dla klasy trzeciej). W programie nauczania znajdują się też stwierdzenia, że aborcja jest prawem kobiety, a poglądy Kościoła są przestarzałe i niedostosowane do współczesności.

Lekcje te – i to jest istotna nowość – mają być obowiązkowe, a ich program miałby być kontrolowany we wszystkich szkołach, także prywatnych czy katolickich. Rodzice zaś nie mogą zrobić nic, by ich dzieci nie uczyły się rzeczy, które są sprzeczne z ich światopoglądem. Te propozycje wywołały sprzeciw nie tylko hierarchów, ale także milionów rodziców, którzy nie życzą sobie, by ich dzieci wychowywał Zapatero, uznając, że to prawo przysługuje jedynie im. Sądy jednak odrzucały ich protesty – w samej Andaluzji było ich tysiące – i zmuszały do posyłania dzieci na lekcje „wychowania socjalistycznego”. Kościół, jak poprzednio, potępił te pomysły i uznał, że hiszpański rząd uzurpuje sobie rolę, jaka nie przysługuje mu w demokratycznym państwie prawa. Na ulice wyszły tłumy protestujących katolików.

Wojna z Kościołem

Odpowiedzią na jednoznaczny sprzeciw katolików było rozpętanie wojny z Kościołem. Już po zwycięstwie wyborczym w 2004 roku Zapatero zapowiedział, że skończy z uprzywilejowaną pozycją Kościoła w państwie, ale początkowo ograniczył się tylko do słów. Gdy jednak Stolica Apostolska i hiszpańska hierarchia zaczęły jednoznacznie protestować przeciwko rewolucji światopoglądowej, jaką wprowadzać zaczęli w życie socjaliści, władze przeszły do ataku. Zaczęło się od werbalnych ataków na biskupów. Ich sprzeciw wobec dyskryminacji katolików czy niszczenia tradycyjnej rodziny został uznany przez rządzącą partię za „zamach na wolność i demokrację”. „To niezwykle poważny, niespotykany od samego początku demokratycznej transformacji atak biskupów na instytucje demokratyczne”, oznajmił jeden z liderów partii socjalistycznej José Blanco. „Narodowy katolicyzm wkroczył w kampanię wyborczą na hasło hierarchii kościelnej i najbardziej reakcyjnej prawicy”, oświadczył minister sprawiedliwości Mariano Fernández-Bermejo. Co tak rozwścieczyło lewicowych polityków? Głównym powodem była wielka manifestacja chrześcijańska (przede wszystkim katolików, ale także protestantów oraz niewierzących rodziców, którym nie odpowiada polityka Zapatero), która przeszła w roku 2007 ulicami Madrytu. Karą za ten marsz miała być rewizja umów między Stolicą Apostolską a Hiszpanią, zmiana zasad finansowania Kościoła, a także wyrzucenie hierarchii katolickiej z oficjalnych obchodów świąt państwowych. Takie propozycje wysuwali publicznie najbliżsi współpracownicy premiera.

Sam Zapatero przyjął w tej sprawie inteligentniejszą postawę. Zamiast decydować się na czołowe zderzenie z całą hierarchią, postanowił ją podzielić. Jego zdaniem winni całemu zamieszaniu byli dwaj kardynałowie (Antonio María Rouco Varela z Madrytu i Augustín Garcia-Gasco Vicente z Walencji), którzy mieli zmusić innych, „rozsądniejszych” hierarchów do milczenia, a tym samym do niepotrzebnej wojny z rządem. Premier podkreślił również, że w sprawach obyczajowych w łonie episkopatu Hiszpanii istnieje „rozsądny pluralizm poglądów”, a jako przykład „rozsądnego” wskazał biskupa Ricardo Blázqueza, który wezwał innych purpuratów do rozwiązywania problemów, a nie do obwiniania o nie prawicy lub lewicy. Problem polega tylko na tym, że – wbrew temu, co uznał Zapatero – wypowiedź biskupa Blázqueza miała zupełnie inny wydźwięk. Przypomniał on bowiem, że w Hiszpanii za rewolucją obyczajową stoją nie tylko socjaliści, ale i niemała część konserwatystów, a spór między nimi dotyczy nie tyle celów, ile środków do jego osiągnięcia oraz tempa marszu.

Kilka miesięcy później – już w roku 2008 – nadszedł czas na surowszą niż tylko słowna karę. Rząd Hiszpanii zdecydował mianowicie, że Kościół nie będzie już wspomagany kwotami z budżetu, a katolicy, którzy będą chcieli, aby z ich podatków finansowany był Kościół, będą musieli samodzielnie zaznaczyć to w formularzach podatkowych. Nieco później premier zapowiedział również usunięcie znaku krzyża ze wszystkich miejsc publicznych. Wyjątkiem miały być zabytki, w których usunięcie symboli religijnych mogłoby oznaczać ich zniszczenie. Ostatecznie jednak do realizacji tego projektu nie doszło. Zapatero wrócił do niego znów po werdykcie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w 2009 roku nakazał Włochom wypłatę odszkodowania za krzyż wiszący w jednej ze szkół. Hiszpańska lewica natychmiast zgłosiła projekt usunięcia krzyży ze wszystkich szkolnych klas w kraju. Jednak silny opór nie tylko Partii Ludowej, ale i opinii publicznej (o wiele silniejszy niż w przypadku zmian obyczajowych) sprawił, że premier wycofał się z zapowiadanych zmian.

Napięcie między rządem a Kościołem jednak nie ustaje. Wielu hiszpańskich hierarchów otwarcie przyznaje, że sytuacja powoli zaczyna przypominać tę z początku lat trzydziestych XX wieku, kiedy republikański rząd ostro i zdecydowanie prześladował Kościół i używał siły, by promować antykatolickie poglądy. „Agnostycyzm, relatywizm i laicyzm w Hiszpanii przypominają sytuację z lat trzydziestych ubiegłego wieku”, mówił kardynał Antonio María Rouco Varela podczas obchodów stulecia madryckiego seminarium duchownego. Socjaliści mają pełną świadomość analogii między swoimi działaniami a antyklerykalizmem ruchów republikańskich. Dlatego tak mocno protestują za każdym razem, gdy Kościół wspomina o procesach beatyfikacyjnych katolickich męczenników z czasów wojny domowej.

Zabić jeszcze więcej dzieci

Silny sprzeciw opinii publicznej nie skłonił natomiast Zapatero do odstąpienia od reformy prawa aborcyjnego. Do roku 2009 w Hiszpanii obowiązywało prawo zbliżone do polskiego. Kobieta mogła zabić swoje dziecko, gdy wykryto u niego wady genetyczne, gdy ciąża była efektem przestępstwa (gwałtu lub kazirodztwa) lub gdy zagrażała ona życiu lub zdrowiu kobiety (ale zapis ten był interpretowany o wiele szerzej – do aborcji wystarczało bowiem zagrożenie zdrowia czy równowagi psychicznej). Ta rzekomo radykalna ustawa antyaborcyjna pozwalała na uśmiercanie ponad stu tysięcy dzieci rocznie i wytworzyła silny rynek, z którego w ramach „turystyki aborcyjnej” korzystały tysiące kobiet z innych krajów. W samej tylko Katalonii, będącej jednym z krajów federacyjnych Hiszpanii, do aborcji dochodziło co 24 minuty, co oznaczało, że statystycznie uśmierca się każdego dnia ponad dwie klasy szkoły podstawowej. W 2007 roku doszło w Hiszpanii do gigantycznego skandalu aborcyjnego. Okazało się bowiem, że w części prywatnych klinik zabijano dzieci nawet w siódmym miesiącu ciąży (tzw. aborcja przez częściowe urodzenie). A stosowane tam metody były szczególnie okrutne. Żeby matka nie wiedziała, że zabija się żywego człowieka, dzieciom wstrzykiwano wcześniej truciznę, wysysano mózg lub odcinano głowę. Ciała nienarodzonych (czy raczej częściowo urodzonych) dzieci mielono i spuszczano do kanalizacji.

Skandal ten wcale nie skłonił socjalistów do ograniczenia rozmiarów tego ponurego procederu, lecz wręcz przeciwnie: umocnił w nich przekonanie, że trzeba zmienić prawo aborcyjne tak, by w Hiszpanii ginęło jeszcze więcej nienarodzonych. Zapatero doprowadził pod koniec 2009 roku do zmiany ustawy i wprowadził „aborcję na życzenie”. Korzystać z niej mogą nawet szesnastolatki, które mogą zabić swoje dziecko bez zgody opiekunów prawnych, jeśli poinformowanie rodziców o ciąży narażać je będzie na przykrości czy nawet agresję. To właśnie ten zapis wywołał najwięcej emocji, a protestowała przeciwko niemu nawet część socjalistów. Nawet to nie skłoniło jednak Zapatero i jego współpracowników do zmiany zapisów. Nowa ustawa zakłada również, że choć lekarze będą mieli prawo do odmowy wykonania aborcji, to deklarację taką będą musieli składać z góry, wpisując się na specjalne listy. Efektem takiej decyzji może zaś być prawna dyskryminacja lekarzy katolików, chcących postępować zgodnie z własnym sumieniem.

Nowe prawo aborcyjne, które wprowadzono w Hiszpanii pod koniec 2009 roku, sprawi, że – zdaniem ekspertów – już w 2015 roku w kraju tym będzie zabijanych najwięcej nienarodzonych w Europie (224 tysiące dzieci rocznie, a więc 670 dziennie). „Aborcja będzie dokonywana średnio co dwie minuty i piętnaście sekund”, ostrzega Eduardo Hertfelder, przewodniczący Instytutu Polityki Rodzinnej.

Nowe prawo zostało nie tylko zatwierdzone przez parlament, ale również podpisane przez podającego się za katolika króla Juana Carlosa. Teolodzy, biskupi i setki tysięcy świeckich katolików apelowało do monarchy, by powstrzymał się od złożenia podpisu pod zbrodniczym prawem. Niestety, ich wezwania nie odniosły skutku. Biskup Juan Antonio Reig Pla skomentował królewską decyzję stwierdzeniem, że „król współpracował ze złem”. „Król powinien mieć świadomość, że chcąc nie chcąc, współpracował we wprowadzeniu prawa, które będzie przyczyną śmierci niewinnych osób”, podkreślił hierarcha. Inni biskupi byli ostrożniejsi i nie zdecydowali się na jednoznaczne potępienie monarchy, ograniczając się jedynie do apeli o jak najszybszą zmianę prawa.

Duchowni spoza Hiszpanii nie pozostawili jednak na Juanie Carlosie suchej nitki. „Jesteśmy bardzo rozczarowani słysząc, że głowa hiszpańskiego państwa złożyła podpis pod tym okrutnym prawem”, oświadczył ks. Ignacio Barreiro, dyrektor wykonawczy rzymskiego biura Human Life International. „Jednak ponieważ już wcześniej podpisywał on prawa sprzeczne z prawem moralnym i nauczaniem katolickim, to jego postępowanie nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem”, uzupełnił duchowny. Jego zdaniem, usprawiedliwieniem dla władcy nie może być fakt, że konstytucja obliguje go do sygnowania każdego prawa uchwalonego przez hiszpański parlament (a takie sugestie pojawiały się w oficjalnym stanowisku hiszpańskiego episkopatu). „Juan Carlos I miał całkowite prawo postępować zgodnie z własnym sumieniem. Żadne prawo pozytywne nie może naruszać wolności sumienia obywatela, a także króla”, podkreślił ks. Barreiro, który stwierdził, że decydując się na podpisanie nowego prawa, król Juan Carlos I sam wykluczył się z Kościoła. „Wierzymy, że zgodnie z kanonem 915 władca zaciągnął na siebie karę ekskomuniki latae sententie”, zaznaczył ks. Barreiro.

Odpowiedzią na wprowadzenie nowego prawa aborcyjnego były zorganizowane na początku marca 2009 roku ogromne „czerwone marsze” we wszystkich miastach Hiszpanii, w których wzięli udział nie tylko katolicy, lecz także protestanci, Żydzi, muzułmanie, a nawet reprezentanci lewicy skupieni w organizacji Socjaliści za Życiem. Wyszli na ulice ubrani w czerwone stroje, które symbolizować miały krew zamordowanych dzieci. Oblicza się, że demonstrowało ponad milion Hiszpanów, z czego prawie 600 tysięcy osób w Madrycie. W czerwonych strojach, z czerwonymi parasolkami i balonikami w rękach uczcili minutą ciszy pamięć dzieci, którym nie będzie dane się narodzić. W tym samym czasie episkopat hiszpański zdecydował się na zorganizowanie wielkiej kampanii pod hasłem: „To moje życie!... Jest w twoich rękach”. Plakaty z takim napisem, przedstawiające splecione dłonie ojca i matki oraz spoczywające na nich dziecko, zawisły w ponad 40 miastach i przy głównych drogach Hiszpanii. Obok nich można było oglądać fotografie nienarodzonych dzieci w kolejnych tygodniach ich życia. W ten sposób biskupi chcieli pokazać, czym rzeczywiście jest aborcja.

Wojna o pamięć

Kolejnym frontem wojny o dusze Hiszpanów, który otworzył José Luis Rodriguez Zapatero, jest walka o pamięć. Po wielu latach swoistego zawieszenia broni, w czasie którego zwolennicy prawicy nie wypominali lewicowcom zbrodni dokonanych podczas wojny domowej, a w zamian lewica nie próbowała prawnie rozliczać frankizmu, lewicowy premier zdecydował się ów niepisany rozejm. Zabrał się przy tym do odbudowywania nieprawdziwych mitów lewicy, według których ona sama w latach trzydziestych XX wieku dążyła do zbudowania uczciwego, demokratycznego państwa prawa, w czym przeszkodziła jej skrajna fundamentalistyczna prawica, pod kierunkiem generała Franco, którego działania należy potępić. Metodą na propagowanie tej – nie mającej wiele wspólnego z rzeczywistością – wizji dziejów stała się ustawa o pamięci historycznej, która potępia system rządów generała Franco oraz gloryfikuje jego przeciwników. Ustawa ta nie tylko nakazuje rozbiórkę wszystkich pomników Franco, ale unieważnia wszystkie wyroki z czasów frankizmu – także te skazujące za komunistyczną, kominternowską agenturę, której jedynym celem było ustanowienie w Hiszpanii kolejnej republiki rad. Wszystko oczywiście w imię oczyszczenia kraju z frankistowskiej przeszłości.

Problem polega tylko na tym, że takie oczyszczenie (słuszne czy nie – to już pozostawiam do rozsądzenia czytelnikom) wcale nie było w Hiszpanii konieczne. Pierwsze niesprawiedliwe wyroki z czasów frankistowskich unieważniono w tym kraju już w roku 1975, czyli jeszcze przed wprowadzeniem demokracji. W późniejszych latach ukazało się aż dziesięć uchwał i dekretów, które rehabilitowały ofiary, przywracały im majątki oraz przyznawały odszkodowania, renty i emerytury. Za takimi rozwiązaniami głosowali także prawicowi politycy z partii postfrankistowskich. Ostatni z całego cyklu aktów prawnych, który miał odciąć się od niesprawiedliwych elementów w systemie frankistowskim, uchwalono w roku 2002 za rządów José Maríi Aznara. Wówczas to parlament hiszpański jednoznacznie potępił wszelkie rodzaje dyktatury. „Nikt nie ma prawa, jak to było w przeszłości, używać przemocy w celu narzucenia swoich przekonań politycznych i ustanowienia totalitarnych rządów przeciwnych wolności i godności wszystkich obywateli, co zasługuje na potępienie i odrzucenie w naszych demokratycznym społeczeństwie”, napisali autorzy ustawy, za którą zgodnie głosowała zarówno lewica, jak i prawica.

To wszystko jednak nie wystarczyło premierowi Zapatero. I to wcale nie dlatego, że – jak sam lubi przypominać – jego dziadek został zamordowany przez frankistów, ale dlatego, że cała jego polityka jest powrotem do rewolucji obyczajowej, którą zapoczątkowali lewicowi i lewaccy politycy „pierwszej hiszpańskiej republiki”. Ich celem wcale nie była demokracja liberalna. Dążyli oni, ramię w ramię z towarzyszami radzieckimi, do zbudowania nowego, lepszego świata, w którym nie byłoby miejsca na religijne przesądy w rodzaju wiary katolickiej. Pragnęli stworzyć nowego, postępowego, niereligijnego człowieka. Tym wytłumaczyć można gigantyczną furię antychrześcijańskich prześladowań, których ofiarą padł Kościół z rąk hiszpańskich republikanów. Premier Zapatero, choć oczywiście odcina się od zbrodni komunizmu i nie próbuje przywoływać tamtego języka, ma podobne plany dotyczącego stworzenia nowego człowieka. Zamiast współpracy ze Związkiem Sowieckim wciąż na nowo podejmuje próby zbliżenia ze współczesnymi idolami lewicowych umysłów w rodzaju wenezuelskiego dyktatora Hugo Cháveza czy władców komunistycznej Kuby: Fidela i Raúla Castro. W dialogu z Kubą nie przeszkadza mu fakt systematycznego prześladowania przez reżim w Hawanie antytotalitarnych opozycjonistów. Wśród nich znajdował się m.in. Orlando Zapata, który przez 80 dni próbował za pomocą głodówki uzyskać od władz uznanie go za więźnia politycznego, ale zmarł z głodu.

Polityka wobec przeszłości jest zatem tylko pochodną polityki wobec współczesności. Zapatero, odrzucając i potępiając frankizm, próbuje przywrócić do życia komunistyczną propagandę, która w mordującej duchownych lewicy dostrzegała siły demokracji, a w broniących praworządności wojskach pod wodzą generała Franco – złowrogich faszystów. Takie ustawienie akcentów historycznych jest premierowi na rękę także ze względu na współczesną debatę publiczną. Dzięki temu może on bowiem budować wrażenie, iż partia socjalistyczna i on sam są ostatnią nadzieją zwykłych Hiszpanów, by uchronić kraj przed powrotem upiorów faszystowskiej przeszłości.

Jelonek Bambi na froncie

Zabawne jest przy tym, że „autorem” największej rewolucji obyczajowej i prawnej we współczesnej Hiszpanii okazuje się człowiek, którego jeszcze na kilka tygodni przed wygranymi przez niego wyborami w 2004 roku przeciwnicy i przyjaciele polityczni nazywali „jelonkiem Bambi”. Powodem tego wcale nie był wygląd (który skłaniałby raczej do porównań obecnego premiera Hiszpanii z Jasiem Fasolą), ale niezwykła koncyliacyjność ówczesnego przywódcy socjalistów. Zapatero nieustannie zapewniał swych przeciwników politycznych, że chce z nimi dialogować, bo najważniejsza jest rozmowa a nie spór, zaś oni mówili o nim, że jest jak jelonek Bambi z animowanych filmów Disneya: „zawsze uśmiechnięty i bezgranicznie naiwny”. W tej opinii utwierdzała ich cała polityczna droga Zapatero. Do polityki trafił – ze szkoły jezuickiej i po studiach prawniczych – w wieku dwudziestu paru lat, ale przez czternaście lat zasiadania w Kortezach jako deputowany partii socjalistycznej nie wsławił się niczym istotnym. Na czele ugrupowania stanął dlatego, że po upadku rządów Felipe Gonzáleza i po krótkim nieudanym przywództwie Joaquína Almunii, partia pogrążona w głębokim kryzysie, nie była w stanie wybrać na swojego sekretarza generalnego nikogo poza partyjnym aparatczykiem, który niczym istotnym się w swej karierze nie wyróżnił.

Krótko po tym wyborze Zapatero, który do tej pory był umiarkowanie liberalny w sprawach gospodarczych i nieco tylko bardziej lewicowy w kwestiach moralnych, dokonał pierwszego politycznego zwrotu i zaczął obnosić się z lewicowym radykalizmem ekonomicznym oraz zdecydowanym antyamerykanizmem. Ten ostatni element, związany ze sprzeciwem wobec interwencji w Iraku, doprowadził go do tego, że gdy podczas świąt narodowych wciągano na maszt amerykańską flagę, Zapatero nigdy przed nią nie wstawał, choć wymaga tego nie tylko dyplomatyczny protokół, ale elementarne zasady kurtuazji. Prawdopodobnie to właśnie sprawiło, że Al Kaida zaczęła spoglądać na niego z sympatią i nadzieją, jako na człowieka, który może zmienić stosunek hiszpańskich władz do wojny. Tak też się stało. Dzięki zamachom islamskich terrorystów Zapatero nie tylko doszedł do władzy, ale rozpoczął również głęboki proces dekonstrukcji fundamentów całego hiszpańskiego państwa, a nawet redefinicji hiszpańskiej tradycji narodowej, z której zdecydował się wyrzucić wszystko, co chrześcijańskie (czyli co w istocie decydowało o specyfice kulturowej Hiszpanów).

Głosić Chrystusa

Jakie jest lekarstwo na tak głęboki kryzys Hiszpanii? Arcybiskup Granady Javier Martínez twierdzi, że nie należy go szukać w partiach czy polityce. Hierarcha nie pozostawia w tej kwestii złudzeń, przypominając, że reprezentanci prawicy laickiej z Partii Ludowej są tylko trochę mniej radykalni w kwestiach obyczajowych niż socjaliści. „Jeśli chcemy uratować coś z naszego świata, musimy jak benedyktyni na przełomie starożytności i średniowiecza zrozumieć, że imperium ginie, a jedyne, co możemy dla niego zrobić, to ratowanie jego spuścizny i głoszenie Chrystusa. Bo to On jest jedynym ratunkiem”, tłumaczy biskup, odwołując się do myśli wybitnego brytyjskiego filozofa Alisdaira MacIntyre’a. Ten ostatni nawołuje chrześcijan w Europie, by nie zajmowali się ratowaniem cywilizacji zachodniej, która przestała już być chrześcijańska nawet z nazwy, a zamiast tego zaczęli budować przestrzeń, w której przechowana zostanie spuścizna chrześcijaństwa.

W swej książce Dziedzictwo cnoty MacIntyre pisze:

Przeprowadzanie zbyt ścisłych paraleli pomiędzy dwoma różnymi okresami historycznymi zawsze jest niebezpieczne: do najbardziej mylących należą paralele między naszą własną epoką w Europie i Ameryce Północnej a epoką historyczną, w której imperium rzymskie uległo przeobrażaniu w średniowieczny okres ciemnoty. Mimo to pewne paralele dadzą się przeprowadzić. Punktem zwrotnym tamtej historii był moment, w którym ludzie dobrej woli zarzucili próby ocalenia imperium rzymskiego i przestali utożsamiać już obyczajowość i wspólnotę moralną z zachowaniem tego imperium. Zamiast tego postawili sobie – nie zawsze zdając sobie z tego w pełni sprawę – zadanie budowy nowych form wspólnoty, w ramach której moralność i dobre obyczaje mogłyby przetrwać nadchodzące wieki barbarzyństwa i ciemnoty. Jeżeli moja interpretacja naszych warunków moralnych jest słuszna, należy także wyciągnąć wniosek, że my również już jakiś czas temu osiągnęliśmy podobny punkt zwrotny. Na obecny etapie sprawą zasadniczą jest budowa lokalnych form wspólnotowych, w których możliwe byłoby zachowanie dobrych obyczajów oraz życia intelektualnego i moralnego w obliczu epoki nowego barbarzyństwa, które już nachodzi. (...) Tym razem jednak barbarzyńcy nie gromadzą się u naszych granic; oni od jakiegoś czasu już sprawują nad nami władzę. Fakt, że nie uświadamiamy sobie tego, stanowi element naszej skomplikowanej sytuacji. Nie czekamy na Godota, lecz na kogoś innego, na kolejnego – bez wątpienia bardzo odmiennego – świętego Benedykta.

Tomasz P. Terlikowski

 

Bar, źródło: Fronda