To było jeszcze bardziej emocjonalne spotkanie niż z pytającym „jak żyć?” paprykarzem. W czasie podróży tuskobusem premier zrobił niezapowiedziany przystanek w Kutnie, gdzie natknął się m.in. na panią Teresę Milczarek.

Kobieta przez kilka minut płacząc opowiedziała szefowi rządu o swojej trudnej sytuacji. 1000 złotych pensji męża na cztery osoby plus 200 złotych z opieki społecznej na obiady, syn z astmą, córka przed koniecznością wstawienia zastawki serca. Pani Teresa pokazywała dokumenty, skarżąc się na bezduszność urzędników, którzy w żaden sposób nie chcą jej pomóc w znalezieniu pracy. Mówiła, że może się targnąć na własne życie. Premier odparł: „niech pani tak nawet nie myśli”.

Gdy po jej policzku spływała łza, szef rządu otarł ją własną dłonią.

Gdy zdesperowana kobieta poprosiła: „niech pan nam pomoże”, Donald Tusk natychmiast zareagował:

 

Pan Premier: - Skontaktuję się w ciągu tego tygodnia z urzędnikami od wojewody. Dokładnie spiszę całą historię choroby i zobaczymy, co się da zrobić.

Pani Teresa: - Ja mogę to przesłać na biuro do pana.

Pan Premier: - Ja już sobie tu poradzę. Jak się zgłosi ktoś od wojewody, powoła się na nasza rozmowę, to pani przekaże.

Pani Teresa: - Dziękuję serdecznie za rozmowę .

Pan Premier: - Proszę bez żadnych desperackich myśli. Różni są ludzie…

 

I tu relacja TVN24 się urwała. Ale co trzeba, zobaczyliśmy.

Premier okazał serce, współczucie, zainteresowanie, troskę i łagodność. Z drugiej strony godna podziwu jest stanowczość, z jaką zabierze się za rozwiązywanie problemów pani Teresy. "Jeszcze w tym tygodniu." "Zgłosi się ktoś od wojewody." I to otarcie łzy płynącej po policzku załamanej kobiety...

Wzruszenie publiczności, kurtyna opada, jedziemy dalej tuskobusem.

Premier ma dwa wyjścia, oba złe. Pierwsze – zostawić sprawę pani Teresy i narazić się na zarzut ignorowania problemów zdesperowanych obywateli albo uruchomić podległych mu urzędników, by na szczeblu rządowo – wojewódzkim rozwiązać jednostkowy kłopot. Zapewne zdecyduje się na to drugie rozwiązanie.

Co wtedy? Słusznie pojawią się porównania do Putina, który wizytując sklep kazał obniżyć ceny. I cały stek pytań: dlaczego lider PO uruchamia w kampanii urzędniczą machinę, by spełnić obietnicę złożoną na oczach kamer zdesperowanej kobiecie? Czy tysiące osób mających problemy podobne do pani Teresy ma jeździć po kraju za autobusem premiera, by poprawić swoją sytuację życiową czy też mają zgłosić się od razu do kancelarii premiera? Co z takimi przypadkami robi minister od wykluczonych Bartosz Arłukowicz? Dlaczego szef rządu przy okazji nie zapowiedział kompleksowego rozwiązania jakiegokolwiek z kłopotów pani Teresy – w zakresie zasiłków, likwidacji bezrobocia, łatwiejszego i szybszego dostępu do służby zdrowia.

Nie zazdroszczę premierowi, ale sam się w to wpakował. Nie zdziwię się, gdy tournee po Polsce skończy się szybciej niż planowano. Szef rządu pewnie już tęskni za gabinetem przy al. Ujazdowskich i ukochaną doniczką.