Na łamach "Naszego Dziennika"  prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem, wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz Uniwersytecie w Bremie, rozmawia Paulina Gajkowska.

Socjolog ocenia między innymi wyjazd "tuskobusa" w Polskę:

Przypomina to trochę Gierkowskie wizyty gospodarskie. To stary sposób prowadzenia kampanii. Zachęcałbym w tym miejscu dziennikarzy, aby pojechali tam, gdzie pan premier już był i naobiecywał, i zapytali tych zwykłych ludzi, ile z jego obietnic zostało. Przeglądając prasę, media, trudno nie zauważyć, że część z nich jest po uszy zaangażowana w kampanię Platformy Obywatelskiej.


Zdaniem profesora należy ostrożnie podchodzić do sondaży. Są one bowiem w jego ocenie nie tylko informacją o nastrojach społecznych, ale też rodzajem interwencji, mają nas ukierunkować, odpowiednio nastawić psychicznie:

Sondaże wskazujące na ogromną przewagę PO nad Prawem i Sprawiedliwością mają zasiać niepokój w szeregach PiS i zmobilizować Platformę. Realnie jednak rzecz biorąc, wyraźnie widać, że mamy zupełnie inną sytuację psychologiczną niż w 2007 roku, i to musi przekładać się na wynik. Zamiast partii niezużytej władzą, "młodzieńczej" i "przedsiębiorczej" mamy wyjałowionych ludzi, oplecionych korupcyjnymi więzami i zaplątanych w swe czcze obietnice, bez pomysłów. Z drugiej zaś strony czarny obraz PiS wyraźnie się wybielił, mimo wysiłku mediów.

Trudno nie dostrzec, że PO jest partią w defensywie.

Patrząc na przekaz telewizyjny, można by pomyśleć, że PiS jest ugrupowaniem całkowicie zdezawuowanym, na które nikt absolutnie nie głosuje. A mimo to utrzymuje ogromne poparcie. Ja bym przychylał się raczej do kilkuprocentowej różnicy pomiędzy Platformą a partią Jarosława Kaczyńskiego. Niewykluczone, że może powtórzyć się ostatecznie wynik z 2005 roku.

Oceniając dyskusję o debatach telewizyjnych i nacisk by doszło do starcia lidera PO z liderem PiS prof. Krasnodębski stwierdza:

W obecnej "debacie o debacie" chodzi o spotkanie w telewizji, i to najlepiej prorządowej, która zrobi propagandę Tuskowi i jeszcze zarobi na tym pieniądze.

W ocenie profesora w tej kampanii na podgrzewaniu atmosfery zależy partii rządzącej. Jego zdaniem te wybory są wyjątkowe w takim sensie, że po raz pierwszy od dwudziestu lat partia rządząca ma szansę utrzymać się u władzy.

Partia, która po tragedii smoleńskiej zdobyła to, co było do zdobycia, opanowując całe państwo. Partia bezideowa, absorbująca zupełnie różne nurty - wchłaniająca część lewicy, asymilująca środowiska znane ze swojej fanatycznej wrogości wobec PiS. Partia, która nie spełniła swoich obietnic. Partia "skorumpowana" i wreszcie partia, która przyczyniła się do największej katastrofy w powojennej Polsce i nie zrobiła nic, aby ją wyjaśnić. Oddanie tej partii władzy na kolejne cztery lata świadczyłoby o tym, że Polaków nic nie interesuje - ani dług publiczny, ani losy śledztwa smoleńskiego, ani polityka zagraniczna. Mało tego: że akceptują propagandę rządową. Zasadnicze pytanie: czy Polacy naprawdę to wybierają?



- kończy rozmówca "Naszego Dziennika". Dodaje, że jest to partia, która nie spełniła oczekiwań młodzieży. Rośnie jej rozczarowanie.

 

wu-ka, źródło: Nasz Dziennik