W tym przypadku to nie tyle Zaremba przyłącza się do PiS, ile PiS idzie tropami Zaremby. Przed negatywnymi konsekwencjami reformy programów szkolnych przeprowadzonych przez MEN pod kierownictwem Katarzyny Hall przestrzegam od wiosny 2008 roku, to znaczy od momentu, kiedy po raz pierwszy zaczęto ją zapowiadać.
Napisałem na ten temat dziesiątki artykułów – w „Dzienniku”, „Polsce” i „Rzeczpospolitej”. Jesienią zaszłego roku apelowałem o przemyślenie raz jeszcze tej reformy, zwłaszcza w jej segmencie dotyczącym nauczania historii, do prezydenta Komorowskiego.
Jarosław Kaczyński zaapelował do Donalda Tuska o zmianę rozporządzenia, które tę reformę wprowadza. Jest to element kampanii i bardzo dobrze – kiedy jak nie w czasie kampanii należy spierać się na takie tematy?
Odpowiedziała na swoim blogu Katarzyna Hall, bardzo obcesowo. Jej główna teza brzmi: to dotychczasowy system nie sprzyjał prawidłowemu nauczaniu historii.
Dlaczego? Bo po reformie Handkego (skądinąd kontrowersyjnej) jej kurs według kolejności chronologicznej upchnięto w dwa trzyletnie cykle – w gimnazjum i w liceum. Wcześniej przy ośmioletniej podstawówce i czteroletnim liceum tego problemu nie było. W ten sposób nauczyciele nie tylko musieli się bardzo spieszyć, ale często nie kończyli całego kursu – nie zdążając z historią najnowszą. To, zdaniem minister, było powodem zniechęcenia młodzieży do historii i jej rzadkiego wybierania na maturze.
Brzmi to przekonująco – rzeczywiście trzyletnie gimnazjum i trzyletnie liceum (z ostatnim półroczem poświęconym maturą) nie sprzyjało zmieszczeniu całego programu historii.
Tylko, co MEN wprowadził w zamian? Jeden kurs historii przez trzy lata gimnazjum i jeden rok liceum. Już sam pomysł aby zaczynać ten sam materiał w jednej szkole, a kończyć w drugiej jest ryzykowny. Koniec normalnej kursowej historii w pierwszej klasie liceum oznacza, że rozstają się z nią uczniowie dziś siedemnastoletni, a w przyszłości, po przesunięciu wieku maturzystów, szesnastoletni.
A co potem? Przez dwa lata rozszerzony kurs dla maturzystów, jak rozumiem bardzo nielicznych, zainteresowanych zdawaniem historii. Nielicznych, bo nie wiadomo, czy będzie ich dużo. Wbrew temu, co twierdzi minister Hall młodzież nie garnęła się do matur z historii, nie z powodu szczególnej niechęci do tego przedmiotu w starej postaci, ale dlatego, że szereg uczelni (na przykład wydziały prawa) zrezygnowało z wymagania historii na egzaminach wstępnych, a przecież matura jest z takim egzaminem połączona. Wie to każdy nauczyciel.
A co dla większości? Dwuletni przedmiot „historia i społeczeństwo” o niejasnym statusie (nie wiadomo, czy na stopień). Pakiet tematów do wyboru: w jednej szkole będzie można uczyć tylko o gospodarce, w drugiej – o kobiecie i rodzinie, w trzeciej – o narodowych bohaterach. Znając presję wpływowych mediów i środowisk (Krytyka Polityczna), aby nie uczyć tradycyjnej „męskiej” historii, wybór tego ostatniego bloku tematycznego może być już niedługo aktem odwagi. Tyle.
Jak można było pogodzić konieczność uporania się z dotychczasowymi kłopotami z historią wynikłymi z reformy Handkego z przekonaniem, że to jednak przedmiot szczególny? Służący, jak to dziś ujmują politycy PiS, wyrobieniu odpowiedzialności za narodową i państwową wspólnotę.
Były na to różne recepty. Wszystkie przedstawiali sygnatariusze listu historyków i polonistów pod wodzą prof. Andrzeja Nowaka protestujący przeciw nowemu kształtowi programu nauczania historii. Przyjmijmy na moment, że godzimy się z ogólnym kierunkiem zmian, który zakłada zamianę drugiej i trzeciej klasy liceum w kurs przygotowawczy do matury. Z kierunkiem, który ma mnóstwo wad i jest ryzykowny. Zdolny uczeń interesujący się wieloma rzeczami równocześnie, wepchnięty tak wcześnie w ostateczną ścieżkę po pierwszej klasie, ma mniejsze możliwości niż dziś aby się potem przestawić. A są tacy, którzy do ostatniej chwili wybierają między, powiedzmy prawem i chemią.
No ale załóżmy, że od tego nie ma już odwrotu. Można było na przykład te dodatkowe godziny historii w drugiej i trzeciej klasie poświęcić utrwaleniu dziejów najnowszych, które jak wynika z badań socjologicznych, najbardziej interesują młodego Polaka, bo wiążą się z jego życiem. Można było zafundować uczniom wykłady o samej tylko Polsce. Albo powiązać historię w drugiej i trzeciej klasie z wiedzą o społeczeństwie, czyniąc z niej coś w rodzaju wychowania obywatelskiego. W sam raz dla ludzi, którzy wchodzą w dorosłość i zaraz będą głosować.
Ale MEN okazał się niezainteresowany debatą ani z nauczycielami, ani z intelektualistami spod znaku prof. Nowaka (przypomnijmy m.in profesorowie Dudek, Paczkowski itd.). Rozmawiał tylko wiceminister Zbigniew Marciniak. Po jego dymisji kontakt ustał.
MEN zawsze wie sam, co jest najlepsze. Młodzież będzie miała postmodernistyczne pogadanki w luźnym związku z obywatelskimi potrzebami. Dlatego wbrew temu co twierdzi minister Hall, zastrzeżenia prawicowej opozycji są uzasadnione.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/118761-piotr-zaremba-o-nauczaniu-historii-w-wersji-minister-hall-mlodziez-bedzie-miala-postmodernistyczne-pogadanki-w-luznym-zwiazku-z-obywatelskimi-potrzebami
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.