Wstrząsający tekst Marka Nowakowskiego. "Obawa, że rodzić się poczyna Targowica w zmodyfikowanej postaci"

Fot. wPolityce.pl, Wikipedia
Fot. wPolityce.pl, Wikipedia

Ankieta „Arcanów” (Arcana, nr 100) – rok 2011: "Na co Polska może być jeszcze potrzebna?". Odpowiada pisarz, publicysta i scenarzysta MAREK NOWAKOWSKI.

 

Marek Nowakowski Stan rzeczy

 

Znajdujemy się na dramatycznym, choć często niewidocznym rozdrożu. Niewidocznym dlatego, że jest to proces trwający od lat, powodujący bierne i apatyczne przyzwyczajenie do tego stanu rzeczy. Od chronicznej, pogłębiającej się zapaści w służbie zdrowia po „sukcesy” w budowaniu przyjaźni z Rosją, polegającej między innymi na niekorzystnej umowie gazowej po oddaniu w jej ręce śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Z drugiej, zachodniej zaś strony na posłusznym poddaniu się dyktatowi Niemiec w sprawie naszej „europeizacji” i roli w Unii Europejskiej. W polityce zagranicznej gubimy Ukrainę i nie potrafimy stworzyć skutecznej więzi przyjaźni z Litwą, co niebywale cieszy Rosję. Byliśmy pierwsi w Europie Środkowej jako twórcy oporu przeciw komunistom.

Mieliśmy Jana Pawła II, który budził uśpionego ducha Polaków, przywracał wiarę w wartości i jednoczył najlepszych z nas. Znaczenie tamtych zmagań Solidarności zostało pomniejszone i ustąpiło efektownej metaforze zburzenia muru berlińskiego. Nie przeszkadza to wcale rządzącej od kilku lat ekipie P.O. spowijać byle jaką przeszłość w otoczkę rzekomych sukcesów, nazywając klęski zwycięstwami i każde niepowodzenie powodzeniem.

Zastosowano skuteczną i ogłupiającą socjotechnikę z pomocą propagandy medialnej. Polska staje się krajem, można powiedzieć, kraikiem istniejącym w przeciągu sił zewnętrznych, które wpływają dominująco na naszą egzystencję. Ponure wrażenie unoszącego się nad nami fatum według słów poety:

Na taką miłość nas skazali/ Taką przebodli nas ojczyzną.

Nawet pojęcie Ojczyzny stało się dla znacznej części wspólnoty pustym frazesem, słowną atrapą używaną jedynie podczas świąt państwowych, parad, defilad i podobnych okoliczności.

Skąd bierze źródło postępująca zapaść? Gdzie należy szukać przyczyny? Próbując odpowiedzieć, należy przypuszczać, że to osuwanie się po równi pochyłej bierze początek w latach 1988-90, kiedy rozpoczęła się wyrachowana rozbiórka bezcennego kapitału Solidarności i wzniosłe marzenia i nadzieje, czystość intencji i odradzające się poczucie dobra wspólnego zamienione zostały na nieczyste gry i tajne porozumienia starych i nowych elit przywódczych.

Metoda zaniechań i ustępstw spowodowała faktycznie, że nasza przemiana ustrojowa następowała w sposób połowiczny, kaleki. Została zachowana w nietykalnej postaci i zaproszona do współrządzenia nomenklaturowa grupa dotychczasowych rządów Polski z sowieckiego nadania. Trucizna moralna rodowodem z PRL przeniknęła w organizm powstającej III Rzplitej. Zło wtopiło się w to, co miało być dobrem. Skaziło mającą powstać radykalnie odmienną jakość. Wraziło się w nią rakiem niszczącym zdrową substancję.

Sojusz (młodej wiekiem) amoralnej, prężnej wycwanionej warstwy czynowników poprzedniego reżimu z nową formacją reformatorów, niedawnych opozycjonistów też w dużej mierze tkwiącej korzeniami w komunistycznej rzeczywistości (rewizjonistów, rozmaitej maści naprawiaczy socjalizmu, itp.) zaowocował Zarazą w Grenadzie. Udział najmłodszej partyjnej nomenklatury w rządzeniu, wyłaniająca się warstewka najbogatszych, których fortuny brały się niewątpliwie ze współpracy z tajnymi służbami komunistycznymi (one najsprawniej wzięły się za przejmowanie mienia publicznego); takie i inne przyczyny spowodowały rozkład wartości i zasad, które miały być naszym fundamentem i spoiwem.

Grząska rzeczywistość zamiast twardego gruntu. Rozpoczęła się zaciekła walka ze zwolennikami oczyszczenia państwa i jego organów wykonawczych z dawnych tajnych służb i ujawnienie brudnej przeszłości dostojników powstającej III Rzplitej. Więcej! Następowała sakralizacja tajnych współpracowników niedawnej bezpieki prowadzona gamą rozlicznych sposobów. Od patetycznych wierszy o ciemnej, morderczej nienawiści po uczone wywody sofistów podważające wiarygodność zasobów archiwalnych b. Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opadała coraz szczelniejsza i grubsza kurtyna na całe to brudne dziedzictwo zaprzaństwa i służby Sowietom.

Próby docierania do źródeł takich zjawisk były gromione ze świętym gniewem. Przystąpiły do ataku elity intelektualne dawnego dworu, artyści, uczeni, dziennikarze, pisarze, którzy niezmiennie od lat służyli swą wiedzą i talentem panującym w Polsce namiestnikom obcego mocarstwa. Służyć pragnęli z takim samym oddaniem kolejnym władcom tak łatwo rozgrzeszającym niedawną „hańbę domową”. Takie postępowanie inspirowało negatywne wzorce działania. Od góry przenikało w dół. Nastąpiło sprzężenie zwrotne. Poczucie niemożności zmiany stanu rzeczy spowodowało wylęgarnię specyficznej formacji „homo polonicusa”, człowieka bez właściwości, odartego z wyższych aspiracji, bezideowego, konformisty przekonanego o naszej chronicznej słabości i niemożności zmiany czegokolwiek na lepsze.

Wykształcająca się w takiej aurze państwowość stawała się od początku słaba, podporządkowana rozlicznym interesom, wpływom obcego i rodzimego podejrzanego biznesu pożerającego najlepsze kęsy dobra publicznego. Organy państwa, samorząd, sądownictwo, prokuratura zostały również poddane zależności od aktualnie panującej władzy, niemrawo, wręcz niechętnie służą społeczeństwu, utrudniając i dusząc wszelką inwencję.

Diagnozę powyższą ilustrują wybuchające często skandale, obnażające pasożytniczy związek prywaty z władzą. Analogicznie do gnijącej fazy PRL-u późnego Gierka panuje egoizm, apatia, fatalistycznie wzmacniając wylęgarnię „homo polonicusa”, który odrzuca naszą tożsamość i pamięć, historię – za nic mając poczucie godności narodowej i obowiązek walki o wspólną sprawę. Widzi w tym balast przeszkadzający w egoistycznym dążeniu do sukcesu i dóbr materialnych za wszelką cenę. Upadek społeczeństwa, złowrogi w perspektywie bliższej i dalszej przyszłości, grozi zatratą duchowości, cyniczną i amoralną postawą aspołeczną; obrazem egzystencji zapobiegliwych, żarłocznych szczurów pożerających się nawzajem. Polityk naszych czasów to ewidentny ćwok, pazerny, przebiegły, bez światopoglądu, zasad etycznych, gąbka. Prawica, lewica, konserwatyzm, liberalizm – to dla niego pojęcia z dowolną treścią. Żongluje nimi jak piłeczkami. Śliski jak wąż, łatwo się go nie pozbędziemy.

W efekcie mamy słabe państwo, któremu brakuje zasadniczych reform strukturalnych. Służba publiczna w dużej mierze jest fikcją. Przedsiębiorczość jednostek usidlona w pajęczynie łapówkarskiej biurokracji. Wymiar sprawiedliwości ociężały i nieskuteczny. Często niesprawiedliwy. Polityka zagraniczna, chwiejna, bez zdecydowanego programu, uległa wobec dominujących w Unii Niemiec. Podobna wobec Rosji, której cień pada nadal na Polskę. Zachodzi obawa, że rodzić się poczyna Targowica w zmodyfikowanej postaci. Panoszy się degrengolada moralna.

W sukurs zbydlęceniu przychodzi walcząca ateizacja, wyganianie Boga, marginalizacja Kościoła, który był zwornikiem narodu, podtrzymywał ducha niepodległości w czasach niewoli. Nieustannie wisi nad nami straszak ciemnoty, wstecznictwa, ksenofobii, wystrzelającej oskarżeniami o antysemityzm, reklamowanymi jako ujawnianie utajonych przewin. Narzuca ponury obraz marnej kondycji moralnej Polaków, często nikczemnej. Wpędza mniej odporną część społeczeństwa w kompleks niższości, poczucie zacofania wobec światłej Europy. Przedstawia Polaków jako aktywnych sprzymierzeńców Niemców w eksterminacji Żydów. W światowych przekazach powtarzają się polskie obozy koncentracyjne i rabunek mienia żydowskiego po wojnie jako główne zajęcia Polaków.

W naszym kraju są silne ośrodki opiniotwórcze wspierające taki wizerunek Polaków. Równocześnie bezskutecznie domagamy się nazwania ludobójstwem mordu na dziesiątkach tysięcy Polaków w Rosji Sowieckiej. Dotychczas nie udostępniono nam pełni tajnych dokumentów dotyczących zbrodni w Katyniu. Nie przeszkadza to ekipie rządzącej w nazywaniu relacji z Rosją poprawnymi i rokującymi coraz lepsze rezultaty. Pobrzmiewa w tym niewolnicze poddaństwo wobec wschodniego sąsiada. Podobnie jak w przypadku budowy rurociągu Rosja-Niemcy na dnie Bałtyku. Taka byłą wola możnych i należało się z nią pogodzić mimo oczywistego konfliktu z naszymi interesami jako państwa. Odradza się i krzepnie zależność post-kolonialna według terminologii poety Jarosława Marka Rymkiewicza.

Jego namiętne, pełne swady rozważania o Polakach i polskości przypominają sejmowe kazania księdza Piotra Skargi i są głosem sprzeciwu poety – obywatela – patrioty, który widzi karłowacenie swoich rodaków. Przywołuje dawne i niedawne dzieje w Wieszaniu, książce o Powstaniu Warszawskim, rozważaniach o Samuelu Zborowskim. Podnosi i sakralizuje nieujarzmioną potrzebę wolności jako najwyższą wartość. Powiada: choć zrywy do wolności kończyły się często klęską, ale danina krwi składana w ofierze nie pozwalała narodowi przemienić się w zniewolniczałą masę, wolność tliła się nieustannie i coraz to wybuchała ogniem. Poeta ostrzega przed niebezpieczną zapaścią, uśpieniem. Tę zapaść widzi także w słabości państwa, które może postawić Polskę w rzędzie kraików- kolonii, tworu zależnego od obcej łaski. Czy ci, co pragną trzymać rząd dusz w Polsce, są rzeczywiście zmodyfikowaną do wymogów XXI wieku Targowicą?

W tle tego chorego stanu rzeczy ciągle majaczy inna Polska, która przeciwstawia się samozagładzie. Walczy i nie chce oddać pola. Jeszcze na dalszym planie istnieje Polska niema, zakneblowana, która przez tyle lat nie zabierała głosu, zatraciwszy zupełnie wiarę w głębię przemian w Polsce, pogrążona w letargu. Być może i ona się obudzi. Bo zaświtała nadzieja. Spontanicznie rozpoczął się ruch odnowy. Tragedia smoleńska, wypadki poprzedzające: stosunek do Prezydenta Kaczyńskiego, nieustanne ośmieszanie, deprecjacja jego autorytetu doprowadziły po Jego śmierci do autentycznej ekspiacji i do społecznego wzburzenia. A potem „obłuda bólu” i szybkie dążenie do marginalizacji sprawy, usilne starania o wygaszenie pamięci o Nim i próby doprowadzenia społeczeństwa do ponownej amnezji spowodowały reakcję odwrotną, nastąpił kult Zmarłego, który zwrócił całe rzesze Polaków do zatraconych wartości.

Ciemna aura wokół katastrofy smoleńskiej dała impuls do powstania masowego ruchu w imię prawdy, sprawiedliwości. Ten ruch ten przybiera na sile. Małe strumyki łączą się w wielką rzekę. Przebrała się miara. Ludzie nie chcą żyć w oparach obłudy, kłamstwa. Taki ruch odnowy potrzebuje charyzmatycznego przywódcy z wizją przyszłości, twardego w nadrzędnych zasadach, elastycznego i skutecznego w politycznej grze. Sam nie da rady, sztab wokół niego winien składać się z ludzi nieprzeciętnego formatu, którzy z czystych pobudek pragną zmienić rzeczywistość. Odsiać plewę, zachować zdrowe ziarno. Czy stać nas na wyłonienie takiej siły przewodniej? Czy nie zatracimy się ponownie w wirach i mieliznach?

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...