Oto wielka awantura na miarę początku września: w TVP zatrudniono gogusia, który dał się poznać jako – o zgrozo – satanista!

- Słyszała pani Kociubińska?! - w telewizji puszczają satanistę, prawdziwego o Jezuuu! -

Tłumy wychowanej na tefałenie gawiedzi żwawym truchtem popędziły w sobotę przed ekrany telewizji publicznej, aby na własne oczy dojrzeć tego co „dzierlatki wyonaca, koniom warkocze zaplata i uroki na cielęta rzuca”.

Diaboliczny Nergal, postać na miarę naszego Stefana Króla (Kinga), wkroczył na ekrany popychany z tyłu cmokaniem salonowych kokot i mniemanych macho w rodzaju nie myjących się naczelnych (ssaków ze „Szpilek” i „Szpulek”) i bezczelnych (vide reżyser wielkiego koncertu prezydencjalnego).

Z tej okazji przypomniał mi się jeden z moich ulubionych dialogów. Wyjąłem go z „Lalki”, jednej z najwybitniejszych europejskich powieści,

Rzecz dzieje się w momencie gdy Wokulski wystarczająco już posłuchał angielskich dialogów pomiędzy Izabellą Łęcką i jej kuzynkiem Starskim :

„- Co panu jest?... - zawołał Starski wpatrując się w niego przy świetle padającym z sali.

Wokulski wziął go pod ramię i pociągnął za sobą wzdłuż peronu.

- Niech pana to nie gniewa, panie Starski, co powiem - rzekł głuchym głosem. - Pan myli się co do siebie... W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce... I wcale pan nie posiada szampańskich własności... Pan ma raczej własności starego sera, co to podnieca chore żołądki, ale prosty smak może pobudzić do wymiotów... Przepraszam pana...

Starski słuchał oszołomiony. Nic nie rozumiał, a jednak zdawało mu się, że coś rozumie. zaczął przypuszczać, że ma przed sobą wariata.(...)”

Wokulski nie był wariatem, choć tak pewnie spogląda na niego profesor Magdalena Środa do spółki z panią Szczukówną.

Wokulski widział w życiu na tyle dużo, że potrafił odróżnić hetkę pentelkę od rzeczy istotnej.

Bieda w tym, że owoż miast Wokulskich mamy Kulczyków, Walterów i im podobnych, a miast literatów i felietonistów miary Głowackiego suflują nam Passsenty, Stommy i Michalskie (pisze tylko o tych którym polska fraza nie stawia zbyt wysokich wymagań, bo są przecież jeszcze Lisy, Durczoki, Kolendy et tutti...dla nich język polski jest tak samo obcy jak każdy inny).

Wróćmy jednak do naszego Satanisty, headbangingowca, uwodziciela dzierlatek, często popisującego się niekompletnym stanem paluszków pośrodku cherlawej dłoni.

Metafizyczny ci on jak sto wykładów profesorstwa Środów, charyzmatyczny jak Wojewódzki i Kozyra połączeni jedną słuchawką, wejrzeniem przenika do szpiku kości jak nie przymierzając Giuseppe Oleksy po czternastu głębszych w towarzystwie Gudzowatego.

Patrząc na twarzyczkę tego metafizycznie zbuntowanego chłopaczka nieodmiennie przypomina mi się fizjonomia największego skarżypyty w naszej klasie, który raz przyszedł do szkoły z kolczykiem w uchu, a następnego dnia nie przyszedł, bo mu ojciec skórę złoił.

Taki z niego Behemot, Bafomet i diabli (?) wiedzą co jeszcze, jak ze mnie Elvis wiecznie żywy w kolejnym karmicznym wcieleniu.

Drodzy bracia Katole - czy wy naprawdę się tym przejmujecie?

Tym darciem „Pisma Świętego”, dyszkancikowymi bluzgami i wejrzeniami jamniczki na cieczce?

Jaki salon taką też i przygotował nam prowokację. Wystarczy kliknąć pilotem i zająć się choćby Bernanosem.

Przyznam, że z tej okazji intymnie, złosliwie i grzesznie żywię w sobie widzenie jak to po każdym występie Nergala krew zalewa starego Belzebuba i jak za takie karykaturowanie jego potencji odpłaci wszystkim nergalobudowniczym..

Mamy takiego Nergala jaką mamy „elitę”.

O Antonie La Vey u i Aleisterze Crowley u słyszał coś u telewizyjnego fryzjera.

Ponoć mają występować w następnym odcinku.

Grzesznie przyznam też, że wolę jak popsatanizm kojarzy mi się z piękną (beznadziejnie się w niej od lat kocham) Leną Olin i młodziutką Emanuelle Seignier z „Dziewiątych wrót” według Pereza Reverta (poznałem go kiedyś w Sarajewie, ale to inna – chyba bardziej sataniczna historia).

W tym grzecznym chłopaczku z jakiegoś dobrego domu, przebranym w dziwne piórka znajduję tyle duchowości (choćby i oglądanej w lustrze) co na kolumnach pana Turnaua w „GW”.

Salon wyzuł z siebie takiego prowokatora na jakiego było go stać, równie dobrze mógł do telewizji wprowadzić laleczkę Chucky lub Tomasza Wołka jadącego z figurką Matki Boskiej do Augusto Pinocheta

Popiskuje nam ten bledziutki młodzieniec, prowokuje, ale wnioskując po metafizycznych skutkach tej przebieranki w opiece ma go chyba najbardziej leniwy czart ukryty za ciepłym piecem u pana Drdy.

Aż się prosi żeby pewnego dnia wpadła do studia Pani ze Szmatą na kiju i pogoniła to szatańsko nabzdyczone towarzystwo do roboty jakiej...