W "Naszym Dzienniku" koniecznie trzeba przeczytać wywiad z Michałem Lorencem, kompozytorem muzyki filmowej i teatralnej, autorem ścieżek dźwiękowych m.in. do filmów "Jan Paweł II: Szukałem Was", "Czarny Czwartek", "Różyczka", "Przedwiośnie".

Oto fragment:

Ostatni rok był bardzo szczególny - skomponowany przez Pana do filmu "Różyczka" utwór przeprowadził Polaków przez żałobę narodową, teraz z kolei skomponowana przez Pana msza towarzyszyła nam w przeżywaniu beatyfikacji Jana Pawła II - czy te dwa wydarzenia w jakiś sposób są według Pana związane ze sobą na płaszczyźnie duchowej?
- Mam poczucie, że te wydarzenia są ze sobą powiązane. Nie mam, niestety, zdolności analitycznych, odbieram rzeczywistość emocjonalnie i argumentacja, że ci ludzie zginęli rycerską śmiercią, że zginęli razem, jest przejmująca. Nie wystarcza jednak do tego, żeby zawrzeć to, co się stało w jakiejś logicznej puencie czy w jakimś szeregu znaczeń wyższego porządku. Nie potrafię tego zaakceptować. Jeden z ojców paulinów powiedział mi: "A jeżeli oni są święci, jeżeli poszli prosto do Nieba, to co ty z tym zrobisz?". A ja się wciąż na tę śmierć nie zgadzam. Nie wierzę w żaden wypadek. I nie potrafię się z tym pogodzić. Może to brak wiary, ale nie potrafię...

W jaki sposób powstała melodia do filmu "Różyczka"?
- Tę melodię napisałem dwa lata temu na Mazurach. Czuję osobisty związek z postacią Pawła Jasienicy. Widywałem go na klatce schodowej, kiedy chodził z wizytą do pana Jana Józefa Lipskiego, który był naszym sąsiadem. Przyjaźniłem się z jego dziećmi i do dzisiaj mam z nimi kontakt. Poruszający był dla mnie wątek żydowski w tym filmie. Odkrył przede mną pewne znaczenia biblijne, o których sami autorzy filmu być może nie wiedzieli, że je w nim zawarli. Utwór, o którym mowa, napisałem na końcu, kiedy cała ścieżka dźwiękowa była już gotowa. Ten temat przyszedł do mnie rano. Nigdy tego nie zapomnę. To jest dłuższy temat, który miał mieć trzy części, natomiast jego instrumentację postanowiłem napisać na samym końcu. Układała mi się ona w głowie. Źle niestety obliczyłem czas do nagrań. Okazało się, że orkiestra będzie już za godzinę i że po prostu nie zdążę, że muszę zrobić repetycję pierwszej części. I całe szczęście, że tak się stało. Możliwe, że ta druga i trzecia część przeniosłaby ten utwór w inny wymiar. Czasem nie widzimy, czemu pewne rzeczy się dzieją, a one mają ukryty sens. Instrumentację do filmu "Różyczka" napisałem sam. Nie robiłem tego od wielu lat. Właściwie od czasu skomponowania muzyki do filmu "Bandyta" pisałem jedynie fragmenty - ze strachu, z lenistwa, z różnych innych powodów korzystałem z pracy mojego dyrygenta. Kiedy miałem skomponować muzykę do "Różyczki", doszedłem do wniosku, że nie mogę dalej tak żyć, że nie mogę odpuszczać sobie i zwalać pracy na kogoś innego, dając mu temat, określając jedynie harmonię, tempo i instrumenty. Sam od wielu lat boję się pisać. Napisałem jednak tę muzykę, wyszło pięknie.

W jaki sposób ta melodia stała się muzycznym motywem przewodnim żałoby narodowej?
- W przeddzień katastrofy zadzwoniła do mnie pani dyrektor "Wiadomości" TVP1 i powiedziała, że polski hymn narodowy, który opracowałem do filmu o pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim, chciałaby wykorzystać podczas relacji z wizyty prezydenta w Katyniu. Zapytała, czy wyrażam na to zgodę. Zgodziłem się, a ona wykorzystała ten utwór w zupełnie już jednak innym kontekście - tragedii smoleńskiej. Przypadek sprawił, że wydawcy użyli mojej muzyki z "Różyczki" do ilustracji tych zdarzeń, a pewna rozgłośnia radiowa żaliła się, że taka muzyka nawet krowę doprowadza do łez.

Był Pan członkiem honorowego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Dlaczego zdecydował się Pan na ten krok?
- Zdecydował o tym Smoleńsk i histeria medialna wokół osoby prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Miałem i mam do polityki dystans, i chociaż dzisiaj dużo wyraźniej widzę sens i jakość tej prezydentury, to moje uczestnictwo w komitecie poparcia Jarosława Kaczyńskiego było jednorazowym aktem. Zajmuję się muzyką, o polityce nie mam większego pojęcia, mam poczucie, że powinienem stawać po stronie słabszych, plugawionych, oczernianych, ale taka postawa nie dotyczy wyłącznie polityki. Wypowiedzi zaczynające się od słów: "najbardziej boję się..." to przykłady manipulacji, które wykluczają demokrację. Kiedy słyszę: "Najbardziej boję się Macierewicza, bo ma straszne oczy", to pytam o konkretne argumenty. Na ogół rozmówca wówczas wstaje, ubiera się i wychodzi, mówiąc, że nie da się ze mną rozmawiać, bo jestem faszystą.

Co sądzi Pan o naszym obecnym rządzie?
- Śmieszy mnie, a nawet wzrusza. To jest dla mnie Monty Python w najlepszych swoich skeczach. Nie jestem politykiem. Jednak przełomowym momentem była dla mnie afera hazardowa, kiedy przewodniczący, pan Mirosław Sekuła, napisał sprawozdanie z prac komisji, z którym sam się nie zgadzał...

Czy ma Pan poczucie, że dzisiaj Polska, podobnie jak w roku 1920, znowu staje się przedmurzem chrześcijaństwa?
- Chrześcijaństwo nie wznosi murów. Tak jak pisał Jerzy Liebert - sytuacja wyboru jest sytuacją wiary. Panem historii jest Pan Bóg. Kiedy dzieje się krzywda, On nie stoi daleko, ale cierpi razem z nami.

A jaki jest Pana stosunek do mediów?
- W czasie Wielkiego Postu regularnie odłączam się od świata. Nie słucham wówczas radia, telewizora w ogóle nie mamy. I wtedy okazuje się, że żyję w Polsce, która jest wspaniała.

Co sprawia, że zależy Panu na Polsce?
- Kocham Polskę. Fakt, że urodziłem się właśnie tu, traktuję jako wyróżnienie i dar. Szczególne są tutaj relacje z ludźmi. Nie wiem, czy gdzie indziej znalazłbym tylu przyjaciół. Nie jestem doskonały, ale może tak to ma być, może to jest ten mój oścień, o którym pisał św. Paweł. Ale tak naprawdę to dziękuję za to, co mam. Za dzieci, które mi powierzono, i żonę, którą kocham.

Cała rozmowa w "Naszym Dzienniku".

 

Bar, źródło: "Nasz Dziennik"