Jaka debata o GMO? "Dominacja ekspertów reprezentujących branżę biotechnologiczną, często wprost związanych z firmami"

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Przygotowana przez rząd ustawa o nasiennictwie, dopuszczająca rejestrację genetycznie modyfikowanych odmian roślin, wywołała na nowo debatę o dopuszczalności upraw GMO na terenie Polski. I po raz kolejny debata została zdominowana przez naukowców z branży biotechnologicznej – przede wszystkim biologów molekularnych, ale także onkologów, lekarzy, specjalistów od środowiska; jak mantrę powtarzają oni, że GMO jest bezpieczne dla zdrowia i środowiska, że przez lata nie odnotowano żadnych przypadków negatywnych konsekwencji spożycia GMO ani przez ludzi, ani przez zwierzęta, że nie udowodniono szkodliwego oddziaływania zmodyfikowanych roślin. Czy jednak to stanowi sedno problemu?

Czy gdy podejmowane są decyzje odnośnie przebiegu sieci drogowej w Polsce, decydujący głos powinni mieć inżynierowie drogowi? Czy o zakupie wyposażenia dla wojska powinni decydować producenci sprzętu? Czy o kształcie systemu emerytalnego powinni wyrokować finansiści powiązani z OFE? Tymczasem w przypadku debaty mamy do czynienia z dominacją ekspertów reprezentujących branżę biotechnologiczną, częstokroć bezpośrednio powiązanych z firmami z tego sektora. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy GMO sięgają przede wszystkich po autorytety z naukowymi tytułami biologów, genetyków, lekarzy. Ma to dwojakie konsekwencje. Pierwszą z nich jest skoncentrowanie się na kwestii potencjalnej szkodliwości GMO dla zdrowia lub środowiska, prowadzące do pomijania fundamentalnych kwestii społeczno-politycznych; drugą jest ukryty lobbying koncernów i oddziaływanie ich sieci klientelistycznych na podejmowane decyzje.

Koncentracja na kwestii szkodliwości/bezpieczeństwa GMO skrywa fakt, że inżynieria genetyczna jest przede wszystkim nową, rewolucyjną technologią rolniczą a jej dopuszczenie oznacza wprowadzenie nowej formy rolnictwa.  Jako jedna z nielicznych zwraca na to uwagę dr hab. Katarzyna Lisowska w przytaczanej przez wpolityce.pl wypowiedzi z 20 sierpnia, stanowiącej optymistyczny wyjątek w polskiej debacie o GMO.

Jak podkreślają sami zwolennicy biotechnologii, GMO otwiera zupełnie nowe horyzonty przed rolnictwem: dzięki zastosowaniu odpowiednich modyfikacji, np. wprowadzeniu do genotypu rośliny genów odporności na szkodniki, pozwala produkować taniej, wydajniej, łatwiej i szybciej. Biotechnologia pozwala zbierać plony kilka razy do roku z tej samej uprawy, kilkakrotnie przyspieszyć wzrost zwierząt, uprawiać na nieurodzajnych glebach.

W tym kontekście biotechnologia rolnicza stanowi kolejny krok w rozwoju określonego modelu rolnictwa, typowego dla krajów Europy Zachodniej: uprzemysłowionego, wysokowydajnego, intensywnego, wielkoobszarowego, wyspecjalizowanego i stechnicyzowanego. Powstają w związku z tym pytania, czy te związane ze stosowaniem biotechnologii rozwiązania są adekwatne do charakteru polskiego rolnictwa. Jakie nieoczekiwane zmiany może przynieść zastosowanie technologii dopasowanej do innego typu gospodarki rolnej? Czy skutkiem będzie szybkie i bezproblemowe upodobnienie się polskiego rolnictwa do zachodniego, zgodnie z wzorem dominującym od lat 90-tych w transformacji polskiej gospodarki? A jeśli tak, to czy tego właśnie chcemy jako społeczeństwo? Podejmując decyzję o wykorzystywaniu biotechnologii w Polsce należy być świadomym tego, że jednocześnie podejmuje się decyzję o dalszym kierunku rozwoju polskiej wsi. W debacie publicznej o GMO nie powinno więc brakować namysłu nad tym, czy taka rewolucja w produkcji rolnej jest właściwa, pożądana, zgodna z celami rozwoju społecznego i wizją Polski.

Inne wykluczone z dyskusji aspekty dotyczą na przykład polityki międzynarodowej;  promowanie GMO w świecie stanowi jeden z priorytetów polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, wykorzystujących do tego celu – jak pokazały ujawnione przez Wikileaks depesze - zarówno wojny handlowe, Światową Organizację Handlu, jak i formalne i nieformalne działania dyplomatyczne. Spór o GMO stanowi istotny element relacji między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi, co oznacza, że zajmując stanowisko w tej sprawie powinniśmy być świadomi tego, że jednocześnie opowiadamy się po określonej stronie w tym sporze.

Drugą konsekwencją zdominowania debaty przez ekspertów jest dopuszczenie do głosu ukrytych lobbystów i ułatwienie oddziaływania sieciom klientelistycznym funkcjonujących wokół koncernów biotechnologicznych i reprezentujących ich interesy.

Jednym ze źródeł autorytetu naukowców (i związanego z nim wysokiego zaufania społecznego do nich) jest utrzymujące się przekonanie o bezstronności, niezależności i obiektywności ekspertów. Gdy uznawany w Polsce i na świecie biolog, profesor Polskiej Akademii Nauk odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski mówi nam, że nie trzeba bać się GMO, gdyż nie ma żadnych danych naukowych, by technologia ta była szkodliwa, jesteśmy skłonni mu ufać bezwarunkowo. Gdy te same słowa wypowiada wieloletni prezes Polskiej Federacji Biotechnologii, zrzeszającej m.in. firmy biotechnologiczne, w tym przedstawicielstwa globalnych koncernów takich jak Monsanto, traktujemy te słowa jako wyraz partykularnego interesu branżowego. A co wtedy, gdy ów profesor i prezes to jedna i ta sama osoba, jak jest w przypadku Tomasza Twardowskiego, jednego z najbardziej znanych polskich zwolenników GMO? Kogo reprezentował prof. Twardowski, przewodnicząc Komisji ds. GMO przy Ministerstwie Środowiska w latach 2006-2008?

Przystępując do debaty o GMO należy zdać sobie sprawę z tego, że jest to jedna z najbardziej sprywatyzowanych gałęzi nauki, w której udział środków prywatnych jest szacunkowo o 20% wyższy niż w innych sektorach. Już w 1984 r. prywatne finansowanie rozwoju biotechnologii w USA stanowiło 42% wszystkich wydatków przemysłu na rozwój nauki. Badacze nauki, tacy jak Lily E. Kay, szacują, że przynajmniej 80% biologów molekularnych w Stanach Zjednoczonych ma udziały w firmach biotechnologicznych. W dodatku jest to dziedzina bardzo silnie zmonopolizowana: w 2000 roku 71% patentów z zakresu rolniczej biotechnologii było w posiadaniu pięciu koncernów rolno-chemicznych: Syngenta, Aventis (obecnie Bayer CropScience), DuPont, Monsanto, Dow.

Naukowcy powiązani z przemysłem biotechnologicznym znajdują się często w sytuacji konfliktu interesów, gdy stoją przed koniecznością dokonania wyboru między interesem publicznym a interesem prywatnych firm, które finansują ich badania. Interesy koncernów produkujących leki, opracowujących nowe technologie medyczne czy wykorzystujących inżynierię genetyczną w rolnictwie są z pewnością w wielu punktach zbieżne z interesem publicznym (walka z chorobami trapiącymi ludzkość, głodem, biedą itp.), lecz częstokroć mogą także stać w opozycji wobec dobra publicznego. Gdy sukces finansowy spółki zależy od szybkiego opatentowania nowego leku czy produktu biotechnologicznego, interes publiczny, polegający na dokładnym zbadaniu wszystkich ewentualnych skutków ubocznych stosowania danego produktu, może zostać podporządkowany interesowi prywatnemu. A współpracujący z przemysłem naukowcy mogą znaleźć się pod presją przeprowadzenia badań w taki sposób, by nie narażać na szwank interesu zleceniodawcy.

Naukowcy wykorzystywani są w działania PR-owych przemysłu biotechnologicznego jako tzw. kluczowi liderzy opinii publicznej (KOLs – Key Opinion Leaders). Są to zazwyczaj uczeni o ugruntowanym autorytecie, cieszący się odpowiednim szacunkiem i sławą. Ich zadaniem jest kształtowanie opinii w określonych środowiskach na temat pewnych produktów lub technologii. Mogą to więc być profesorowie medycyny występujący gościnnie na zjazdach lekarzy, profesorowie biotechnologii przemawiający na spotkaniach producentów kukurydzy, eksperci wypowiadający się w prasie branżowej, doradcy komisji sejmowych.

Problem polega na tym, że gdy wypowiadają się na temat GMO, nikt nie oczekuje od nich deklaracji na temat ich powiązań z przemysłem biotechnologicznym. W krajach zachodnich od dawna funkcjonuje w wielu czasopismach medycznych wymóg składania oświadczeń o konflikcie interesów i deklarowania, czy autor otrzymywał jakieś wynagrodzenia od firmy, której produkty lub badania opisuje. Podobnie jest w przypadku naukowców zatrudnianych na uczelniach, którzy muszą regularnie składać oświadczenia o powiązaniach z firmami prywatnymi.

U nas wciąż nie ma takich zwyczajów,  a podobne oczekiwania wywołałyby zapewne święte oburzenie środowiska naukowego i oskarżenie o zamach na wolność badań naukowych. Dodatkowo w klimacie promowania firm typu spin-off i współpracy nauki z biznesem  zapomina się o zagrożeniach czyhających na tym polu, z radością korzystając z różnych form sponsorowania projektów badawczych, wydziałów lub instytutów uniwersyteckich przez prywatne koncerny. A zarzuty pojawiające się co jakiś czas w mediach pomijane są milczeniem; przykładowo, w 2007 roku tygodnik Newsweek zwrówił uwagę na związki prof. Andrzeja Anioła (członka Komisji ds. GMO przy Ministerstwie Środowiska) z z jedną z największych na świecie korporacji biotechnologicznych Syngenta. Placówka, którą kierował profesor, miała od co najmniej 2003 roku utrzymywać bliskie kontakty z tą firmą. Trzech pracowników IHAR było autorami wydanej przez Syngentę pracy „Polskie odmiany mieszańcowe rzepaku ozimego. Ochrona preparatami firmy Syngenta”. Na stronach internetowych Polskiej Federacji Biotechnologii można z kolei znaleźć raport autorstwa Andrzeja Anioła i Grahama Brookesa pt. Wpływ użytkowania roślin genetycznie zmodyfikowanych na produkcję roślinną w gospodarstwach rolnych w Polsce,  powstały przy wsparciu firmy Monsanto Europe SA.

Inny przykład sprzed kilku dni: dziekan Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego podał się do dymisji w reakcji na brak działań władz uczelni w związku z zarzutami wykorzystywania sprzętu podlegającej mu Pracowni Mikroskopii Elektronowej. Stwierdził on, że prowadzono w niej badania zlecane prywatnie byłym i obecnym pracownikom uczelni przez firmy zewnętrzne, na czym uniwersytet mógł tracić 200-300 tys. złotych rocznie. Dodajmy, że pracownia jest częścią Instytutu Genetyki i Mikrobiologii… Ciekawe w tej historii jest pytanie, jak silne muszą być sieci powiązań między uczelnią a biznesem, jeśli dziekan wydziału nie jest w stanie ukrócić takich praktyk w podlegającej mu jednostce o charakterze technicznym i podaje się demonstracyjnie do dymisji?

Tego pytania niestety nie stawia autor  artykułu we wrocławskiej Gazecie Wyborczej, która opisała ten przypadek. Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę wyjątkowo przychylną linię przyjętą przez GW względem GMO, której wyrazem jest absurdalna propozycja Konrada Niklewicza, obecnego rzecznika polskiej prezydencji, który w 2008 roku napisał w komentarzu Ktoś musi zapłacić za rozmowę o GMO, iż to przemysł i lobby zainteresowane wprowadzeniem GMO na polski rynek powinno zająć się kampanią informacyjną dotyczącą GMO. Sęk w tym, że tego typu działalność przemysł biotechnologiczny prowadzi od lat, wydając na nią miliony dolarów w ramach kampanii PR-owych i Public Affairs, ukrywanych pod płaszczykiem akcji edukacyjnych, szkoleń prowadzonych przez „niezależne” stowarzyszenia i instytuty, gazetek kierowanych do uczniów, studentów i nauczycieli. Przykładowo, koncern Novartis przekazał 150 tys. dolarów dla Instytutu Biotechnologii w Waszyngtonie na wydanie i dystrybucję magazynu studenckiego „Your World: Biotechnology & You”. W Polsce taką kampanię edukacyjną dotyczącą biotechnologii prowadzi GBE Polska, będący częścią sieci Green Biotechnology in Europe, utworzonej przez firmy BASF, Bayer CropScience, Dow AgroSciences, DuPont, Monsanto i Syngenta. Polska Federacja Biotechnologii także wydaje bezpłatne kolorowe broszury, takie jak „Biotechnologia przyjazna dla wszystkich!” oraz „Zielona Biotechnologia. Korzyści i obawy”. Ich autorami są oczywiście uznane autorytety naukowe. Traktowanie ich jednak przez dziennikarzy za obiektywną kampanię informacyjną to spełnienie marzeń każdego prezesa koncernu biotechnologicznego.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...