Na świecie zmienia się wiele rzeczy. Na przykład skądinąd ciekawa polemika między Adamem Leszczyńskim i Witoldem Gadomskim w sobotniej "Gazecie Wyborczej" na tematy ekonomiczne pokazuje rozmiar tych zmian. Spór dotyczy metod wychodzenia z kryzysu ekonomicznego, obaj polemiści szermują zdarzeniami z dziejów amerykańskiego Wielkiego Kryzysu i obaj nieco naginają fakty pod swoje tezy.
Nowością jest waga zdecydowanie antyliberalnej wykładni Leszczyńskiego, związanego z „Krytyką Polityczną”. Klasyczny liberał gospodarczy Gadomski pisze w dawnym stylu, jeszcze kilka lat temu byłby miarodajny dla "Wyborczej", dziś Czerska najwyraźniej przeprasza się z lewicą światową. Nie martwi mnie to z jednego powodu: czym więcej różnorodności, niepokoju w polskiej debacie, tym lepiej. Nie mam jednak wątpliwości, że obaj zawzięcie i szczerze debatujący ze sobą panowie pogodzą się natychmiast w jednym momencie. Gdy zagra trąbka pobudki i połączy ich wspólny wróg: „ta śmieszna polska prawica”. Tu z całkiem różnych pozycji nie ma kompromisu.
Za to pewne rzeczy nie zmieniają się ani trochę. Nie tyle rzeczy co osoby. Adam Michnik staje się coraz bardziej autorem ceremonialnym: pisze głównie laurki, laudacje, panegiryki, zawsze wszelako przeplecione jego ukochanymi idiosynkrazjami.
Tym razem gratuluje 80-lecia urodzin Krzysztofowi Kozłowskiego, jednemu z twórców historycznego „Tygodnika Powszechnego. Człowieka dawnych zasług, którego je jednak pamiętam najmocniej z jednej sceny. W filmie Ewy Stankiewicz i Anny Ferens „Trzech kumpli” siedzi naprzeciw kamery. Gdy słyszy pierwsze pytanie związane z jego obroną do ostatniej chwili Lesława Maleszki, wstaje i odpinając mikrofon, znika poza ekranem.
To konsekwencja postawy niewiary w sens jakichkolwiek rozliczeń, więcej sens oceniania czegokolwiek – poza ma się rozumieć tymi, którzy sami próbują oceniać. Tych należy wdeptać w podłogę. Michnik jest równie konsekwentny. Tak jak na pogrzebie Bronisława Geremka nie omieszkał się zająć jego „wrogami”. Tam tym razem traktuje swego przyjaciela Kozłowskiego jako kolejny taran:
„Mam świadomość, że kontekst jest mało zabawny, towarzyszy mu dziwna inwazja tekstów sporządzanych przez osoby marnej kondycji intelektualnej. Dla mnie jest to dziwaczny czas destrukcji moralnych autorytetów, czas gdy czarne jest nazywane białym, a oczywiste prawdy wyrzucane do kosza na śmieci. Mówiąc najprościej, jest to czas, gdy „Tygodnik Powszechny”, pismo które było latarnią morską polskiej inteligencji przez długie dziesięciolecia, oskarżany jest o legitymizowanie reżimu dyktatury oraz o współpracę z aparatem bezpieczeństwa. Jest to zatem czas smutny” - obwieszcza.
O czym on pisze, chciałoby się zakrzyknąć? Chodzi naturalnie o książkę Romana Graczyka, nota bene wieloletniego dziennikarzy „Tygodnika Powszechnego”, a potem „Wyborczej”, który subtelnie i kuturalnie zadał parę pytań: o materiały, których autentyczności nikt nie podważa, oraz o polityczny kontekst niektórych zachowań krakowskiej redakcji na Wiślnej. Niczego nie przesądzając, samemu szukając – i słusznie, bo czasy były straszne i skomplikowane – bardziej usprawiedliwień niż potępień. Jeżeli nie można dyskutować o historii „Tygodnika Powszechnego” w taki sposób, nie można w żaden.
Michnik staje się powoli strażnikiem pilnującym kapliczki, który gdy tylko widzi, że ktoś nadchodzi, zaczyna się zapluwać i wygrażać pięściami. Staje się, krótko mówiąc, Niesiołowskim polskiej publicystyki. Może jedynie niektóre frazy trochę go jeszcze odróżniają. Entomolog z Łodzi, też skądinąd człowiek z piękną przeszłością, jest bardziej toporny. Choć z drugiej strony niektóre z tych fraz zgrzytają: czy tekst się sporządza? Ale u Michnika nie ma nic przypadkowego, sporządza się donos, więc to zamierzone stylistyczne omsknięcie. Nie agenci z esbeckich papierów, jacykolwiek agenci, są donosicielami, a Graczyk. Jest też człowiekiem „marnej kondycji i intelektualnej”, a jak wynika z całości i moralnej, inaczej niż Kiszczak.
Wyobrażam sobie, jak Michnik cyzeluje te swoje skojarzenia i zastanawiam się, komu to potrzebne. Przecież Jakub Wojewódzki ogłosił już dawno, że jego panamichnikowym następcą. Po co się więc tak trudzić?
W swojej dość nieprzytomnej połajance profesor Wojciech Sadurski nazwał mnie w Salonie24 „lizusem”, bo onegdaj pochwaliłem tekst Pawła Lisickiego na temat kary śmierci. Wystawię się jeszcze bardziej na podobne krzyki: przy czytaniu pewnych komentarzy w „Rzeczpospolitej” jestem dumny, że ta gazeta ciągle istnieje, w takiej postaci jak istnieje.
Dotyczy to na przykład piątkowego komentarza Piotra Zychowicza na temat ataków, jakie przypuściły gromady hiszpańskich pakikotoidów na młodych katolików, przy okazji wizyty papieża w tym kraju, a także sobotni komentarz Ewy Czaczkowskiej o Nergalu. Czaczkowska kwituje zachowanie Nergala po oczyszczającym go wyroku, pan skandalista, który niszczył Biblię raczył był ogłosić w internecie, że „szatan zwyciężył”. Autorka zauważa, że to co myląco, ze względu na treść odpowiedniego przepisu, jest nazywane „obrazą uczuć religijnych” to po prostu niszczenie religijnych symboli. I czy mamy do czynienia ze wzburzeniem tych, którzy są przy tym bezpośrednio obecni, czy na przykład natkną się na to w Internecie, czy może tylko się dowiedzą, nie ma większego znaczenia. Pada sakramentalne pytanie: a co by było, gdyby to był Koran? Albo Gwiazda Dawida.
Obawiam się, że niedługo oburzenie takimi zdarzeniami zostanie zepchnięte do niszy, do getta. Potwierdza to jednolita reakcja większości mediów: "Wyborcza", "Polityka", "Newsweek", "Wprost" mają w tej sprawie identyczne zdanie i wyrażają je identycznymi słowami.
Ale jest i inny paradoks. Nie tak dawno toczyłem spór ze znajomym. On kwestionował sens takich książek jak „Operacja chusta” Tomasza Terlikowskiego. Przypomnę: to fiction. W którym wojująco laicka Europa w imię politycznej poprawności represjonuje religijny „fundamentalizm”, a tak naprawdę religijne przekonania.
Mój znajomy mówił: To nonsens. Europejczycy odchodząc od religii stają się wobec niej obojętni, a nie wrodzy.
Ja naturalnie nie twierdziłem, że będzie tak jak prorokuje Terlikowski. To przecież prawo powieściopisarza – fantazjując, wyostrzać. Ale nie jest prawdą, że wszyscy ludzie odrzucający zasady wiary, stają się letni i obojętni. Nawet wtedy, kiedy Kościół nie ma już realnego wpływu na kształt ustawodawstwa i życia publicznego, wielu z nich jest nadal poirytowanych. Sam fakt, że istnieje instytucja proponująca alternatywne wartości i styl życia, nie daje im spokoju.
W latach 30., w kontekście zupełnie innych dylematów związanych z pro- i antykomunizmem ukuto w USA pojęcie „liberał totalitarny”. U jednych to tylko kierunek myślenia, za to innych po prostu świerzbią ręce. Hiszpańskich antyklerykałów zaświerzbiły naprawdę, i to mocno. I do tego świerzbienia jakoś nie znajdziemy komentarzy w potężnym truście mainstreamowych, także i polskich mediów. Choć ofiar domniemanej nietolerancji chrześcijan jeszcze dziś szuka się z wielkim mikroskopem.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/117311-michnik-tropi-marna-kondycje-a-antyklerykalow-swierzbia-rece-weekendowy-przeglad-prasy-piotra-zaremby
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.