Trzy ustawy, których uchwalenie jest rażąco sprzeczne z interesem publicznym. Trzy ustawy, o których milczą media

PAP
PAP

Koniec kadencji każdego Sejmu jest okresem chaosu legislacyjnego. Każdorazowo okazuje się, że władza nie wywiązała się z szeregu obietnic, stąd też do Marszałka Sejmu trafiają dziesiątki projektów ustaw dotyczących dosłownie każdej dziedziny życia. Ich jakość jest najczęściej niska, jako że są to albo projekty niedokończone, prace nad którymi zarzucono wiele miesięcy wcześniej, albo projekty przygotowywane nagle, bez analizowania wszystkich ich skutków. W żargonie na Wiejskiej okres ten nazywa się dosadnie, lecz celnie „biegunką legislacyjną”.

Koniec kadencji Sejmu jest także momentem, w którym jak w soczewce skupiają się wszystkie patologie polskiej polityki, w tym ujawniają się niejasne powiązania polityków z rozlicznymi grupami interesu. Wbrew pozorom do ich pierwszego rozpoznania nie potrzeba służb specjalnych, żadnej wiedzy operacyjnej, podsłuchów, bilingów ani organizowania policyjnych prowokacji. Wystarczy zdroworozsądkowa analiza zapisów proponowanych ustaw oraz obserwacja żelaznej determinacji, z jaką niektóre z nich są forsowane w obu izbach parlamentu. Z drugiej strony, jako akty prawne godzące w interes publiczny i na pewno wiążące się z interesem prywatnym wąskiej grupy osób, powinny stać się przedmiotem szczególnej uwagi mediów, jak i służb do tego powołanych. Czy tak się aktualnie dzieje?  Śmiem wątpić.

Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na trzy ustawy, uchwalenie których było i jest w oczywisty sposób sprzeczne z interesem publicznym i jednocześnie przemilczane przez media.

Pierwsza z nich to słynna już ustawa o nasiennictwie, otwierająca Polskę na import transgenicznych odmian zbóż. Ustawa w długim okresie czasu pozbawia polskie rolnictwo jednego z największych aktualnych atutów, tj. różnorodności genetycznej wysiewanych roślin i będzie na pewno wiązała się z zachwianiem funkcjonowania wielu ekosystemów (np. przez wyginięcie znacznej części populacji pszczół i innych owadów żerujących na roślinach). Co ciekawe, specjaliści wykazują, że wejście na polski rynek roślin transgenicznych w przeciągu kilkunastu lat uzależni większość polskich rolników od dostaw ziarna produkowanego przez JEDNĄ firmę, posiadającą już teraz podobny monopol w szeregu innych państw. Z tego też powodu przed wpuszczeniem na swoje rynki krajowe transgenicznych odmian roślin bronią się za wszelką cenę organizacje rolnicze i politycy partii ludowych całej zachodniej Europy. W Polsce za to ustawę liberalizującą dotychczasowe przepisy dotyczące zakazu importu transgenicznych zbóż przeforsowali w parlamencie m.in. znani z ideowości posłowie i senatorowie PSL.

Drugim intrygującym projektem jest znajdująca się dziś w Senacie ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych, wprowadzająca, między innymi możliwość sprzedaży na stadionach piłkarskich piwa, co w obliczu nadchodzącego Euro2012 oznacza wielomilionowe zyski dla jego producentów, pośredników i właścicieli stadionów. Co ciekawe, ustawodawca założył jednak, że sprzedawane na stadionach piwo nie może mieć więcej niż 3,5% alkoholu, który to warunek spełniają aktualnie produkty JEDNEJ korporacji. Popierający ustawę posłowie i senatorowie PO jak jeden mąż twierdzą także, że sprzedaż alkoholu na imprezach sportowych nie wpłynie na ich bezpieczeństwo, bo jak wiadomo, z tym na stadionach jest coraz lepiej. Co ciekawe, deklaracje te padają w klika tygodni po ogłoszonej przez Premiera i Gazetę Wyborczą wojnie z „kibolstwem” i przestępczością na stadionach. Okazuje się jednak, że ci sami „groźni przestępcy”, o których jeszcze niedawno mówił premier, nie będą stanowili zagrożenia, jeżeli będą kupowali piwo od konkretnego producenta. Od siebie chętnie dodam pytanie, jak twórcy ustawy oszacowali różnicę w zagrożeniu stanowionym przez kibiców pijących piwo zawierające 3,5% alkoholu i piwo zawierające go np. 3,75%?

Trzecią legislacyjną prywatą aktualnie znajdującą się w Sejmie jest projekt ustawy o współpracy rozwojowej, mający uporządkować prowadzoną przez Polskę pomoc humanitarną, działania zapobiegające ubóstwu i promocję demokracji oraz praw człowieka. Projekt ustawy o współpracy rozwojowej nosi jednocześnie cechy zarówno dokumentu napisanego na kolanie, bez znajomości problematyki pomocowej, jak i pod dyktando wąskiej grupy interesu. W wielkim skrócie, ustawa nie rozwiązuje żadnego z aktualnych problemów polskiej pomocy rozwojowej, w tym utrudni jej właściwą organizację w przyszłości, zawiera natomiast kilka groźnych zapisów.

Pierwszy z nich wyłącza spod kontroli MSZ pulę środków wynoszących rocznie ponad czterdzieści milionów złotych i przekazuje je we władanie fundacji skarbu państwa, obsadzanej właśnie personalnie przez jednego z aktualnych ministrów w MSZ, pomysłodawcę projektu ustawy i weterana warszawskiego światka NGO. Co istotne, spod kontroli MSZ mają być wyłączone właśnie te środki, które rokrocznie trafiają w drodze konkursów do polskich organizacji pozarządowych. Nie muszę dodawać, że dysponowanie tymi pieniędzmi daje olbrzymią władzę, dzięki której można decydować o być albo nie być wielu podmiotów. Dzięki tym środkom można także utrzymywać przy życiu cały chór pozornie niezaangażowanych organizacji społecznych. Przydział tych środków przez MSZ zawsze budził kontrowersje, w tym często pytania o transparentność procedur, jednakże zawsze pozostawiał możliwość kontroli politycznej i finansowej ze strony MSZ, jak i ciał takich jak Parlament. Proponowane w ustawie rozwiązanie, tj. przekazanie kilkudziesięciu milionów złotych rocznie do podmiotu o znacznie słabszym nadzorze będzie tylko pogłębiało aktualne patologie. Tym bardziej, że jak napisano w uzasadnieniu do ustawy, jest realizacją postulatów grupy organizacji pozarządowych, przez lata animowanej przez aktualnego ministra odpowiedzialnego za tę ustawę.

Równie jednoznacznym jest zapis definiujący współpracę rozwojową jako: pomoc humanitarną, właściwą pomoc rozwojową oraz … edukację rozwojową, będącą polską nazwą na działania public relations prowadzone przez organizacje pozarządowe. Zapis ten można by uznać za pomyłkę, czy niezrozumienie tematyki pomocy rozwojowej przez autora projektu, gdyby nie to że nadzorujący prace nad ustawą minister sam przez wiele lat prowadził organizację pozarządową, która ukuła termin „edukacji rozwojowej” i dalej prowadzi projekty z nią związane. Równie dobrze mógł ją po prostu wymienić w projekcie ustawy z nazwy.

Wprowadzenie w życie wszystkich trzech proponowanych ustaw odbędzie się z jawną szkodą dla interesu publicznego, wszystkie związane są z interesem finansowym, prestiżowym lub oboma naraz wąskich grup interesu. Czy są lub będą przedmiotem śledztw dziennikarskich? Sądzę, że będzie to probierzem stanu polskiej demokracji.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...