Kiedy "Super Express" pyta Wojciecha Mojzesowicza, byłego działacza Samoobrony, a potem PiS, obecnie bezpartyjnego, co pomyślał, kiedy usłyszał pan o samobójczej śmierci Andrzeja Leppera, ten odpowiada:


Przede wszystkim nie wiem jeszcze czy samobójczej, rozmawiamy tuż po tej informacji.


A potem:

Zdecydowanie aż nie chce mi się w to wierzyć. Jest mi szalenie przykro i żal, aż nie chce mi się mówić. Szkoda mi Andrzeja tym bardziej, że pamiętam go jako młodego chłopaka, kolegę jeszcze ze szkoły. To zawsze był człowiek sprawiający wrażenie twardego, który lubił życie. Mówię sprawiający, bo jak się okazuje, może nie był aż tak twardy, jakby się mogło wydawać.

Był normalnym człowiekiem, który jak widać przeżywał to, co działo się wokół niego. I przede wszystkim - przecież on miał dla kogo żyć! Miał rodzinę. Dwie wspaniałe córki i syna. Wnuki! Był im potrzebny i to czuł. Nie mam pojęcia, co musiało się wydarzyć, że mógł zrobić to, co robił.

Mojzesowicz, który znał Leppera jeszcze w czasach młodości, stwierdza, że ostatnio było po nim widać, że jest zmęczony, nawet bardzo.

 

Do tego nie trzeba było fachowców i psychologów, wystarczyło z nim trochę porozmawiać. Nie potrafił ukryć tego, jak wstrząsnął nim wyrok skazujący go w sądzie. To bardzo odbiło się na jego rodzinie. Szalenie im w tej sytuacji współczuję.

Polityk mówi, że są pewne granice wytrzymałości nawet najtwardszych osób:

 

I ci, którzy tak lubują się w atakowaniu innych, w insynuowaniu różnych spraw, może po tej śmierci zaczną sobie zdawać z tego sprawę. Ta tragedia tym bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, żeby wycofać się z polityki, bo to nie ma sensu. Andrzeja ludzie będą pamiętać. Nie tylko ci, którzy z nim pracowali. Akurat zszedłem z pola, bo mamy czas żniw, i pierwszy telefon był od mojej mamy - była wyraźnie zasmucona. Był dobrym człowiekiem. Może polityka nie jest dla dobrych ludzi

- pyta n koniec.


wu-ka, źródło: Super Express