Dzisiaj, 18 lipca 2011 roku mija dwadzieścia lat od śmierci Michała Falzmanna. Mało kto ma świadomość tej rocznicy. To jeszcze nie jest takie dziwne. Dziwne zaś i smutne jest to, że mało kto, prawie nikt nie wie, kim był Michał Falzmann. A był bohaterem, czyli postacią dzisiaj - jak wszyscy narzekają - tak bardzo deficytową. Niewyjaśnione pozostają okoliczności jego śmierci, mało znana jest jego działalność. Ktoś kto zna tę historię dobrze wie, że właśnie ta jego działalność jest przyczyną tej gęstej tajemnicy, jaka skrywa człowieka, który w normalnym kraju byłby wzorem dla wszystkich.

Michał Falzmann był głównym specjalistą kontroli państwowej w NIK. Odkrył gigantyczą aferę finansową być może nie jako jedyny, z pewnością zaś jako jedyny poczuł się w obowiązku pójść dalej.

Wystarczyły mu zaledwie trzy miesiące, by opisać skomplikowany mechanizm defraudacji zorganizowany wokół Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Na dwa dni przed śmiercią wezwał dyrektora oddziału okręgowego NBP do udostępnienia informacji obrotach FOZZ. Był to końcowy akord jego pracy. Uzupełniał tylko kluczowe dowody. O tym, jak blisko był prawdy świadczył liczne anonimowe pogróżki. Był świadom tego zagrożenia  - w notatniku zapisał:

dalsza praca to ogromne i śmiertelne niebezpieczeństwo. Szans na sukces nie widzę żadnych.

Zmarł na zawał serca – tak brzmi oficjalna wersja dla naiwnych. Inna oficjalna wersja przeznaczona dla tych samych odbiorców przedstawiała śmierć Waleriana Pańki, Prezesa NIK, jadącego wygłosić w Sejmie raport o FOZZ, jako efekt zwyczajnego wypadku samochodowego. Tak samo zwyczajna miała być śmierć jego kierowcy, dwóch policjantów, którzy jako pierwsi zjawili się na miejscu zdarzenia. Tak samo jak śmierć autora powypadkowej ekspertyzy, która się gdzieś zagubiła.

FOZZ obsługiwał zadłużenie legalnie i nielegalnie, bo za takie należy uznać wykup długu przez spółki powymyślane przez zadłużone państwo. Ale obsługa zadłużenia była tylko pretekstem. W jego cieniu zorganizowano wielką operację przeprowadzania uprzywilejowanych ludzi schyłkowego PRL przez okres transformacji władzy, tak, by po niej ci sami ludzie utrzymali swoją uprzywilejowaną pozycję. Wyszło nawet na to, że dla niejednego otwierał się okres jeszcze większych sukcesów, opisywanych w pojęciach nowego porządku. Sygnałem, że trzeba się ratować, była tajna notatka z Moskwy z 1985 roku, którą można streścić następująco: „radźcie sobie sami, my wam już nie pomożemy". Wtedy też w SB powstał wydział Y, do którego należał późniejszy szef FOZZ.

Mechanizm FOZZ był patronem niezliczonych bytów gospodarczych, które obracały wielkimi pieniędzmi, a których działalność nie była szerzej znana, a ich właściciele raczej nie startowali w biznesie od pucybutów. W skład tego patronatu wchodziły też zawsze otwarte linie kredytowe dla tych spółek. Właściwie tylko dla nich. Tak, FOZZ był patronem polskiej transformacji, był rzeczywistością czasu, którego symbolem był okrągły stół.

Powtarzam, Michał Falzmann jest bohaterem i jako taki powinien nim być w każdym wymiarze. O takich ludziach pisze się książki, reżyseruje filmy, by dać przykład. W Polsce jedyna książka o aferze FOZZ autorstwa Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy została swego czasu zakazana przez sąd, świetny dokument Jerzego Zalewskiego hitem się nie stał, bo nie mógł. Poza tym cisza.

Michał Falzmann jest realnym bohaterem uwalniającej się Polski. W przeciwieństwie do tych z nadania, przy czym, choć z innych względów, tym ostatnim też biografii się nie pisze.