SARMACI WCZORAJ I DZIŚ

Mówiąc o sarmatyzmie, mamy na myśli przynajmniej kilka zjawisk charakteryzujących historię I Rzeczpospolitej z ostatnich dwóch wieków jej istnienia. Można skupić się na wątku kultury materialnej, swoistości stylu sarmackiego czy jego przykładach dostrzegalnych w zabytkach architektury. Można sarmatyzmem nazywać określony styl życia, charakterystyczny dla szlachty tamtych czasów. Wdzięcznym źródłem do badań w tym kierunku są z pewnością ówczesne dzieła literackie, które same w sobie mogą służyć jako samodzielny punkt odniesienia dla badaczy przejawów sarmatyzmu w kulturze polskiej. Można również wykorzystywać badania nad sarmatyzmem do innych, zdawałoby się wyższych celów – w zależności od potrzeby da się więc mówić na jego przykładzie bądź o swoistości, odrębności polskiej kultury epoki nowożytnej, bądź o fenomenie przenikania się kultur, takim staropolskim multi-kulti.

Sarmatyzmem nazywano też często stosunek szlachcica do swojego państwa, sposób wykonywania władzy w Rzeczpospolitej czy pewien szczególny charakter ustrojowy. Sama niepowtarzalność tego zjawiska jest przedstawiana do dzisiaj jako powód do chluby. Skądinąd wszyscy wiemy, do czego nas ta wyjątkowość doprowadziła. Fakt rozbiorów daje podstawy sądzić, że sarmatyzm w swoim politycznym znaczeniu się skończył i w powszechnym przekonaniu sam był sobie w winien. Druga część poprzedniego zdania wydaje się być niemożliwa do podważenia. Pierwsza natomiast jest mocno dyskusyjna. Twierdzę bowiem, że polityczny sarmatyzm jest w Polsce wiecznie żywy.

Dla potwierdzenia tej tezy przedstawię sarmatyzm polityczny w czterech aspektach. Ich nieznośna aktualność jest silniejsza ode mnie.

Państwo największym wrogiem

Największym zagrożeniem dla wolnych obywateli Rzeczpospolitej Obojga Narodów był król - każdy kolejny władca oraz jego, jak sądzono, chore i złowieszcze ambicje. Choć wybierany przez szlachtę, mógł w pewnym momencie przestać być wdzięczny za dokonany wybór i zamiast pozostać faktycznie niższym od ogółu szlachty, mógł zamarzyć o wywyższeniu. Jakiekolwiek królewskie próby zmiany ustroju określane były mianem absolutystycznych zamiarów. Cięższego zarzutu nie znano. Rozpowszechnienie takiego oskarżenia, często wymyślanego dla uzyskania doraźnych korzyści, prowadziło najczęściej na krawędź wojny domowej. Absolutyzmem nazywano wszelkie próby ograniczenia anarchii, stworzenia choćby elementarnych instytucji państwowych. Zygmunt III Waza przez prawie pół wieku, tyle ile przyszło mu panować, starał się stworzyć stały skarb państwa. Nie było mu to dane, bo pomysł jawił się jako nadto absolutystyczny. Stałe dochody państwa mogłyby umożliwić stworzenie zaciężnej armii, będącej w dyspozycji władcy. Zagrożenie, jakie w tym rozwiązaniu upatrywano, nie polegało tylko na możliwości użycia takiej armii wewnątrz kraju, ale na tym, że już samo jej istnienie na takich warunkach umożliwiało jakąkolwiek niezależność króla od szlachty, której przecież niezbywalnym obowiązkiem było stanąć w pospolitym ruszeniu, gdy było trzeba. Tak samo jak niezbywalnym jej prawem było decydować, by takie potrzeby nie pojawiały się zbyt często. Można powiedzieć, że już sama obecność monarchy wprowadzała duszną atmosferę, klimat absolutystycznego zamordyzmu. Za dowód starczało odczuwanie takiego klimatu. Mistrzowskim tropicielem zagrożeń ze strony króla i wzorcem dla przyszłych pokoleń okazał się Mikołaj Zebrzydowski, wojewoda małopolski za tegoż Zygmunta III, przywódca rokoszu sandomierskiego, który wzniecił w imię walki z okropnymi - według niego - niebezpieczeństwami, jakie szykuje dla Rzeczpospolitej król; a tych niebezpieczeństw wyjawić nie mógł, gdyż były zaiste okropne. Strategię Zebrzydowskiego i jego następców najcelniej opisał Daniel Naborowski, skądinąd uczestnik tego rokoszu, będący więc przez to świadkiem szalenie wiarygodnym:

Owo sławne Coś, które rokoszem rządziło,

Jako sam dobrze pomnisz, w Nic się obróciło

Przez lata w niwecz obracały się niestety wszelkie próby wprowadzenia porządku w miejsce bałaganu, będącego sielanką możnych.

Bajki o republice

Opowieści o republikanizmie I Rzeczpospolitej zdają się obecnie toczyć w najlepsze, wbrew wiadomemu finałowi tego państwa i wbrew najbardziej intuicyjnemu rozumieniu pojęcia republiki. Jeśli uznamy, że wspólnota narodowa to coś więcej, niż tylko suma jednostek, jeśli zgodzimy się na to, że wspólnota taka ma swój możliwy do odczytania interes, którego nie można zawęzić do partykularnej grupy i który często wymaga podrzędności jednostek względem niego, to szybko dojdziemy do wniosku, że Rzeczpospolita Obojga Narodów była głęboko antyrepublikańska. Czym więc była? Była po prostu demokracją szlachecką. Panował w niej ustrój, będący sposobem obrony indywidualnych interesów określonej grupy społecznej. Demokracja, w moim przekonaniu, przy wielu innych swoich wadach, ale i zaletach, charakteryzuje się szczególną łatwością w dokonywaniu z jednej strony straszliwego semantycznego spustoszenia – słowa tracą znaczenie, a często bywają wykorzystywane w znaczeniu wprost przeciwnym - z drugiej zaś wyzwala w człowieku nieprzebrane zasoby niemoralności, z jej najczęstszym przejawem na czele – kłamstwem. W demokracji, bardziej niż w innych ustrojach, kłamstwo staje się najefektywniejszą metodą działania, jednocześnie pozostając niemal całkowicie bezkarne. Im więcej kłamstw, tym więcej sukcesów. Demokracja, wbrew nazwie, to nie rządy demosu, to rządy kłamczuchów, a największy kłamczuch spośród nich jest królem demokratycznego państwa. W warunkach demokracji szlacheckiej w Rzeczpospolitej (nazewnictwo celowo mylące) można było być również na tej samej zasadzie obrońcą ojczyzny, stróżem praw, czy mężem stanu.

Trwałość tej słownej mistyfikacji jest zastanawiająca. Jakiż to mechanizm pozwalał się jej odradzać, ilekroć odradzała się Polska?

Szczęśliwy finał pozornego trudu

Dwa powyższe zjawiska – wrogość do instytucji państwowych i ślepota na interes inny niż swój prywatny – uzupełnione były chronologicznie najpóźniejszym, ale logicznie ściśle z nimi powiązanym fenomenem – poczuciem pewności w osiągnięciu kresu zadań państwowych.

W przekonaniu ówczesnych Polaków osiągnięto cel, nadto cel ten uznano za optymalny. Wykrystalizowane z biegiem lat mechanizmy ustrojowe stały się w ich mniemaniu perpetuum mobile, gwarantującym samoczynne trwanie w zenicie możliwości państwowych i niewymagającym dodatkowych starań, choćby dla utrzymania status quo. Szlachetna naiwność takiego wniosku musi być jednak podważona okolicznościami historycznymi pojawienia się tego fenomenu. Połowa XVII wieku, bo tutaj pojawienie się takiego zjawiska należy sytuować, to okres katastrofalny.  To seria przegranych wojen, do tego w okolicznościach hańbiących (kapitulacje, zbiorowe przysięgi na wierność obcemu władcy, ucieczki w popłochu z pól bitewnych), to kilkuletnia okupacja całego terytorium i tyleż czasu trwający rabunek dóbr materialnych. To również głębokie załamanie demograficzne, wzmocnione – obok strat wojennych – potwornymi zarazami. Te okoliczności każą sądzić, że absurdalne w świetle takich wydarzeń przekonanie o ustrojowej doskonałości było tak naprawdę woalem kryjącym gnuśność, niechęć do zbiorowego wysiłku dźwignięcia państwa z upadku, z drugiej zaś strony dającym przekonanie, że jest się dobrym gospodarzem, że jakiekolwiek zmiany w strukturze władzy są nie tylko niepożądane, ale i szkodliwe. O ile państwa Zachodniej Europy potrafiły nie tylko dźwignąć się po prawdopodobnie jeszcze głębszym załamaniu związanym z wojną trzydziestoletnią i rozległym kryzysem gospodarczym, ale i stworzyć nowe, lepsze mechanizmy urządzenia władzy, o tyle polska szlachta dokonała na potrzeby odbudowy własnych majątków całkowitego rozbioru resztek własnej państwowości. I dokonała tego we wrzawie łgarstw o trosce, jaką Rzeczpospolitą rzekomo otaczała, o poświęceniu dla niej.

Narodowe wady wzroku

Niebywała żywotność tego kłamstwa byłaby niemożliwa bez istotnej wady narodowej, którą dziedziczymy do dzisiaj (zresztą obok pozostałych): wadą tą był i jest brak zainteresowania otaczającym nas światem, nieumiejętność odczytywania sytuacji i interesów innych państw. Nie byliśmy w stanie rozsądnie obserwować tego, co dzieje się wokół i co może bezpośrednio oddziaływać na naszą sytuację – uniemożliwiała nam to nasza narodowa wada wzroku – megalo- bądź mikromania. W ciągu dekady potrafiliśmy drastycznie zmienić na swój użytek obraz Szwecji – od opisywania Szwedów jako gromady chłopów z widłami, którzy przypadkowo zabrali nam Rygę i na których wystarczy tupnąć, by sobie uciekli, śledzie, po uznanie ich za niepokonaną potęgę, z którą wygrać nie sposób. Podobnie patrzyliśmy wiek później na Prusy, które wcześniej zamieszkiwane były, jak sądziliśmy, przez głupków z lasu, z którymi wcześniej czy później zrobi się porządek. Oto nagle okazało się, że wobec Prusów należy okazać całkowitą bezbronność i strach wobec świetności ich państwa wzniesionej głównie z zasobów Pomorza Królewskiego i Wielkopolski. Osobną kwestią jest to, że państwa te, podobnie jak pozostali nasi sąsiedzi (z wyjątkiem Turcji, której akurat zawsze się bano) przechodziły w tym czasie okres gwałtownych reform, zwany falą pierwszej modernizacji. Problem Polski polegał jednak na tym, że te rewolucyjne zmiany zauważała dopiero w momencie, gdy sąsiedzi zjawiali się bez zaproszenia w naszych granicach. Ten brutalnie doświadczany dysonans poznawczy znalazł rozwiązanie, bijące swoją kuriozalnością wszystkie inne. Cóż można było zrobić w obliczu silnych sąsiadów? Odbudowa państwa nie wchodziła w grę, choćby dlatego, że trzeba byłoby się wtedy przyznać do serii błędów, i to tak poważnych, że kwalifikujących się właściwie jako zbiorowa zdrada własnego państwa, a zdrajców aż nazbyt łatwo dałoby się wskazać. Jeśli więc nie można było stanąć do rywalizacji z potężnymi państwami, pozostało jedynie z nimi się zaprzyjaźnić. Mieliśmy do czynienia z syndromem sztokholmskim w wydaniu ogólnonarodowym. Zagraniczni przyjaciele dobrze płacili, składali wiele obietnic, gwarantowali złotą wolność. Kto wie, a może Stanisław Szczęsny Potocki był przekonany, że jego przyjaciółka Katarzyna II przyjdzie mu pomóc, a potem sobie pójdzie? Można było na nią liczyć, faktycznie przyszła z pomocą i autentycznie nic nie chciała w zamian – nic złego się przecież nie wydarzyło, bo nawet po trzecim zaborze nie położyła ręki na majątkach swoich bliskich polskich przyjaciół.

Wieczna Sarmacja

Elity III Rzeczpospolitej są podatne na porównania z zachowaniami szlachty przede wszystkim dlatego, że są ich mentalnymi spadkobiercami. Ta formacja szczycić się może niezachwianą ciągłością pomimo utraty państwowości. Kolejne pokolenia funkcjonowały według sprawdzonego wzorca przez cały czas, także w czasie zaborów, kiedy brakło im zawsze przez nich pogardzanego i jednocześnie bezwzględnie wykorzystywanego państwa. Opisu tych właśnie rzesz społeczeństwa, nazywanych pieszczotliwie nurtem ugodowym, a bardziej dosadnie zaprzańcami domagał się Jerzy Łojek, bolejąc nad brakiem w polskim dziejopisarstwie systematycznego omówienia potężnej „tradycji nurtu antyniepodległościowego". Być może ten brak powoduje łatwość, bezrefleksyjny nawyk powtarzania tych samych błędów popełnianych wciąż bez konsekwencji.

Lewicowo-liberalny salon jest szlachcie łudząco podobny. Podobnie jak tradycja antyniepodległościowa, nie wiadomo dokładnie skąd się wziął oraz kto i za co obdarzył szlachectwem salonowych bywalców. Nie można się o ich przeszłość i aktualne dokonania dopytywać, można im tylko klaskać. Grupa ta, podobnie jak jej poprzedniczki, zaciekle broni dostępu do siebie, podobnie jest przekonana o swojej wyższości, o zbawiennym wpływie na wszystko: bez niej przecież państwo się zawali, gdy jej zabraknie, wszystko co wartościowe wpadnie w łapy chamów i innej ciemnoty; chronić przed ciemnotą, oto jedyne jej zadanie. Innych misji po wejściu do Unii Europejskiej, która – gdy trzeba – zrobi za nas wszystko korzystnie i niedrogo, po prostu już nie ma. Mniej oficjalnie, państwo jest przez nich traktowane nader instrumentalnie – należy się od państwa wszystkiego domagać, ale jednocześnie maksymalnie zawęzić zakres jego władzy. Państwo może czasem zagrzmieć: jednak tylko wtedy, gdy trzeba pognębić słabych; jeśli zaś chodzi o silnych, to państwo pełni względem nich rolę służebną. Wrogowie elit jednak nie śpią, choć najczęściej są w mniejszości. Od wieków pisują wywrotowe poradniki dla niebezpiecznych szaleńców, zwących się reformatorami. Sporadycznie udaje im się nawet uzyskać głos decydujący, jak w czasach Sejmu Czteroletniego. Reakcja, przy pomocy zaprzyjaźnionych państw ościennych, do tej pory była zawsze skuteczna.

Współcześni mają nad przodkami tę przewagę, że nie muszą sobie dorabiać sztucznego, pseudoantycznego rodowodu: sarmatów zastąpiła bowiem sarmacka szlachta. Ci, którym taka tradycja się nie podoba, nie są jednak skazani na samotność. Mogą więc przede wszystkim zacząć uczyć się na błędach własnego narodu, ale mają też Mochnackiego (choć salon powie, że to ramota i obciach, nikt tego nie czyta), mają Dmowskiego ( zaraz wrzasną, że to antysemita, czytać więc nie wolno), mają też w końcu człowieka, którego wciąż można posłuchać, choć według zgodnego chóru samozwańczych mądrali stanowi on największe zagrożenie dla państwa.

 

Tekst został opublikowany w "Polonia Christiana", marzec-kwiecień, nr 19.