Po 20 latach polska oświata nie doczekała się prawdziwej reformy, choć była polem nieustannego politycznego eksperymentu edukacyjnego

Szkoła po czterech latach mojej pracy jest bliższa uczniom - chwali się z minister edukacji Katarzyna Hall. W dokumencie podsumowaującym swoja pracę minister zwróciła uwagę na kluczowe zmiany, które wprowadził jej  resort: nowa podstawa programowa, obowiązkowa edukacja przedszkolna 5-latków i obniżenie wieku szkolnego z siedmiu do sześciu lat.

Nowa podstawa programowa została wprowadzona w roku szkolnym 2009/ 2010 (Rozporządzenie MEN z 23 grudnia 2008 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego w poszczególnych typach szkół, Dz. U. z 2009 r. nr 4, poz.17). Wprowadzanie reformy programowej w gimnazjach zakończy się w 2012 roku, a w szkołach podstawowych i liceach w 2015 roku.

Według zapowiedzi MEN, nowa podstawa programowa kończy z przeładowanymi programami. Dzięki łączeniu programów na kolejnych etapach edukacji uczniowie rozpoczynający naukę w szkole ponadgimnazjalnej przyswajają nowe informacje, zamiast powtarzać treści, których uczyli się w gimnazjum.

MEN przedstawia to na przykładzie historii:

W gimnazjum uczeń szczegółowo zapozna się z historią Polski i świata do 1918 roku, natomiast historii obejmującej okres po I wojnie światowej aż po czasy współczesne nauczy się w pierwszej klasie szkoły ponadgimnazjalnej.

Podstawowy, systematyczny wykład historii dla wszystkich polskich uczniów kończy się w I klasie liceum. Następnie ci, którzy nie wybiorą w kolejnych dwóch klasach rozszerzonego kursu historii, pozostaje przedmiot uzupełniający: „Historia i społeczeństwo". Ten pomysł spotkał się z krytyką wielu historyków, którzy wystosowali list otwarty:

Nie będzie w nim [programie historii-przyp.red.] już żadnego wspólnego kanonu historii Polski w Europie, ale jedynie dziewięć bloków tematycznych do wyboru, takich jak „Kobieta i mężczyzna, rodzina", „Język, komunikacja i media", „Wojna i wojskowość" czy „Gospodarka". Cztery dowolnie wybrane spośród owych wątków to będzie cały program edukacji historycznej dla większości młodych Polaków i Polek w wieku 17 – 19 lat. (...)

W ten sposób destrukcji, a na pewno infantylizacji ulega historia jako zintegrowany, wspólny przedmiot nie tylko przekazujący zestaw faktów czy umiejętności, ale także współtworzący rdzeń obywatelskiej, patriotycznej edukacji.

Pod listem „Ratujmy historię, ratujmy polski kanon" podpisali się m.in.: prof. Nowak, prof. Andrzej Paczkowski,  prof. Wojciech Roszkowski, prof. Andrzeje Chojnowski, prof. Antoni Dudek, prof. Piotr Wandycz.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych pomysłów minister Hall jest obniżenie wieku szkolnego. W kwietniu 2009 roku weszła w życie rządowa nowelizacja ustawy o systemie oświaty, która przyznała 6-latkom prawo do nauki w szkole, a dzieciom 5-letnim zagwarantowała dostęp do edukacji przedszkolnej.

Mimo wielkiej akcji informacyjnej, w tym roku szkolnym skorzystało z tej możliwości, według szacunków MEN, tylko 12,5 % rodziców. Od roku szkolnego 2012/2013 6-latki pójdą już obowiązkowo do szkoły.

Minister Hall nie przejmuje się krytykami i przywołuje wyniki badań:

Mimo stale obecnej w debacie publicznej krytyki obniżenia wieku szkolnego, rośnie liczba rodziców dobrze oceniających przygotowanie szkół na przyjęcie 6-latków. W badaniach CBOS z roku 2009 i 2011 udział rodziców uważających, że szkoły w ich miejscu zamieszkania są odpowiednio przygotowane do tej zmiany, wzrósł z 30 do 42% w miastach i z 49 do 58% na wsiach.

Tomasz i Karolina Elbanowscy zainicjowali akcję „Ratuj Maluchy" i 21 marca złożyli w Sejmie własny projekt ustawy oświatowej, który  zakłada m.in. przywrócenie wieku obowiązku szkolnego na 7 lat. Zebrali już ponad 200 tyś. podpisów, przekraczając próg wymaganych 100 tyś.

Protestujący tłumaczą, że tak małe dziecko nie jest gotowe do tego, żeby iść do szkoły. W tym wieku maluch najlepiej rozwija się i uczy w przedszkolu, poprzez zabawę. A szkoły nie są przygotowane na przyjęcie 6 latków.

Ale minister Hall nie przejmuje się protestem 200 tyś. rodziców. W wywiadzie, jakiego udzieliła TVP 1,  skwitowała to tylko, mówiąc, że każdy ma prawo protestować.

Koszt pobytu 6-latka w przedszkolu pokrywają gminy. W momencie wysłania 6-latka do pierwszej klasy szkoły podstawowej, gminy dostają na niego subwencję oświatową. W ten sposób powstał mechanizm finansowy, który wypycha 6-latki do szkół, bo tam przede wszystkim tworzy się dla nich wolne miejsca. Gmina dzięki temu oszczędza, a rząd trwa w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wyrównywania szans edukacyjnych i spełniania unijnych norm.

MEN argumentuje, że rozpoczęcie nauki w młodszym wieku umożliwia lepsze przygotowanie dzieci, stwarza szansę pełniejszego rozwoju indywidualnych zdolności i umiejętności społecznych, a także jest okazją do jak najwcześniejszego wyrównania szans edukacyjnych.

Ale prawda jest taka, że:

6-latki muszą iść do szkół, chodzi również o to, żeby wcześniej kończyły edukację. Bez tego nie będzie miał kto zarabiać na nasze emerytury.

To słowa ministra Michała Boniego, który ujawnił prawdziwe intencje rządu w tej sprawie. Celem tej reformy nie  jest więc dobro dziecka, ale to, żeby za kilkanaście lat na rynek pracy szybciej został wypchnięty kolejny rocznik pracowników. Dzieci przecież nie zaprotestują, prawda?

MEN tworzy prawo, które ma rzekomo pomóc w lepszym rozwoju dzieci, służyć wyrównaniu braków edukacyjnych i dostosowaniu się do norm europejskich. W rzeczywistości jest ukrytym sposobem na łatanie prującego się systemu emerytalnego przede wszystkim kosztem dzieci.

I jeszcze parę słów o systemie egzaminowania, który w dużej mierze opiera się na zestandaryzowanych testach.  Taka "testomania" sprawia, że w uczniach wykształca się postawa konformizmu systemowego mylonego często z wykształceniem.

Najlepszym przykładem może być niedawna prezentacja raportu z badań PISA 2009, z którego wynika, że polscy gimnazjaliści poprawili swoje wyniki w testach z trzech dziedzin: czytania, nauk przyrodniczych i matematyce. Te wyniki mogą świadczyć o dużej umiejętności radzenia sobie z opartym na testach systemem edukacji a niekoniecznie na rzeczywistym poziomie wiedzy i wykształceniu, co potwierdzają wykładowcy akademiccy, mający do czynienia z produktami kolejnych reform edukacji.

Po dwudziestu latach nieustannych zmian polska oświata nie doczekała się reformy z prawdziwego zdarzenia, choć była polem nieustannego politycznego eksperymentu edukacyjnego, którego produktem są dzisiejsi dwudziestolatkowie, trafiający po studiach prosto na bezrobocie lub w najlepszym wypadku do pracy poniżej oczekiwań na niekorzystnych warunkach. Najlepiej podsumował to prof. Aleksander Nalaskowski:

Dwadzieścia lat po przełomie ustrojowym szkoła wciąż czeka na swojego reformatora i swoje reformy. Obecnie jej funkcjonowanie to dryf, którego cel, prędkość i skuteczność są wysoce nieprzewidywalne. (...) Brak dobrze przygotowanych reform w zakresie oświaty i systemu kształcenia już przyniósł nam stratę jednego, całego pokolenia. To pokolenie, które w najbliższej kolejności ma przejąć władzę, uprawiać politykę, odpowiadać za finanse państwa, za wojsko i przetrwanie Polski w konkurencji międzynarodowej. Niestety, z tego procesu kilka milionów ludzi zostało już wyłączonych tylko dlatego, że pokolenie ich rodziców nie było w stanie wygenerować projektów sensownych zmian w szkole.

Ale to wszystko nie zakłóca świetnego samopoczucia pani minister Katarzyny Hall.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Autor

Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych