Każdy, kto śledzi na bieżąco wszelkie informacje na temat śledztwa w sprawie smoleńskiej tragedii, zdaje sobie sprawę z wagi przełomu jaki nastąpił w tych dniach. Oczywiście, teza, że kapitan Protasiuk popełnił błąd naciskając na wysokości 100 metrów przycisk "uchod", który rzekomo nie mógł zadziałać, była od początku wątpliwa. Ale teraz została właśnie ostatecznie podważona. Przycisk powinien był zadziałać, tak jak zadziałał w bliźniaczym tupolewie o numerze 102. Tak jak było to opisane w instrukcjach z których uczyli się piloci.

Warto pilnować, by ten moment nie umknął opinii publicznej, by nie przykryto go kolejną fałszywą wrzutką. Bo wszystko układa się w coraz bardziej klarowny obraz, jesteśmy coraz bliżej prawdy, coraz pewniejsi, że nie było nacisków, nie było szaleńczego lądowania (w ogóle nie było lądowania!), a nasi piloci nie zawiedli. Coś zewnętrznego  wobec pilotów spowodowało, że samolot spadł na ziemię. Ta wiedza to wynik ciężkiej pracy wielu osób, konsekwentnego wgryzania się w sprawę, nacisku obywatelskiego. Taka postawa ma sens.

Przy okazji należy przestrzec przed szaleństwem i brakiem umiaru, jaki słychać gdzieniegdzie w środowiskach tematem zainteresowanych. Radykalne tezy bez pokrycia, mocne słowa bez pokrycia, zdarzają się głównie w tekstach niektórych blogerów. Dają im pewnie tysiące klików, ale szkodzą sprawie. Podobnie jest z książkami, które w poszukiwaniu taniej sensacji rozstrzygają prostymi zdaniami to, co dzisiaj jest nie do rozstrzygnięcia i nie do udowodnienia.

Tym, którzy nie chcą odsłonić prawdy, o to właśnie chodzi. Im więcej szaleństwa po stronie szukających prawdy, tym łatwiej wysiłek wszystkich zdeprecjonować. A więc, panie i panowie, nerwy trzymamy na wodzy.