W tygodniku "Uważam Rze" dość zaskakujący wywiad Piotra Zaremby z Janem Rokitą. Pozostający poza czynną polityką były lider Platformy Obywatelskiej opowiada o swojej fascynacji falą rewolucji, która przetacza się przez świat arabski:
Jestem absolutnie zafascynowany! Od momentu, gdy zobaczyłem 1 lutego milion młodych ludzi na placu Tahrir. W ich twarzach, gestach, żądaniach zobaczyłem przecież siebie samego sprzed 30 lat, przeniesionego w inny świat. Przypomniała mi się prawda, tak przez nas zbanalizowana, że wolność jest uniwersalnym pragnieniem każdego człowieka. W Kairze to dziś nie jest banał. A potem zobaczyłem, jak to wielkie zgromadzenie młodych ludzi, niewykrzykujące bynajmniej ani antyizraelskich, ani antyzachodnich frazesów, na głos muezzina pochyli się zgodnie przed Bogiem. Przypomniała mi się kolejna klisza: gdańscy stoczniowcy w sierpniu 1980 r. klęczący jak jeden mąż przed Najświętszym Sakramentem w rękach księdza Jankowskiego. Tamto zdjęcie obiegło świat i świat się przestraszył polskiej religijności.
Rokita ocenia, że rewolucje w krajach arabskich są "dalszym ciągiem likwidowania posowieckiego modelu świata, kontynuacją wielkiego 1989 roku":
Jeśli rewolucje odniosą sukces, północna Afryka może się stać znaczną siłą. Konkurującą z Europą. Świat stanie się bardziej wielobiegunowy. Politolodzy egipscy już przewidują budowanie unii północnoafrykańskiej, na wzór UE. Próbowali ją tworzyć dyktatorzy, bez skutku, ale może teraz będzie to możliwe. Te kraje, niekoniecznie rządzone przez fanatyków, będą poszukiwać potęgi gospodarczej, odrzucając waszyngtoński konsensus. Będą szukać ożywienia ekonomicznego przy użyciu siły państwa.
Zdanim Rokity, polskiej polityce potrzeba "światowych horyzontów":
Publicznie nie ma żadnej polskiej polityki wobec kryzysu. Polska była np. szczególnie predestynowana do zgłoszenia wniosku o ściganie karne sprawców masakr w Libii. Milczeliśmy podczas historycznej sesji Rady Praw Człowieka. (...) Mieliśmy do tego szczególny mandat wynikający z dziedzictwa „Solidarności". Kto jak nie my powinien reagować na strzelanie z helikopterów i bombardowanie ludzi domagających się wolności? Ostatecznie sprawę postawili Amerykanie. Zmarnowana szansa.
Oceniając polską politykę wschodnią - zwłaszcza rosyjską- Rokita stwierdza:
Generał Anodina z raportem MAK, a potem premier Putin z nową kampanią gróźb przeciw instalacjom antyrakietowym w Polsce chyba zakończyli czas gry pozorów. Czas fikcyjnej polsko-rosyjskiej sielanki. W jej następstwie nie załatwiono niczego, nawet dokumenty katyńskie dostaliśmy takie, które polscy historycy już znali. Rząd powinien porzucić propagandowe umizgi i spokojnie zająć się realną polityką. Pierwszą sprawą jest to, co zostanie ze wschodniej polityki sąsiedzkiej.
Rokita dodaje, że w kwestii Smoleńska "rząd powinien się liczyć z wrażliwością znacznej części polskiej opinii publicznej":
Trauma smoleńska wielu Polaków jest ważniejsza niż rosyjskie umizgi. Polski rząd nie powinien działać na złość Polakom. Nie wolno też było walki z całym KGB zrzucić na biednego galicyjskiego urzędnika Jerzego Millera. To był obowiązek Tuska i Komorowskiego. Nie wywiązali się tu z umowy społecznej.
Rokita zaznacza, że nie kwestionuje potrzeby pewnej korekty w polityce wschodniej - związanej z amerykańsko-rosyjskim resetem - ale uważa, że Warszawa przesadziła:
(...) rząd Tuska przesadził z tym manifestacyjnym odwróceniem wschodnich sojuszów. Niepotrzebnie minister Sikorski przywdział kostium pogromcy „polityki jagiellońskiej". Tracą powagę kraje, które tak łatwo szastają swoimi podstawowymi interesami. Może wcześniej nieco przesadnie manifestowaliśmy matczyną miłość do Litwy, ale czy to oznaczało, że należy ją teraz potraktować jak dziecko warte jedynie poprawczaka? Ta zmiana z dnia na dzień była czymś odstręczającym. Jakby chciano się komuś podlizać. Niemcom? Rosjanom?
Ciekawa jest uwaga Rokity, iż europejskie elity i media odnoszą się a priori źle do prezydencji tych nowych: Czechów, Węgrów.
Szukają potwierdzenia tezy, że wyniknie z tego nieszczęście. My musimy grać o to, aby zminimalizować wrażenie nieszczęścia.
Pytany, czy Tusk jest do tego przygotowany, odpowiada, że jest, ponieważ ""w Unii go lubią", a zwłaszcza lubi go kanclerz Niemiec. "To wbrew pozorom ma znaczenie" - mówi Rokita. Na uwagę Piotra Zaremby iż "sympatia niemieckiej kanclerz wobec Tuska brzmi w niektórych kręgach jako zarzut", były polityk PO odpowiada:
To niemądre. My innych partnerów w Unii specjalnie nie mamy. Anglia ma trwale odmienne od nas interesy w Brukseli, Francja nas trwale nie cierpi. Oś polsko-hiszpańska okazała się egzotyczna: nie przetrwała zmiany Aznara na Zapatero. Rozsądek podpowiada, że jak Tusk chce coś zrobić w Europie, to najpierw powinien zadzwonić do Berlina.
Ja nie twierdzę, że nie trzeba czasami grać w Unii przeciw Niemcom. Musimy mieć politykę suwerenną. Tyle tylko, że jak mamy Berlin przeciw, to trzeba solidnie policzyć atuty i dwa razy się zastanowić!
Na koniec Rokita tłumaczy, dlaczego bardziej pasjonują go rewolucje w krajach arabskich niż krajowa polityka:
Jest też zniechęcenie duchowe. Nie widzę wyjścia z tego ciągu wściekłej wzajemnej politycznej pogardy. To przecież prowadzi do rozpadu wspólnoty politycznej. A mnie bez poczucia silnej wspólnoty polskiej trudno żyć, więc często uciekam do Włoch.
Sil
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/111326-jan-rokita-w-uwazam-rze-o-swoim-zniecheceniu-nie-widze-wyjscia-z-tego-ciagu-wscieklej-wzajemnej-politycznej-pogardy
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.