Jutro, we wtorek 22 lutego 2011 roku, punktualnie o północy (czyli literalnie już w środę) na antenie TVP1 rozpocznie się ostatni program "Warto Rozmawiać". Jak pewnie państwo wiedzą, rządzące telewizją SLD i Platforma zdecydowały o likwidacji ostatniego niepokornego programu w całej telewizji publicznej.

O programie, jego początkach i planach na przyszłość rozmawiamy z Pawłem Nowackim, wydawcą "Warto Rozmawiać",  autorem scenariuszy kolejnych odcinków i zdecydowanej większości koncepcji prezentowanych na antenie, według bardzo wielu osób - najważniejszą postacią w całym zespole.

wPolityce.pl: Czy to już na pewno ostatnie "Warto Rozmawiać"?

Paweł Nowacki: Tak. Nie ma żadnej wątpliwości, że jutro o północy kończy się sezon na program "Warto Rozmawiać" w Telewizji Polskiej. Tak więc 255-y program jest ostatnim programem na antenie TVP1.

wPolityce.pl: Co symboliczne o północy, a więc jeszcze później niż zwyczajowa, i tak późna pora emisji.

Paweł Nowacki: Można powiedzieć sarkastycznie, że zabiegaliśmy o to, by być programem emitowanym w środę, a nie we wtorek. W tym sensie spełniły się nasze życzenia, że bo jesteśmy już po północy, a więc w środę. Ale to też oznacza, że nasz ostatni program obejrzą najbardziej wytrwali i wierni widzowie, bo to jest rzeczywiście pora, w której większość normalnych,  pracujących ludzi już śpi.

wPolityce.pl: Czemu będzie poświęcony ten program? Czy to będzie specjalne wydanie?

Paweł Nowacki: Myśleliśmy o tym, by zrobić program o tym, co właściwie stało się w ostatnich latach. Jaka była Polska w roku 2004-ym, gdy program wchodził na antenę TVP, na fali refleksji elit politycznych po aferze Rywina, i co się stało w ciągu tych 7 lat gdy na antenie Telewizji Polskiej funkcjonowaliśmy. Mamy jednak wrażenie, że jednym z elementów pokazujących jak w soczewce problem znacznie większy i znacznie poważniejszy jest nieszczęsna, złowieszcza postać Tomasza Turowskiego. Dlatego jesteśmy zdecydowani zająć się tą postacią i jego działalnością raz jeszcze w programie "Warto Rozmawiać", by mówić o tym, co to oznacza, że człowiek, który donosił na papieża Jana Pawła II, który donosił na ojców jezuitów zarówno w Rzymie, jak w Polsce i Paryżu, co to oznacza, że ten człowiek w III RP kontynuuje swoją szpiegowską misję, równocześnie będąc dyplomatą na bardzo ważnym odcinku, jakim jest z pewnością polska placówka dyplomatyczna w Moskwie. Co więcej, ukoronowaniem jego działalności dyplomatycznej było powołanie do przygotowania dwóch wizyt katyńskich, czyli wizyty premiera i śp. prezydenta. To tak naprawdę pokazuje, w jakiej rzeczywistości żyjemy w roku 2011-ym. Jeśli na poniedziałkowej rozprawie lustracyjnej Turowskiego pojawia się ochrona policyjna w liczbie trzech funkcjonariuszy jednostki specjalnej, a do tego tajni, cywilni agenci, to pytanie w jakiej rzeczywistości żyjemy. Jest też jeszcze poważniejsze pytanie, czy wobec zamachu na IPN dowiemy się o innych tego rodzaju postaciach, kim są, jaką odgrywali rolę i jaką rolę ogrywają dziś, w naszej dyplomacji, w naszej polityce.

wPolityce.pl: Czy będzie jakieś pożegnanie ze strony Jana Pospieszalskiego, prowadzącego "Warto Rozmawiać"? Rodzaj przemówienia, podsumowania tych 255 odcinków?

Paweł Nowacki: Nie, wydaje nam się, że to co możemy zrobić, to do końca robić to, co robiliśmy przez te 255 odcinków. A więc przekonywać, że warto rozmawiać o najważniejszych sprawach państwa i narodu. W tym sensie nie będzie ani tortu, ani przemowy specjalnej. Oczywiście, że w sposób niezwykle serdeczny i szczery pożegnamy się z naszymi najbardziej wiernymi widzami, ze wszystkimi, którzy towarzyszyli nam przez 7 lat w publicznej telewizji, wierząc także, że będzie jeszcze szansa w dalszym ciągu rozmawiać w różnych miejscach kraju, ale także, mam wciąż nadzieję, także w różnych mediach. Żadnej specjalnej przemowy wieńczącej nie będzie.

wPolityce.pl: Czy będzie kontynuacja "Warto Rozmawiać" np. w Internecie, bo to jest chyba jedyna płaszczyzna, która pozostaje dziś środowiskom niepokornym?

Paweł Nowacki: Jesteśmy przed taką decyzją, bo ja nie ukrywam, że otrzymaliśmy kilka ofert emisji formuły "Warto Rozmawiać". W tym sensie takie oferty są. Z której skorzystamy, w jakiej formie, kiedy - to jest kwestia do rozstrzygnięcia. Choć oczywiście zależy nam, by "Warto Rozmawiać" dalej funkcjonowało w polskiej przestrzeni medialnej.

wPolityce.pl: Zdjęcie "Warto Rozmawiać" to decyzja bardzo symboliczna. To coś więcej niż dokończenie obecnej, niezwykle brutalnej i głębokiej czystki politycznej. To zabicie programu, który pojawił się jeszcze za prezesury Jana Dworaka, przed prezesurą Bronisława Wildsteina.

Paweł Nowacki: To prawda. Wystarczy spojrzeć, co postacie, które w roku 2004-ym przeżywały kategorię kompromitacji na styku polityki i mediów robią dziś, w roku 2011-ym. My pojawiliśmy się w telewizji publicznej w roku 2004-ym dlatego, że - o ile dobrze pamiętam - prezes Dworak, choć nie widział żadnego z naszych programów w Telewizji Puls pt. "Studio Otwarte", usłyszał, że tam rozmawia się o poważnych rzeczach i to w niezwykle szerokim gronie. I wówczas uwierzył, że taki gotowy program, który przejdzie do TVP, stanie się jego symboliczną, pierwszą decyzją. I tak się stało. Byliśmy pierwszym nowym programem, pierwszą jaskółką zmian w telewizji publicznej po zamknięciu epoki prezesa Kwiatkowskiego.

Jeśli jest tak, że postacie z grupy trzymającej władzę, tworzące rdzeń telewizji Kwiatkowskiego, wracają dzisiaj i zarządzają mediami publicznymi, i jawnie o tym mówią, to moim zdaniem to jest zupełnie naturalne, że nas się pozbywają. Wraca czas sprzed afery Rywina, te postacie znów wracają do gry, a w różnych miejscach można usłyszeć, że do gry wróci Rywin. W tym sensie atmosfera 2004-go roku była atmosferą nadziei na coś nowego, a 2011-y rok jest raczej rokiem, w którym pytamy, czy rzeczywiście mamy jeszcze szanse na jakąkolwiek nadzieję, czy też system się całkowicie domyka i nie będzie już żadnej przestrzeni do wolnej debaty.

wPolityce.pl: A co byś uznał za szczególny wyróżnik "Warto Rozmawiać"? Co wy sami uważacie za wasz znak markowy?

Paweł Nowacki: Sprawą niezwykle ważną było to, by osoba prowadząca, czyli Janek Pospieszalski, był osoba niezwykle jasno zdeklarowaną co do swoich wyborów światopoglądowych, swoich przekonań i racji. I żeby ten rodzaj prowadzącego, zaangażowanego, mówiącego jasno i z przekonaniem, był wyraźnie widoczny. Żeby prowadząc debatę publiczną nie było możliwe udawanie, że się jest kimś innym. Człowiek może prowadzić rozmowę z wieloma innymi gośćmi nie wstydząc się swoich przekonań, jasno je deklarując, tak by wyeliminować jakiekolwiek podejrzenie, że ktoś w tej rozmowie manipuluje albo udaje kogoś innego. I to była zasadnicza rzecz, która różniła nas w roku 2004-ym od tych programów, w których prowadzący mieli jasne poglądy, ale udawali, że ich nie mają.

Paweł Nowacki: Druga rzecz to zbudowanie języka opowieści o ważnych kwestiach obyczajowych w taki sposób, żeby ten język wszedł do powszechnego użycia. To był świadomy wybór języka opowiadania o sprawach życia i śmierci jako o wyborze nadzwyczaj ważnym. O zabijaniu nienarodzonych mówiliśmy w sposób opisujący to, czym naprawdę jest zabijanie nienarodzonych. Że zabijanie to zabijanie, że ochrona życia to ochrona życia. W tym sensie wprowadzenie tego języka i konsekwentne używanie go, jest w sferze obyczajowej czymś niesłychanie ważnym.

wPolityce.pl: Dlatego też "Warto" denerwowało i irytowało, przez te wszystkie lata, środowisko "Wyborczej" czy szeroko pojęty salon. Bo uprawiało dziennikarstwo z pozycji konserwatywnych. Złamało "świętą" zasadę, że konserwatyści mogą siedzieć wyłącznie jako goście, i to mniejszościowi, nigdy jako prowadzący. Wyście powiedzieli: my też możemy was przepytywać, nie musimy wyłącznie siedzieć na dywaniku.

Paweł Nowacki: Niewątpliwie tak było. To, że poświęcano nam w różnych okresach w "Gazecie Wyborczej" szczególny rodzaj uwagi, wynikało właśnie z tego. W tym sensie to było siedem lat tłustych, że tego rodzaju program w ogóle funkcjonował, w różnych porach, ale jednak. Bywało, że ten nasz język docierał do 2 milionów ludzi w tygodniu, choć bywało i gorzej, gdy spychano nas na północ, rzucając po antenie, nie mówiąc już o braku jakiejkolwiek promocji. Ale niewątpliwie funkcjonowanie tego programu przez 7 lat należy uznać za cenne, w sensie obecności tego rodzaju wartości w telewizji publicznej.

wPolityce.pl: Dla Ciebie osobiście to domknięcie systemu jest, może nie klamrą, ale na pewno wydarzeniem symbolicznym. Bo Paweł Nowacki to osoba, o czym niewielu wie, która była przy narodzinach drugiego obiegu, w czasie, gdy o wydawaniu poza cenzurą nie myślał jeszcze nawet KOR. Grupa lubelska jako pierwsza w latach 70. wpadła na pomysł drukowania poza kontrolą PRL.

Paweł Nowacki: Rzeczywiście, zostałem doproszony do grona trójki osób - śp. Janusza Krupskiego, Bogdana Borusewicza i Piotra  Jeglińskiego, która zdecydowała, że coś takiego trzeba zrobić. Ja do nich dołączyłem chwilę później, gdy trzeba było ten pomysł przekuć na rzeczywistość, na realność. Tzn. gdy trzeba było kręcić korbą powielacza. W tym sensie - tak. Drukowałem pierwszy numer "Zapisu", drukowałem pierwszy numer "Tygodnika Młodych Katolików Spotkania". Jestem wśród tych, którzy dokonali wyłomu w połowie lat 70., który potem przekształcił się w ową papierową rewolucję. Ale zawsze miałem głębokie przekonanie, że zaproszenie mnie do tej rzeczywistości było zaproszeniem do rzeczywistości antykomunistycznej, która w Polsce zawsze funkcjonowała. To tradycja, która jest kontynuatorem powstania antykomunistycznego po roku 1944, roku 1956-go i roku 1970. Zawsze uważałem to za szczęście, że mogłem w tym uczestniczyć.

Mam poczucie, że w moim życiu dziennikarskim te zasady niekłamania i mówienia prawdy mogłem realizować, na tyle, na ile było to możliwe, w różnych miejscach. W tym sensie mogę powiedzieć, że pozostałem wierny tej idei niekłamania, która w połowie lat 70. pojawiła się u moich kolegów po to, by złamać kategorie cenzury i totalnego kłamstwa, które w PRL-u obowiązywały. Mogę więc mówić o sobie jako o człowieku szczęśliwym, bo przez całe życie dziennikarskie mogłem tą drogą iść.

Sil