W obradach Okrągłego Stołu uczestniczyłem w grupie ekonomicznej. Nie byłem jednak w składzie „reprezentacji centralnej" i  nie należałem do tej bardzo niewielkiej grupy (zwanej magdalenkową), która poza formalnymi forami negocjowała z władzą. Jednak jeden raz uczestniczyłem (zastępując chorego prof. Trzeciakowskiego, który był współprzewodniczącym grupy ekonomicznej) w obradach tej grupy  (nie w Magdalence, ale w Warszawie w Pałacu Namiestnikowskim).

Wobec wielkich emocji związanych z „Magdalenką" uznaję za celowe zdanie sprawozdania z tych negocjacji. Faza obrad była bardzo napięta. Był impas w kwestii formuły Senatu (do którego wybory miały być całkowicie wolne), a właściwie siły jego weta do ustaw. Negocjacje były bardzo twarde (impasu nie przełamano, mimo, że chyba za dwa dni miał być wielki finał obrad). Jednocześnie jednak atmosfera tych obrad, które toczyły się w warunkach poufności, była zasadniczo inna od atmosfery obrad w grupie ekonomicznej.

Byłem zaskoczony stopniem fraternizacji niektórych osób z naszej strony (dotyczyło to szczególnie Michnika, ale i kilku innych osób – Wałęsa w tych obradach nie uczestniczył), a także nadużywaniem alkoholu. Myślę, że był to błąd, który zrodził uporczywe podejrzenia o spisek części Solidarności z władzami komunistycznymi. Cała wiedza jaką dysponuję skłania mnie jednak do poglądu, że podczas obrad Okrągłego Stołu żaden nieformalny układ nie został zawarty. Owszem, potem było współdziałanie elit postkomunistycznych ze znaczna częścią elit opozycji, ale o tym zdecydowano nie przy Okrągłym Stole.

 

W DRUŻYNIE LECHA I W FAMILII

Natychmiast po obradach Okrągłego Stołu zaczęły się przygotowania do wyborów do kontraktowego sejmu. Stanął problem wyłonienia reprezentacji opozycji. Była tu poważna różnica zdań. Wałęsa i jego najbliżsi współpracownicy (szczególnie Geremek) opowiedzieli się za „drużyną Lecha" (byłem wtedy po ich stronie), jednak kilka bardzo znanych osób z opozycji (choćby Mazowiecki, Jan Olszewski czy Wiesław Chrzanowski) chciało pluralistycznej reprezentacji. Przyjęta została pierwsza opcja, a w rezultacie niektórzy zrezygnowali z kandydowania. Znaczenie tego sporu zrozumiałem dopiero wtedy, gdy kilka miesięcy po wyborach podjęta została próba (o czym niżej) utworzenia czegoś na kształt „partii Solidarność".

Nie było niestety żadnej kontrowersji wokół wyborczego programu Solidarności. Istniejące różnice zdań rozwiązano przede wszystkim poprzez ucieczkę w ogólniki (głównym autorem programu wyborczego był chyba Ernest Skalski), ale uważna lektura nie pozostawiała wątpliwości – w kwestiach społeczno-gospodarczych został zrobiony krok w kierunku akceptacji zaleceń neoliberalnych.

Kandydowałem w tych wyborach, a także miałem pewien wpływ na tworzenie list (w zakresie „ekonomistów" – niekoniecznie „moi" kandydaci zostali trafnie wybrani, ale też wybór był bardzo ograniczony). Wybory wygrałem z łatwością (kandydowałem z Pragi-Południe, moim konkurentem był między innymi Henryk Goryszewski), ale też wtedy nawet krowa ze znaczkiem Solidarności pewnie by wygrała. Inna sprawa, że lokalny Komitet Obywatelski okazał się bardzo sprawnym i ofiarnym sztabem wyborczym.

W skali kraju Solidarność wygrała przytłaczająco, natomiast utonęła lista krajowa PRL-owskiej koalicji. Ku mojemu zdziwieniu natychmiast po tym zobaczyłem w TVP Geremka i Janusza Onyszkiewicza, którzy oświadczyli, że „my" umów dotrzymujemy - odbędą się wybory uzupełniające. Nie byłem w bardzo wąskim gronie decyzyjnym, ale – tak mi się wydaje – należałem do nieformalnego grona kilkudziesięciu osób, które miało udział w podejmowaniu decyzji. A jednak nic nie wiedziałem o żadnej umowie w sprawie listy krajowej (myślę, że takiej umowy nigdy zresztą nie było).

Z perspektywy czasu to zdarzenie jestem skłonny traktować jako pierwszy widomy przejaw współdziałania części środowiska Solidarności ze środowiskami postkomunistycznymi. Nie mam pewności, ale przypuszczam, że pozostaje to w związku z późniejszą inicjatywą (sygnowaną przez Michnika) „wasz prezydent nasz premier". Dla mnie w każdym razie decyzja o wyborach uzupełniających była pierwszą przyczyną stopniowego oddalania się od „familii"*.

* Ten termin wymaga jednak wyjaśnienia. Wprowadził go do obiegu Piotr Wierzbicki jako określenie nieformalnego środowiska skupionego wokół Geremka i Michnika i rywalizującego wówczas z „dworem" – nieformalnym środowiskiem wokół Wałęsy. Myślę, że – niezależnie od późniejszej ewolucji obydwu środowisk – była to trafna identyfikacja.

Pozostaje faktem, że proporcje w kontraktowym parlamencie ukształtowały się zgodnie z politycznymi postanowieniami Okrągłego Stołu. Również Jaruzelski, po dramatycznych zdarzeniach i dzięki przychylnym zachowaniom kilku osób z obozu Solidarności, został wybrany prezydentem. Mimo pierwszych wątpliwości jakie w stosunku do najbliższych mi osób w Obywatelskim Klubie Parlamentarnym zrodziła sprawa „listy krajowej" z pewnością ciągle należałem do „familii".

Nic dziwnego, że Geremek zaproponował mi objęcie nie tyle wpływowej, co prestiżowej funkcji przewodniczącego komisji budżetowej (oficjalna ówczesna nazwa: Komisja Polityki  Gospodarczej, Budżetu i Finansów), natomiast nikt – co zrozumiałe skoro nie byłem zwolennikiem powołania już wtedy naszego rządu i miałem lewicowa wizję polityki gospodarczej, nie proponował mi posady rządowej.

Moich związków z „familią" nie osłabił wspomniany już wybór Jaruzelskiego na urząd prezydenta. Ani tego wyboru nie uważałem za zły, ani nie przypisywałem go aktywności „familii". Dopiero dużo później uświadomiłem sobie, że „familia"  – najprawdopodobniej –  spiskowała pokątnie z „czerwonymi", a kłopot z generałem był objawem impasu tego spisku. Otóż z dokumentów obrad sekretariatu KC PZPR wynika, że Michnik propozycję „wasz prezydent, nasz premier" złożył władzom partyjnym tuż po wyborach 4 czerwca, ale nie została ona wtedy przyjęta. Dopiero długo potem stała się publiczna.