W słynnym już wywiadzie Roberta Mazurka z Danielem Olbrychskim opublikowanym w weekendowej "Rzeczpospolitej" znany aktor stwierdza miedzy innymi:

Patrząc na nich jak aktor starający się zrozumieć postać, którą zagra, widzę, że musieli być bici przez kolegów z klasy. Kolega z produkcji "O dwóch takich" opowiadał, że Kaczyński płakali wniebogłosy, że muszą wracać do szkoły, a tam to ich będą bili jeszcze bardziej niż wcześniej.

Na uwagę Mazurka, że świadectwa kolegów Kaczyńskich z dzieciństwa temu przeczą, Daniel Olbrychski odpowiada:

A ja mam inne informację i będę się upierał, że byli bici.

Upierać się każdy może, chociaż w tym przypadku aktor mówi nieprawdę i nawiązuje niestety do do pierwszego, niechlubnego etapu służby publicznej Kmicica, przed przemianą i nawróceniem na prawdomówność.

Poniżej relacja Lejba Fogelmana, kolegi z klasy Kaczyńskich, dziś znanego warszawskiego prawnika. Znalazła się ona w książce "Lech Kaczyński. Portret", która w czerwcu 2010 roku ukazała się na rynku i do dzisiaj można ją kupić w niektórych księgarniach. Podobnie jak w internetowej księgarni Wydawnictwa M.

***

Lejb Fogelman

Leszek bez korony na głowie

Z Lechem Kaczyńskim chodziłem do jednej szkoły, warszawskiego Liceum nr 41 imienia Joachima Lelewela. Trafiłem tam, bo wyrzucono mnie z liceum mokotowskiego. A udało się to dzięki panie Annie Radziwiłł, wspaniałej nauczycielce historii, która się mną zaopiekowała, wzięła mnie do swojej klasy. Ta późniejsza minister edukacji, autorka podręczników, miała dość duży wpływ i na mnie i na braci Kaczyńskich. I na nasze losy, bo kiedy pojawiłem się w Lelewelu, posadziła mnie w jednej ławce z Leszkiem Kaczyńskim. Nie wiedziałem wtedy, że jest ich dwóch. Przywitałem się, rozmawialiśmy chwilę. A potem się odwracam do tyłu i przeżywam zdziwienie, bo Leszek siedzi w jednej z tylnych ławek. Patrzę na bok - też siedzi. Zastanawiam się, dlaczego widzę podwójnie? Klasa patrzy na mnie i się śmieje. Tak się dowiedziałem, że jest ich dwóch, że oprócz Leszka jest Jarek.

Kumplowałem się z oboma, ale nieco bliżej byłem z Leszkiem, który odwiedzał mnie nawet w domu. Leszek, Jarek i ja interesowaliśmy się historą. Mówili do mnie "Lońka". I szybko zafascynowaliśmy się własną odmiennością, tym jak bardzo się różnimy, jak inne światy reprezentujemy. Ja wychowałem się w małym miasteczku, gdzie żyli niemal sami Żydzi. To było też środowisko robotnicze, moja mama była krawcową w fabryce. Potem przeniosłem się do Warszawy, na Mokotów. Wtedy trafiam na braci, najbliżej Leszka. To są zupełnie inne chłopaki niż ja, inaczej myślą, zupełnie inaczej znają historię, prezentują odmienne podejście. Na przykad o Katyniu dowiedziałem się od nich. Jeden z chłopaków z klasy zaczął o tym opowiadać, mówić, że to zbrodnia Rosjan. Inny jednak zaczął to kwestionować. Pamiętam, że bracia zareagowali ostro, prawie doszło do bójki, a potem opowiedzieli mi wszystko co o tym wiedzieli, a wiedzieli sporo.

Po raz pierwszy spotkałem ludzi, którzy byli polskimi patriotami, przywiązanymi do tradycji, a jednocześnie bardzo otwartymi na inne poglądy, inne doświadczenia, bez żadnego endeckiego nalotu. I ja z kolei dla nich byłem otwarciem na nowy, nieznany świat. Jeździłem wtedy na żydowskie obozy dla młodzieży, gdzie dużo dyskutowano o filozofii, historii, polityce. Tę moją wiedzę w naszych rozmowach przyjmowali z ciekawością. Zderzały się nasze dwa światy i wzajemnie się sobą fascynowaliśmy. Czasem oczywiście w sporze, a nawet niekiedy wzajemnie się świadomie prowokowaliśmy. Lubiliśmy dyskusje.

Te wspomnienia wracają, coraz bardziej tę obopólną fascynację sobie uświadamiam, chociaż już w lutym 1969 roku wyjechałem z Polski do Stanów Zjednoczonych. Wróciłem do Polski po ponad 20 latach, ze słabym w międzyczasie kontaktem ze sprawami polskimi. Ale kiedy czytam ich wspomnienia, wypowiedzi, w tym "Afabet braci Kaczyńskich", uświadamiam sobie, że i dla nich kontakt ze mną był mocnym przeżyciem. Pewnie jeszcze mocniejszym niż dla mnie, bo ja potem szybko wszedłem w zupełnie inny, amerykański, świat. Tym bardziej, że PRL była krajem w którym każda inność była rzadkością, nowością, budziła ciekawość. Znaleźliśmy więc wspólny język, zaprzyjaźniliśmy się, byliśmy sobą zafascynowani.

Gdy spotkaliśmy się ponownie, Leszek był dla mnie serdeczny. Rozmawialiśmy zawsze jak koledzy z liceum, nawet kiedy już był prezydentem. Kilka razy w takiej rozmowie klepnąłem go w plecy, szturchałem, jak to robiliśmy w młodości, jak robią kumple. Łapałem wtedy zdziwiony wzrok jego otoczenia, bo to przecież prezydent Polski. Ale dla mnie na zawsze pozostał Leszkiem z ławki licealnej i ze studiów.

Bo przez rok studiowaliśmy razem, prawo na Uniwersytecie Warszawskim w pamiętnym roku 1968. Pamiętam z tego okresu obóz przysposobienia wojskowego, gdzie robiłem mu różne dowcipy, jak przydeptywanie jego długiego płaszcza, kościuszkowskiego szynela wojskowego, którego poły sięgały mu aż do ziemi. Popychałem wtedy Leszka, płaszcz trzymałem nogą i on wypadał z szeregu, co powodowało wrzask prowadzącego zajęcia pułkownika. Zresztą, Kaczyńscy, niezależni z natury, ciągle na tych zajęciach wpadali w jakieś tarapaty. Raz wpadliśmy w kłopoty razem, bo wspólnie, z dwoma czy trzema innymi kolegami, odmówiliśmy podpisania deklaracji wsparcia dla inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

To byli chłopcy roztargnieni, zwłaszcza Leszek był trochę takim gapą. Co nie znaczy, że byli frajerami. Jak ktoś im podskakiwał, próbował fikać, to miał zawsze do czynienia z dwoma. Jeden łapał wtedy z przodu, drugi z tyłu i napastnik nie miał szans. Wszyscy szybko się o tym przekonali.

Zwłaszcza, że byli niesamowicie inteligentni.  Leszek miał niezwykłą pamięć do szczegółów, potrafił przypominać mi o urodzinach członków mojej rodziny, co dla mnie było trudne do spamiętania.

I takimi kumplami z dzieciństwa dla mnie pozostali. Ciężko mi było na nich patrzeć jako na poważnych polityków. Pewnie dlatego, że funkcjonowaliśmy w zupełnie innych rzeczywistościach. Jak spotykaliśmy się potem to rozmawialiśmy, choć może trudno w to uwierzyć, o filozofii, ekonomii, polityce. No i oczywiście o dawnych, pięknych czasach w liceum imienia Lelewela i na Uniwersytecie Warszawskim. Dla mnie to zawsze był Leszek, nawet jeśli prezydent, to tak serdeczny, że bez żadnej korony na głowie.