Brytyjski "The Daily Telegraph" opublikowała analizę sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce autorstwa swojego analityka międzynarodowego Praveena Swami'ego. Prezentujemy wybrane fragmenty tego ciekawego artykułu:
Sześć tygodni temu policja w tunezyjskim mieście Sidi Bouzid skonfiskowała stragan Mohammadowi Bouaziziemu, 26-letniemu handlarzowi ulicznemu. W proteście młody człowiek dokonał samospalenia - to był wyraz protestu i rozpaczy. Tym samym Mohammad podpalił znaczą część Bliskiego Wschodu.
Ofiara złożona przez Bouaziziego uruchomiła siłę długo nieobecną w regionie: siłę ludu.
Chciałbym wierzyć, że narastająca fala ludowego protestu zmiecie autorytarne kleptokracje, przyniesie demokratyzację i rozwiąże problemy zwykłych ludzi.
Pierwszy z tych postulatów wydaje się bliski realizacji. Drugi jest możliwy. Trzeci, obawiam się, jest czystą fantazją.
Z wielu powodów, nie można oczekiwać, iż wydarzenia w Tunezji są zapowiedzą wydarzeń w Egipcie, czy, na mniejszą skalę, w Jemenie, Algierii i Jordanii.
Tunezja ma dobrze zorganizowaną, świecką i demokratyczną lewicę, która może zmobilizować robotników i studentów w całym kraju. Ma prawdziwą, kapitalistyczną klasę średnią, powstałą, jak zauważył Eric Goldstein, "raczej poprzez ciężką pracę niż poprzez pompowanie ropy z ziemi". Cieszy się dobrą edukacją, a kobiety są wolne. W Tunezji "nawet islamiści są cywilizowani" - jak powiedział kiedyś Edward Said.
Wzburzone korupcją i niekompetencją elity otaczającej Zine el-Abidine Bina Alego, społeczeństwo obywatelskie Tunezji obaliło prezydenta, i zyskało jeszcze więcej pewności siebie. Komentator Tariq Alhomayed ocenia, moim zdaniem słusznie, że Tunezja doświadczyła raczej pałacowego zamachu stanu, a nie rewolucji: usunięty został władca, a nie reżim.
Egipska klasa średnia nie dysponuje takimi zasobami organizacyjnymi jak jej tunezyjska odpowiedniczka. Państwo tunezyjskie traktowało dysydentów surowo, ale jego fundamenty opierały się na świeckim nacjonalizmie, a nie na czołgach. W Egipcie reżim ma poparcie armii, i jeśli zajdzie taka potrzeba, może użyć potężnej siły. Co więcej, protesty w Egipcie są intensywne, lecz ograniczają się do centrów miast. Brakuje też przywództwa niezbędnego do długiej walki. Sam zapał nie wystarczy - spójrzcie na los reformatorów w Iranie w roku 2009-ym.
Wielkiej zmiany w regionie więc nie będzie. A to dlatego, że prawdziwym problemem nie są autorytaryzm lub islamizm, ani żaden inny - izm. To są tylko symptomy głębszej choroby: braku funkcjonalnej kultury politycznej.
Życie polityczne na bliskim wschodzie zostało znarkotyzowane przez dwie potężne używki: petrodolary i zachodnią pomoc. To one wytworzyły struktury patronackie, które podważyły stare wspólnoty polityczne.
Tunezja ma jedną wspólną cechę z innymi krajami Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki: wyż demograficzny. Tunezyjczycy pomiędzy 15 a 24 rokiem życia stanowili w 2005-ym roku 21 procent populacji. W regionie ten wskaźnik jest nawet wyższy.
Każdego roku miliony młodych ludzi próbują zbudować swoje życie, i nieuchronnie szybko się frustrują. I to jest źródło wściekłości, która widzimy na ulicach. Bezrobocie wśród młodych sięga w regionie od 20 do 40 procent.
Paradoksalnie, polepszenie dostępu do edukacji pogorszyło sytuację. W raporcie nt, sytuacji w Egipcie Ragui Assaad i Gadha Barsoun wskazali, że podczas gdy liczba"młodych pracowników wschodzących na rynek pracy z wyższym wykształceniem zwiększyła się drastycznie od roku 1980, jakość dostępnej pracy pozostała taka sama".
Mohammed Bouazizi był jednym z takich mężczyzn: wykształconym, ale politycznie wykluczonym, i bez perspektyw.
Historia wskazuje, że Bliskiemu Wschodowi kończy się czas. Nie ma bardziej żelaznej reguły niż ta: nadwyżka sfrustrowanych młodych mężczyzn oznacza katastrofalny niedostatek pokoju.
Historyk Jack Goldstone wskazał na rolę "młodzieżowej górki" w historii, począwszy od angielskiej wojny domowej lat 1642-1651 aż do Wiosny Ludów roku 1848. Mary K Mattossian i William Schafer także wiązali polityczną przemoc w Europie w latach 1700 - 1900 z "rosnącym odsetkiem młodych mężczyzn w odniesieniu do całej populacji". Część historyków widziała w tym zjawisku także źródła faszyzmu.
Mądrość demokracji mogłaby jakość rozwiązać ten problem. Brzmi to nieźle, ale nie jest możliwe w omawianym regionie. Demokracja jest procesem, a nie wynikiem. Sam proces nie gwarantuje wyniku.
Tak jak ludzie w każdym zakątku ziemi, tak i mieszkańcy Bliskiego Wschodu poszukują pokoju i powodzenia. Ale poważne podejście do problemów regiony oznaczałoby przeprowadzenie zmian: kulturalnych, politycznych i ekonomicznych o skali, przy której blednie transformacja Europy Wschodniej z komunizmu do gospodarki rynkowej. Nie widać, by obecne protesty w regionie miały przywództwo dysponujące odpowiednią wizją.
Demokratyczni następcy dzisiejszych autorytarnych reżimów szybką znajdą się pod presją oczekujących na zmianę. I staną przed tym samym problemem, przed którym stanęli ich poprzednicy: skala koniecznych zmian uniemożliwia ich przeprowadzenie, a dostępne rozwiązania są zbyt bolesne.
Islamiści - którzy mają tę przewagę, że ich obietnice mają zostać spełnione w następnym życiu - są najbardziej prawdopodobnym beneficjentem obecnej fali protestów.
Pur
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/109729-nie-ma-bardziej-zelaznej-reguly-niz-ta-nadwyzka-sfrustrowanych-mlodych-mezczyzn-oznacza-niedostatek-pokoju
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.