Kierowany przez Tomasza Lisa (swego czasu duchowego wychowanka O. Macieja Zięby) tygodnik "Wprost" z pasją i żarem promuje wszystkich nawołujących do wyrzucenia Kościoła z życia publicznego. Nie ma numeru bez mocnego, brutalnego ataku na katolicyzm. Przynosi to jednak pewne korzyści, bo dzięki temu możemy dowiedzieć się, co naprawdę myślą i ku czemu zmierzają elity radykalnej lewicy. Czują się bowiem we "Wprost" jak u siebie, nikt nie męczy ich niewygodnymi pytaniami i w efekcie mówią więcej, niż gdzie indziej.

A wiedzieć warto, choć niektóre promowane poglądy powodują gęsią skórkę. Tak jest także przy lekturze wywiadu Piotra Najsztuba z Agnieszką Graff, działaczką feministyczną związaną z "Krytyką polityczną" w najnowszym numerze tygodnika.

Graff, która jak sama mówi, pragnie być w awangardzie antyklerykalnej, snuje w rozmowie z Najsztubem plany całkowitego wyrzucenia Kościoła z przestrzeni publicznej - szkół, przedszkoli, a nawet święcenia otwieranych instytucji publicznych.Wizja beatyfikacji Jana Pawła II w dniu 1 maja martwi ją, bo "będziemy świętować cud, świętość papieża", także przez następne lata, więc jesteśmy - jak mówi - "ugotowani".

Ale to tylko część pragnień pani Graff.

Przede wszystkim chce zapomnieć o Smoleńsku. Stwierdza:

Czuje się bardzo obco wobec tej histerii. (...) W mojej rodzinie nazywamy to paraliżem smoleńskim, to, co zawładnęło mediami, które właściwie nie mówią na żaden inny temat. Tak było po śmierci papieża. (...) Natomiast - moim zdaniem - większość ludzi ma to w nosie.

No, nie wiemy w jakich kręgach obraca się pani Graff (swego czasu niektórzy twierdzili, że nie znają nikogo kto nie głosuje na Unię Wolności), ale na pewno nie ma w nosie tematu smoleńskiego redaktor Lis. W redagowanym przez niego tygodniku sprawa tragedii 10/04 przewija się przez pierwsze 35 stron tygodnika. Może więc chodzi nie o to by nie mówić o Smoleńsku, ale by mówić tak jak chce medialna lewica?

Ale wróćmy do przemyśleń Agnieszki Graff. Bo ciekawe jest jak osoba uważająca się za pisarkę widzi życie społeczne. Choć właściwie, to go nie widzi.

Polskie społeczeństwo niewiele mówi, zajmuje się spłacaniem kredytów. W moim środowisku, czyli ludzi, którzy mają małe dzieci, tematem rozmów jest poszukiwanie przedszkola i zastanawianie się, gdzie wydać pieniądze, jeżeli ktoś je ma, i gdzie pojechać na wakacje albo jak przetrwać jeżeli ktoś tych pieniędzy nie ma. Dla iluś tysięcy Polaków dużo bardziej interesujące są skoki wartości franka szwajcarskiego.

No i proszę. Nie róbcie polityki, ważne są sprawy bytowe! Czyż nie podobnie mówiono w czasach pierwszej "Solidarności"? Nasza mała stabilizacja? Frank, kredyt, wakacje. Oto dekalog lewicy?

Chociaż nie, zaraz zaraz, czy "Krytyka polityczna" nie mówi o sprawach publicznych? Nie urządza debat, nie wydaje książek? Urządza, wydaje. Może więc chodzi nie o to by o sprawach publicznych nie mówić, ale mówić tylko tak i o tym czego chce radykalna lewica? Może wtedy to już nie jest nudne?

Wróćmy do pani Graff. Ciekawie i szczerze opowiada ona jak widzi naród. A właściwie nie widzi, bo jej zdaniem narodu nie ma.

Problem mamy taki, że państwo jest emanacją fikcji zwanej narodem, a nie przestrzenią, w której można podebatować na temat tego, co nurtuje społeczeństwo. A powinno być emanacją społeczeństwa.

Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiemy, naszym zdaniem to bełkot, ale sformułowanie o "fikcji zwanej narodem" warto zapamiętać.

Takich kwiatków jest w wywiadzie więcej, ale ile można się katować. W kolejnym numerze zresztą redaktor Lis dostarczy zapewne kolejnych tego typu przemyśleń.

Swoją drogą, biedna nasza Polska z takimi elitami intelektualnymi. Na szczęście są i inne.

wu-ka, źródło: Wprost