Mam kłopot z filmem „Mgła", ale nie taki, jak zwolennicy jedynie słusznej tezy o winie pilotów, względnie samego Lecha Kaczyńskiego, o świetnej współpracy polsko-rosyjskiej i o niepodważalnie dobrych chęciach rządu Donalda Tuska. Nie mam problemu z tym, że „Mgła" pokazuje jedynie – bez komentarza przecież – opinie „jednej strony". Jakaż bowiem może być w tej sprawie „druga strona"? Urzędnicy Kancelarii Prezydenta z czasów Lecha Kaczyńskiego mówią o swoich emocjach i odczuciach – mają do nich prawo – a także o faktach. W kwestii faktów zaś żadnej „drugiej strony" nie ma. Jest tylko prawda. Albo jest prawdą, że kolumna z Jarosławem Kaczyńskim była celowo wstrzymywana na drodze do Smoleńska, żeby pierwszy mógł dotrzeć na miejsce katastrofy premier Tusk, albo nie. Albo jest prawdą, że urzędnicy Kancelarii Premiera cynicznie dywagowali, jak najlepiej ustawić Tuska z Putinem do zdjęcia, podczas gdy niedaleko leżały zwłoki prezydenta Rzeczypospolitej, albo nie.

Oczywiście, chciałbym usłyszeć ze strony ludzi premiera opinię w tych sprawach, choćby po to, aby móc otwarcie stwierdzić, że ktoś tu po prostu ordynarnie kłamie. Jednak zadawanie tych pytań ludziom Tuska nie było obowiązkiem Lichockiej i Dłużewskiej. One miały swoją autorską koncepcję – spójną i zasadną. Należałoby natomiast oczekiwać, że tematy, które tak silnie wybrzmiewają w „Mgle", podejmą inni dziennikarze – ci, z którymi premier Tusk jeszcze łaskawie rozmawia (bo ze mną na przykład – nie) i zadadzą odpowiednie pytania.

Kłopot z „Mgłą" polega więc na czymś całkiem innym: nie na merytorycznej ocenie tego filmu, który uważam za potrzebny i dobry, a momentami wywierający silne wrażenie – ale na kontekście, w jakim został przez autorki świadomie umieszczony.

Wkrótce po wyborach prezydenckich pisałem, że wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej jest kwestią wiarygodności państwa polskiego, przekraczającą w istocie wszelkie polityczne podziały. Sformułowanie „w istocie" nie jest tu tylko chwytem retorycznym. Idzie o to, że sprawa ta ma głębokie znaczenie nawet dla ludzi, którzy temu zaprzeczają, którzy tego nie chcą lub sobie tego nie uświadamiają. Lecz to właśnie głównie oni powinni w końcu poczuć, że tak właśnie jest. Że mówimy o kwestii, która nie jest własnością PiS ani Jarosława Kaczyńskiego, ani Antoniego Macierewicza ani kogokolwiek, ale należy do wszystkich Polaków i wszyscy są za nią odpowiedzialni – także ci, którzy nie cierpieli Lecha Kaczyńskiego. Że sposób uporania się z katastrofą smoleńską będzie probierzem tego, w jakim będziemy żyć państwie – my wszyscy, konserwatyści i liberałowie, lewicowcy i prawicowcy, etatyści i wolnorynkowcy. Mam głębokie przekonanie, że wszystkim nam byłoby lepiej w państwie, które podeszłoby do takiej bezprecedensowej tragedii inaczej niż państwo, rządzone przez Tuska i Komorowskiego.

Oczywiście Platforma prowadzi politykę przeciwdziałania takiemu rozumieniu sprawy smoleńskiej. I ma w tym wiernego sojusznika w postaci Prawa i Sprawiedliwości. W powszechnym rozumieniu katastrofa smoleńska stała się po prostu kolejnym czysto partyjnym składnikiem życia publicznego w Polsce, co uważam za jedną z największych porażek 2010 roku. Stało się tak za zgodą i przy milczącej współpracy obu głównych sił politycznych.

Otóż mam przykre wrażenie, że „Mgła" tylko wzmacnia ten chory stan rzeczy. Po pierwsze dlatego, że przy jej realizacji autorki sięgnęły po wsparcie „Gazety Polskiej" – pisma jednoznacznie kojarzonego już nawet nie politycznie, ale partyjnie. Oczywiście Lichocka i Dłużewska miały poważne powody, aby tak uczynić – tego nie neguję. Nie zmienia to faktu, że dla ludzi, którzy widzą Smoleńsk jako sprawę „pisowską", skojarzenie „Mgły" z „Gazetą Polską" powoduje uruchomienie mechanizmu psa Pawłowa: „GazPol"? Czyli mamy do czynienia z jakimiś niewiarygodnymi oszołomstwami, nie ma sensu się nad tym zastanawiać.

Dodatkowo przeciwko uniwersalnemu potraktowaniu „Mgły" działa fakt, że firmująca film „Gazeta Polska" od 10 kwietnia forsuje na siłę tezę o zamachu, choć brak na to dowodów. I tu chcę, aby moje stanowisko było jasne. Sam umieściłem w Salonie24 w miarę już chyba znany tekst „Zamach – słowo tabu", wkrótce po 10 kwietnia. Nadal uważam, że tej hipotezy nie sposób wykluczyć i zdecydowanie sprzeciwiam się uznawaniu takiego stanowiska za świadectwo sprzyjania jakimś „teoriom spiskowym". To hipoteza naturalna i oczywista. Ale jedna z wielu. Tymczasem „GazPol" forsuje ją za wszelką cenę jako główną i najbardziej prawdopodobną, dając tym samym do ręki argumenty pogromcom „teorii spiskowych" i robiąc, w mojej opinii, złą robotę.

Po drugie – premiera, która sprawiała wrażenie imprezy w zasadzie partyjnej. Rzecz jasna – taką nie była, ale znów: jeśli uznajemy za celowe wpojenie wszystkim Polakom w dłuższym okresie, że Smoleńsk jest sprawą narodową, a nie partyjną, „Mgła" nie powinna być prezentowana publicznie po raz pierwszy w taki sposób. Staram się znaleźć porównanie z warszawską premierą mojej książki „Ostatni wywiad". Także podczas tego wydarzenia obecny był Jarosław Kaczyński. Z tą różnicą, że podczas premiery mojej książki toczyła się żywa polemika pomiędzy nim a panelistami, w tym zwłaszcza Antonim Dudkiem, mną , a także z sali Piotrem Semką na temat m.in. medialnej strategii zmarłego tragicznie prezydenta. Nie było atmosfery fety, ale dyskusja i spór.

Chcę być dobrze zrozumiany: uważam, że Lichocka i Dłużewska zrobiły świetną robotę, ale jej rezultat od razu pozwoliły zaszufladkować. Ja swój obowiązek jako dziennikarza widzę inaczej: o Smoleńsku trzeba pisać i mówić do znudzenia (co robi np. moja gazeta, z czego jestem dumny, a także „Rzeczpospolita"), ale koniecznie trzeba tę tragedię ukazywać w oderwaniu od partyjnych lojalności. To sprawa wszystkich Polaków, a nie jedynie zwolenników PiS. Szkoda, że autorki „Mgły" najwyraźniej widzą sytuację inaczej.