Wynika z tego, że mordować bezkarnie wolno, o ile robi się to z właściwych, czyli lewicowych pozycji ideologicznych

Czytaj więcej Subskrybuj 50% taniej
Sprawdź
Odchodzący prezydent Brazylii Lula PAP
Odchodzący prezydent Brazylii Lula PAP

Brazylijski prezydent 31 grudnia, ostatniego dnia urzędowania, zdecydował by nie wydawać Włochom terrorysty Cesarego Battistiego skazanego zaocznie w Mediolanie za zbrodnie na dwa dożywocia. Wynika z tego, że mordować bezkarnie wolno, o ile robi się to z właściwych czyli lewicowych pozycji ideologicznych.

Battisti w imię proletariackiej rewolucji w latach 1977 – 79 własnoręcznie zastrzelił dwie osoby, brał udział w czterech zamachach o śmiertelnych konsekwencjach i nigdy nie wyraził skruchy. Stał się za to ikoną paryskich salonów kawiorowej lewicy i niedługo będzie się kąpał w słońcu plaży Copacobana. Decyzję prezydenta Luli zdążyli już pochwalić francuska pisarska Fred Vargas, filozof  Bernard Henri Levi i przebywający na wolności terroryści Czerwonych Brygad, którym łamów użyczył włoski lewicowy dziennik „La Repubblica". Oburzone włoskie władze odwołały swego ambasadora w Brazylii na konsultacje.

Wydawałoby się, że lewaccy mordercy spod znaku Czerwonych Brygad już dawno wraz ze swoją obłędną ideologią wylądowali na śmietniku historii odsądzeni od czci i wiary. Tymczasem okazuje się, że w optyce intelektualnej lewicy to do dziś towarzysze, którzy co prawda lekko po drodze zbłądzili, ale naturalnie nie na tyle, by odpowiadać za przelaną krew. Przyjrzyjmy się więc bliżej kogo, i to od 2004 r., ideolodzy jedynie słusznych idei i postępu uporczywie wciągają na cokół.

Battisti (ur.1954) już w wieku 17 lat był pospolitym bandytą. Porzucił szkołę w Latinie, by zająć się rabunkiem i porwaniami dla okupu. Wylądował za to w więzieniu, gdzie zetknął się z ideologiem bliskiej Czerwonym Brygadom organizacji terrorystycznej  „Zbrojni Proletariusze na Rzecz Komunizmu". Za kratkami młody bandyta przedzieżgnął się w rewolucjonistę.

Zawodu nie zmienił, ale po wyjściu na wolność w 1977 r. napadał i mordował już na rachunek proletariackiej rewolucji. W 1978 r. jego komando zamordowało strażnika więziennego Antonio Santoro. Strzelał Battisti. Następne dwie akcje nie udały się. Zbrojni Proletariusze, by móc finansować rewolucję postanowili obrabować rzeźnika Lino Sabbadina w Mestre pod Wenecją, ale ten wyciągnął broń, jednego proletariusza zastrzelił, a reszta uciekła. W tydzień później znów pech i kolejna tragedia. Dwóch proletariuszy, w tym pomysłodawca akcji Battisti, wchodzi do pizzerii Transatlantico w Mediolanie z bronią gotową do strzału i żąda od klientów porteli. Jeden z nich, jubiler Pierluigi Torregiani, wyciąga swój pistolet, strzela i kładzie trupem towarzysza Battistiego. Proletariusze postanowili pomścić swoich poległych. 16 lutego 1979 r. rusza ekspedycja karna. Battisti, który zaplanował zemstę, stoi na czatach, a jego wspólnicy mordują rzeźnika w jego sklepie w Mestre. Potem składają wizytę w sklepie jubilerskim. Dochodzi do wymiany strzałów. Torregiani ginie z ręki Battistiego, a syn Alberto trafiony w kręgosłup od tej pory porusza się na wózku inwalidzkim, bo jest sparaliżowany do pasa w dół.

W dwa miesiące później Battisti morduje agenta służby bezpieczeństwa Andreę Campagna. Jednak policja wpadła na trop organizacji i w kilka miesięcy potem Battisti trafia za kratki. W 1981 r. ucieka z więzienia we Frosinone do Paryża, a potem do Meksyku. W 1988 r. włoski sąd skazał go zaocznie na dwa dożywocia za popełnione zbrodnie. W związku z tym, że ówczesny prezydent Francji Mitterand udzielił schronienia włoskim terrorystom w zamian za wyrzeczenie się przemocy, Battisti wracił w 1990 r. do Paryża, a w rok później francuski rząd odrzucił włoski wniosek o ekstradycję.

Terrorysta zaczyna pisać poczytne kryminały (w sumie napisał 13 książek) i staje się ozdobą paryskich lewicowych salonów. Często pojawia się w telewizji, opowiada o swojej walce o lepszy świat na francuskich uniwersytetach. Słowem – z mordercy stał się celebrytą. Nigdy też nie przyszło mu do głowy, by pokajać się za swoje zbrodnie. Ale po zamachach islamistów z 11 września polityczny wiatr we Francji zmienił się. Doktryna Mitteranda trafiła do lamusa, a Battisti na podstawie kolejnego włoskiego wniosku do aresztu w oczekiwaniu na ekstradycję do Włoch. Światowe, a szczególnie francuskie lewactwo podniosło niemożebny raban. Około 1500 „intelektualistów" z całego świata podpisało list protestacyjny, w którym można przeczytać m.in. że "Battisti to człowiek uczciwy, obdarzony wyjątkową siłą intelektu, którego skromne życie pełne było trudności i wyrzeczeń". W rezultacie w 2004 r. Battisti nie wiedzieć dlaczego wychodzi z aresztu, by na wolności oczekiwać na decyzję francuskiego sądu. Ten zdecydował o ekstradycji Battistiego do Włoch, a Europejski Trybunał Sprawiedliwości odrzucił odwołanie jego adwokatów.

Gdy te wyroki zapadły Battisti z pomocą swoich francuskich przyjaciół i dzięki fałszywemu paszportowi był już w Brazylii. Równocześnie we Francji ukazały się dwie książki, z których wynikało, że Battisti jest niewinny, że padł ofiarą zbrodniczego, mściwego włoskiego sądu. To naturalnie humbug. Terrorystę rozpoznali sparaliżowany syn jubilera i syn rzeźnika, który cudem uniknął śmierci. Battisti wpadł jednak w ręce brazylijskiej policji w 2007 r. i trafił za kratki, co wywołało kolejną falę protestów światowej lewicy. Brazylijski minister sprawiedliwości przyznał Battistiemu w 2009 r. status uchodźcy politycznego, ale tamtejszy Trybunał Konstytucyjny unieważnił tę decyzję i nakazał wydać go Włochom. Ostateczna decyzja leżała w gestii prezydenta Luli, który 31 grudnia br., ostatniego dnia swego urzędowania, po 14 miesiącach grania na czas, zdecydował, że terrorysta nie będzie ekstradowany. Oficjalnym powodem tej decyzji są obawy, że Battisti może być narażony na prześladowania ze strony pałającego żądzą zemsty włoskiego wymiaru sprawiedliwości.

To naturalnie policzek wymierzony Włochom, które w optyce Luli i światowej lewicy są krajem na podobieństwo bananowej republiki, gdzie sądownictwo to nieledwie posłuszne narzędzie w rękach krwawego reżimu. Dlatego z ostrym protestem wystąpił prezydent Giorgio Napolitano, premier Silvio Berlusconi i minister spraw zagranicznych Franco Frattini. Ten ostatni zapowiada odwołanie do Trybynału Konstytucyjnego Brazylii  (musi decyzję Luli potwierdzić), Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości przy ONZ, a przede wszystkim do nowej prezydent Brazylii pani Dilmy Rousseff. Zwłaszcza, że ta podczas kampanii wyborczej powiedziała: „Lula nie powinien podejmować decyzji w tej sprawie. Powinien podporządkować się decyzji Trybunału Konstytucyjnego".  Rodziny i bliscy ofiar lewackiego terroryzmu w najbliższy wtorek organizują protest pod Ambasadą Brazylii w Rzymie.

Nie wydaje się prawdopodobne, by te protesty cokolwiek przyniosły. Lula podjął tę decyzję, by oszczędzić namaszczonej przez siebie następczyni kłopotów. Pani Rousseff będzie mogła umyć ręce. I w ten sposób kolejny morderca „lat ołowiu", jak Włosi nazywają okres 1972-88, w którym czerwony terroryzm pociągnął za sobą ponad tysiąc ofiar, za sprawą międzynarodowej kampanii sił postępu uniknie kary.

We Francji żyje w spokoju niemal setka czerwonych brygadzistów, którzy nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny. W 2009 r. prezydent Nicolas Sarkozy za namową swojej małżonki Carli Bruni wstrzymał ekstradycję Mariny Petrelli, która własnoręcznie zastrzeliła policjanta i brała udział w porwaniu i zabójstwie Aldo Moro (1978 r.), byłego premiera Włoch i szefa włoskiewj chadecji. Powód? Cierpi na depresję i musi się leczyć. Dziwnym trafem, gdy Carla Bruni wraz z siostrą zaniosły jej szczęśliwą wieść do szpitala, natychmiast ozdrowiała. W Brazylii mieszka do dziś i ma się dobrze Alessio Casimirri, inny członek komanda, które uprowadziło Moro mordując pięciu członków eskorty.

Nie koniec farsy na tym. Założyciel Czerwonych Brygad Renato Curcio zażądał emerytury za lata spędzone w więzieniu, a gdy się okazało, że mu nie przysługuje, światowa lewica rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją do włoskiego rządu. Toni Negri, ideolog Czerwonych Brygad, został „wepchnięty" do parlamentu z listy Partii Radykalnej po wyborach w 1984 r., gdy schwytany przebywał już w areszcie. Wyszedł na wolność, przyszedł raz do Izby Deputowanych, a potem, gdy miał rozpocząć się proces, zbiegł do Francji. Dziś za swą działalność parlamentarną pobiera 3 tys. euro emerytury z kieszeni włoskiego podatnika.

We wszystkim szokuje łatwość, z jaką bez zmrużenia oka do porządku dziennego nad krwawymi mordami przechodzą lewicowe elity dyktujące światu moralne standardy, wynoszące i strącające z piedestału. Bezkarności dla lewackich morderców oprócz Leviego i Vargas domagali się m.in. Gabriel Garcia Marquez, Daniel Pennac, noszony na rękach przez włoską lewicę pisarz Roberto Saviano, jego starszy kolega Valerio Evangelisti, filozof Giorgio Agamben, profesorowie uniwersyteccy, a nawet dyrektor artystyczny festiwalu filmowego w Wenecji Marco Mueller.

Ci wszyscy ludzi, którzy nie schodzą z łamów gazet i ekranów tv, gdzie pouczają i nauczają w poczuciu moralnej, intelektualnej i kulturowej wyższości, widzą zasadniczą różnicę między mordem popełnionym przez pospolitego bandytę czy nie daj Boże krwią przelaną przez bojówkarzy skrajnej prawicy, a mordem w jedynie słusznej lewicowej sprawie. Krew ofiar szalonych lewaków najwyraźniej nie plami rąk i nie wymaga zadośćuczynienia, a nawet, jak w przypadku Battistiego, kilku słów skruchy. Słowem moralność podporządkowa ideologii i logika Kalego. Aż dziw bierze, że ta intelektualna i moralna tandeta z taka łatwością sprzedaje się w dzisiejszym świecie – od Paryża przez Rzym po Sao Paolo. Przeraża, że producenci tego bełkotu posiadają status międzynarodowych autorytetów i celebrytów.

Prowadzona z imponującym skutkiem od lat akcja relatywizacji morderczego amoku terrorystów Czerwonych Brygad przez intelektualistów lewicy skutkuje tym, że szczególnie we Francji, ale też w Brazylii otacza ich nimb romantycznych bohaterów, bojowników o lepszy świat, którym nie wyszło, a przecież chcieli dobrze. Mało tego. Powoli z krwawych morderców przeistaczają się w ofiary opresyjnego systemu politycznego Włoch sprzed 40 lat. Autorom tych mistyfikacji nie przychodzi do głowy, że idąc tropem tego myślenia (?) można byłoby łatwo usprawiedliwić zbrodnie faszyzmu, nazizmu czy wojującego islamu.

Skutki nie każą na siebie czekać. Teraz francuscy studenci przyjeżdżają na stypendia do Włoch, by pisać o swoich idolach z Czerwonych Brygad prace naukowe. Jeszcze trochę, a lewaccy mordercy doczekają się pomników.

 

Autor

Budzimy się wPolsce24 codziennie od 7:00 rano Budzimy się wPolsce24 codziennie od 7:00 rano Budzimy się wPolsce24 codziennie od 7:00 rano

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych