Przeceniali wszyscy: sami politycy, czasem i zwykli Polacy, ale przede wszystkim media. Niekiedy ci co popełniali błąd w ocenach, mylili się naprawdę, a czasem przestrzeliwali się w ocenach, bo tego wymagał ich zbiorowy interes.
Piotr Semka porównał kiedyś polski świat medialny do murzyńskich plemion bijących w tam tamy. Jednym bębniarzom odpowiadają inni, tym jeszcze inni, aż wreszcie powstaje zamknięty obieg. Przy zamkniętym obiegu fundamentalnym zdarzeniem albo zjawiskiem można łatwo obwołać coś, o czym w dwa dni później nikt nie będzie pamiętać. Zobaczmy jak to wyglądało w roku 2010:
1. Prezydenckie prawybory w Platformie Obywatelskiej
Miały dla PO znaczenie propagandowe, dzięki nim partia ta wypełniła na kilka tygodni nieomal bez reszty medialną przestrzeń. Niewątpliwie dowiodły jej wyższości nad PiS - u Kaczyńskiego taka operacja byłaby z wielu powodów niemożliwa. Ale wielu komentatorów obwołało te prawybory początkiem politycznej rewolucji. A żadnej rewolucji nie było.
W USA prawybory przynoszą zderzenie różnych wizji rządzenia. W pluszowych potyczkach między Bronisławem Komorowskim i Radkiem Sikorskim różnice trzeba było wyciskać nieomal na siłę - już choćby dlatego, że urząd prezydencki nie daje realnej możliwości rządzenia. Był to głównie spektakl. Nie zdemokratyzował ani samej Platformy, ani polskiej polityki. A takie znaczenie mu przypisywano.
W jednej tylko dziedzinie te prawybory odegrały znaczenie przełomowe. Ale tego akurat nikt nie zauważył. Oto prawyborcze debaty kandydatów organizowane były wprawdzie w sensie technicznym przez TVN, ale prowadzone przez ówczesnego posła Platformy Sławomira Nowaka. W ten sposób został uczyniony kolejny krok do komunikowania się polityków bezpośrednio z wyborcami ponad głowami dziennikarzy. W szczególności polityków Platformy.
2. Antyklerykalna manifestacja Dominika Tarasa na Krakowskim Przedmieściu
To w pewnym sensie część większej całości. Przez kilka tygodni czołowe media próbowały nas przekonać, że bitwy zwolenników i przeciwników krzyża na Krakowskim Przedmieściu to oś polskiej polityki. Tymczasem był to ciąg zdarzeń spektakularnych, ale bynajmniej nie przełomowych. Stały się przełomowe, gdy w pobliżu postawiono kamery TVN 24 i Polsat News.
Kiedy w pewną ciepłą sierpniową noc Krakowskie Przedmieście zaroiło się od antyklerykałów skrzykniętych przez kucharza Tarasa, establishment zareagował entuzjazmem. Młodych ludzi pokazujących modlącym się kobietom gest "fuck", opisywano jako radosnych ambasadorów nowoczesnej Polski (naczelna Przekroju Katarzyna Janowska), ale też jako prekursorów przełomu, po którym nic już w polskiej polityce nie będzie takie samo.
Jakiś przełom to był - w dziedzinie obyczajów. Dawne antyklerykalne manifestacje lewicy unikały jednak akcentów antyreligijnych. A ci nowi poganie przybili misia do krzyża i obnosili się z nim dumnie. Zmienił się więc język, przesunęły granice. Ale do żadnej politycznej rewolucji nie doszło.
Symbolizuje to w szczególności los Ruchu Poparcia Janusza Palikota, ideologa dokazującej młódzi, który dogrywał w polskiej polityce znaczną rolę jako harcownik obozu Platformy. Kiedy spróbował stanąć na własnych nogach, nie skupił wielkiego poparcia (około 1 procenta głosów), a jego kolejne hece (manifestacje przed siedzibami biskupów) przyciągnęły już tylko ledwie garstkę. A tyle napisano o nowej jakości. Polacy okazali się zadziwiająco przywiązani do dotychczasowych etykietek i tematów.
3 Jesienna legislacyjna ofensywa rządu ze szczególnym uwzględnieniem przeprowadzki premiera do Sejmu
Trzeba przyznać, że do zapowiedzi kolejnej rewolucji ustawodawczej animowanej przez rząd komentatorzy podeszli z większą powściągliwością niż w poprzednich latach. Ale sama zapowiedź, że premier Tusk będzie urzędował w parlamencie aż do grudnia, była żywo komentowana. Sam napisałem komentarz w którym przypuszczałem, że Tusk może chcieć być bliżej posłów swojej partii. Że będzie patrzył na ręce marszałkowi Grzegorzowi Schetynie na wypadek, gdyby ten chciał przekształcić parlament w bastion swoich wpływów.
Jeśli coś takiego chodziło nawet Tuskowi po głowie, przestało chodzić po kilku dniach. Wystarczyło trochę niewygód i zwłaszcza konieczność przeciskania się na korytarzach przez tłum reporterów. Wszyscy o obietnicach premiera szybko zapomnieli, a z zapowiadanych projektów do Sejmu napłynęła ledwie połowa, w tym niewiele istotnych.
4. Prace nad konstytucją w ogóle, a powołanie sejmowej Komisji Konstytucyjnej w szczególności
Jarosław Flis napisał w podsumowaniach roku 2010 na Salonie 24, że nadal wierzy w debatę nad ustrojem Polski z prawdziwego zdarzenia. I przypomniał, że w tym roku udało się wreszcie powołać w Sejmie Komisję Konstytucyjną. Ja nie wierzę i zresztą za bardzo nad swoją niewiarą nie ubolewam.
Po prostu gdy rząd Tuska odczuwał szczególnie boleśnie pustkę własnego rządzenia, sięgał po ten temat - jako ostatnią nadzieję. Zrobił to na początku roku, a potem po wielu miesiącach przerwy jesienią - w następstwie czego powstała komisja Jarosława Gowina. W rzeczywistości ustrojowe pomysły Platformy są mało istotną kosmetyką i chyba tylko poseł Gowin wierzy w możliwość ich uzgodnienia z innymi partiami.
Ale tak naprawdę czy istnieje pilna potrzeba konstytucyjnego kompromisu? Choć polski ustrój zacinał się lekko w sytuacji cohabitation prezydenta i premiera z przeciwnych obozów (po ostatnich prezydenckich wyborach ten problem zniknął), to nie on był powodem rozlicznych polskich bolączek. To nie z powodu wadliwego podziału władz sądy były powolne, administracja niewydajna, a policja znów zaczęła żądać od nas łapówek "jak za III RP". To nie dlatego polskie państwo obcięło nakłady na drogi, a polska kolej okazała się niezdolna do uzgodnienia w terminie nowego rozkładu jazdy. Nie z tego powodu przedsiębiorcy wyglądali jak kania dżdżu swobód w prowadzeniu biznesu.
Polsce potrzeba dziś pilnie naprawy państwa, ale niekoniecznie nowej konstytucji. To ostatnie jest co najwyżej niekoniecznym luksusem, rodzajem ozdóbki na torcie.
5. Wszelkiego typu przemiany polityków w następstwie smoleńskiej katastrofy
Od przemiany Jarosława Kaczyńskiego po zamilknięcie Janusza Palikota, wszystkie okazywały się nietrwałe. Miały wpływ na szczegóły polityki (blisko 47 procent Kaczyńskiego to w znacznej mierze skutek jego chwilowo zmienionego wizerunku), ale nie na jej naturę. W ostateczności u schyłku roku polityka jest taka jak u schyłku roku zeszłego, tylko "jeszcze bardziej".
Nadzieje komentatorów na nowy, łagodniejszy język, czy tym bardziej nowe standardy, okazały się całkowicie płonne. Nawet jeśli kampania prezydencka była spokojniejsza, to co działo się po niej, zatarło to wrażenie z naddatkiem. Wyjątkiem okazał się platformerski minister kultury Bogdan Zdrojewski, który podczas mszy żałobnej za duszę prezesa IPN Janusza Kurtykę potrafił powiedzieć: "Przepraszam". Nie znalazł jednak naśladowców.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/108792-piotr-zaremba-moj-bilans-roku-2010-piec-zdarzen-najbardziej-przecenianych-w-polsce-rysuje-krauze
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.