(do Macieja Gawlikowskiego)

Zaproszenie Wojciecha Jaruzelskiego przez Bronisława Komorowskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego sprawiło, że tegoroczne obchody rocznicy wprowadzenia stanu wojennego nabrały dodatkowego znaczenia. Wyraz temu dała inicjatywa „Razem 13 Grudnia". Tymczasem w sobotnio-niedzielnej „Rzeczpospolitej" czytamy:

Połączenie protestu w rocznicę 13 grudnia z protestem przeciwko działaniom Komorowskiego nie wszystkim dawnym opozycjonistom się podoba. – Mnie w tym roku nie będzie. Uważam łączenie przypominania ofiar stanu wojennego oraz bezkarności jego sprawców z bieżącą polityką, z wojną PiS – PO, za niesmaczne – mówi [Maciej] Gawlikowski.

Przyznaję, że problem widzę diametralnie inaczej niż krakowski reżyser dokumentalista. Spór o miejsce generała w historii przyjmuję z coraz większą obojętnością. Sam Jaruzelski nie budzi już we mnie żadnych emocji, chociaż kiedy sięgam pamięcią do lat 80., to przypominam sobie posępny klimat unoszący się nad spacyfikowanym, bezradnym, zastraszonym społeczeństwem. Ale przeszłość ma o tyle znaczenie, o ile wpływa na dzień dzisiejszy.

Zgadzam się z myślą, jaką swego czasu zawarł w znakomitym tekście „Zakaz zakazywania" redaktor naczelny „Obywatela" Remigiusz Okraska:

Współczesna technokratyczna oligarchia, mimo operowania antyfaszystowskimi i antykomunistycznymi hasłami, upodabnia się – choć oczywiście przy ogromnej różnicy w sferze metod i światopoglądu – właśnie do (...) kluczowego aspektu skompromitowanych totalitaryzmów, jakim jest odebranie społeczeństwu podmiotowości, ograniczanie możliwości decydowania o sobie i zanik faktycznej demokracji.

Bronisław Komorowski – dokonując takich, a nie innych wyborów politycznych w minionym 20-leciu – ów wymieniony przez Okraskę kluczowy aspekt realnego socjalizmu uosabia. W przeciwieństwie do chociażby Jarosława Kaczyńskiego czy Jana M. Rokity nawet nie próbował przeciwstawić się postkomunistycznym patologiom, nie wykonał w tym kierunku żadnego gestu.  Abstrahuję już od tego, że jego prezydentura w wymiarze polityki międzynarodowej to jak na razie powrót – miejmy nadzieję, że tylko jako farsa – do początku lat 90., gdy prezydent Lech Wałęsa raczył Polaków koncepcjami NATO-bis. Zaproszenie Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzenie RBN jest tych zjawisk symbolicznym dopełnieniem.