Tak, wiem, Adam Michnik i Antoni Macierewicz siedzieli w więzieniu bym mógł głosować. A ja wzgardziłem. To podłe, ale postaram się wytłumaczyć.

Oczywiście doskonale rozumiem wagę wyborów samorządowych i to, że mogę tu sobie głosować na ludzi, nie na partię. Choć nie na każdym szczeblu. Ale po kolei.

Żałuję tylko, że mojego głosu nie dostał młody, sympatyczny i energiczny radny mojej dzielnicy, który w poprzedniej kadencji przyczynił się (a w każdym razie mnie się tak wydaje) do rewitalizacji jednego ze skwerków koło mojego domu. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że do Warszawy wróciłem w wyborczą niedzielę późno, ale za to moja żona na niego głosowała.

Do Rady Warszawy startują postaci całkowicie mi nieznane. Może gdybym mieszkał w innej dzielnicy, zacisnąłbym zęby i zagłosował na jedną z dwóch głównych partii, by poprzeć pewną bardzo zasłużoną panią. Ale to nie ten okręg, więc odpada.

Nie będę ukrywał – uważam Hannę Gronkiewicz–Waltz za fatalną prezydent Warszawy. Nie dlatego, że jest z Platformy Obywatelskiej, ale dlatego, że jest dramatycznie słabym włodarzem miasta, który nie spełnił nawet dziesiątej części swoich obietnic wyborczych (miało być bodaj sześć mostów, nie ma żadnego, druga linia metra miała być gotowa do 2009 roku, a w tym roku ledwo ją zaczęli etc.) Gronkiewicz-Waltz jest prezydentem tak słabym, że chętnie poszedłbym zagłosować na jej rywala.

Niestety, Czesław Bielecki postanowił udowodnić, że jego legendarna iteligencja jest niczym w porównaniu z niebotyczną wręcz miłością własną. Nie potrafię wykrzesać w sobie motywacji, by głosować na człowieka, który całym sobą pokazuje mi, że to w zasadzie on robi mi łaskę, że kandyduje. Zniechęcał mnie ze wszystkich sił i w końcu mu się udało.

Najłatwiej poszło mi z niegłosowaniem do sejmiku wojewódzkiego, gdzie wybory są stricte partyjne. Po prostu wybór między Platformą a PiS uważam za żaden. I jedni, i drudzy nie przekonują mnie w najmniejszym stopniu, a dość już mam wybierania mniejszego zła, tudzież głosowania na przekór.

Biorąc pod uwagę, że w zeszłym roku zamiast wybierać Parlament Europejski pojechałem do Ugandy mogę się państwu przyznać: tak, fatalna frekwencja to moja wina. I wcale tego nie żałuję.