Napisałem biografię Bronisława Komorowskiego. (tu przeczytasz fragmenty, a tu nasza relacja z promocji - red. wP.) Uznałem, że dla osób interesujących się polityką to powinna być ciekawa lektura, wobec bohatera starałem się zachowywać stosunek obojętny. Opisałem jego mocne strony, jak choćby piękną kartę opozycyjną czy życie rodzinne i słabe, jak wątpliwości związane z WSI, brak poglądów, charyzmy politycznej, sprawę aresztowania Romualda Szeremietiewa.
Sądziłem i sądzę, że książka powinna być interesująca dla osób, które po prostu ciekawi polska polityka bez względu na ich poglądy. Nie tylko ze względu na Komorowskiego, można go lubić albo nie znosić, ale też ze względu na to, że jakoś został prezydentem. Czyli okoliczności. W odpowiedzi na pytanie „jak" zawiera się i to, jak zmienia się nasza polityka, i obraz relacji wewnątrz Platformy - partii w końcu od czterech lat rządzącej.
Spodziewałem się reakcji krytycznych z obu stron, zdziwiła mnie nawet ilość reakcji pozytywnych w pierwszym momencie po wydaniu książki. Ale w przypadku tych krytycznych zaskoczył mnie jednak ich przerażający poziom będący smutnym świadectwem dna po jakim dryfuje nasze życie publiczne.
Zaczęło się od prawicowych internautów. Okazało się, że o Komorowskim w ogóle nie powinno się pisać, bo należy pisać tylko o tych politykach, których oni lubią, a jeśli już o Komorowskim to można pisać tylko o wątku WSI albo że jest wnukiem jakiegoś rezuna kozackiego, który wymordował prawdziwych Komorowskich. Z drugiej strony dowiedziałem się, że „książkę PiSałem", że mam lekceważący stosunek do głowy państwa, i że o Kaczyńskim to „bym się tak nie odważył pisać".
Wśród autorów anonimowych wpisów z reguły pokaźną część stanowią frustraci, ale dalej uruchomili się politycy. Znajomy - były urzędnik związany z PiS - stwierdził szyderczo, że podlizuję się władzy. Książki nawet nie ruszył, ale sam fakt pisania o Komorowskim jest haniebny. Potem - już po lekturze - zadzwonił inny znajomy, jeden z polityków Platformy z całą litanią pretensji. W dużym skrócie: książkę napisałem pod PiS-owskie tezy, pluję na bohatera, jestem niesprawiedliwy, nie było mnie na świecie jak „Bronek" dostawał kopniaki od esbeków, a przede wszystkim jestem opętany niechęcią do „Donalda" i posługuję się źródłami tak „niewiarygodnymi" jak artykuły Piotra Zaremby.
W sumie mogę być chyba więc zadowolony. Polscy politycy zanadto przyzwyczaili się, że dziennikarze stali się ich cieniami - z jednej lub drugiej strony. Samozadowalaniu się nie powinna służyć publicystyka, a miliony stron i filmów pornograficznych. Dobra publicystyka sieje ferment, zagląda co czai się za wzniosłymi dogmatami, szuka prawdy, nawet jak czasem gdzieś przy tym pobłądzi. Chyba więc - przynajmniej choć trochę - się udało.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/107069-niestety-nie-krece-filmow-pornograficznych
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.