Prezentujemy fragment opowiadania Bronisława Wildsteina „Nietaktowna śmierć“ z tomu „Przyszłość z ograniczoną odpowiedzialnością“. Ta fascynująca proza właśnie ukazała się na rynku nakładem Wydawnictwa M. A jutro wPolityce.pl - rozmowa z pisarzem.


***

– Poszukiwał. Był konsekwentny. Bezlitośnie konsekwentny, ale głównie dla siebie. Dlatego opłakujemy go teraz. Jego życie nie było łatwe. Wymagał od innych, ale głównie od siebie. Dlatego... Jacek Mikrut złożył śluby, kiedy się poznali. Teraz w zakonie jest już ważną postacią. Siemecki przypomina sobie, że jego wybór wydawał się mu dziwny z innych powodów wtedy niż dziś. Tylko tam, przed ołtarzem stoi nie jego dawny przyjaciel, ale ktoś, kto
ma prawo publicznie opowiadać o umarłym. Ktoś, kto może pogodzić Siemeckiego z jego poczuciem winy.
– Ale pomyślmy, co zostało po nim? Dlaczego myśleć będziemy o nim dłużej niż tylko czas trwania tej ceremonii?
– Czas myślenia o śmierci i umarłych jest teraz, myśli Czerski. Rzadko będziemy przypominać go sobie później, jeśli tak rzadko pamiętaliśmy o nim za życia. Jednak ceremonia pogrzebu potrzebna jest właśnie żywym. Może aby uwolnić się od wspomnień?
A może aby nabrać dystansu do życia, do którego wrócimy?
– Zebraliśmy się, aby opłakać go. Ale może bardziej powinniśmy podziękować mu za to, co nam zostawił!
– Zostawił wspomnienia obcych i nieomal niepojętych dla nas wydarzeń, zastanawia się Jaruga. Smutek po tym, czym nie możemy, a zresztą i nie chcemy być. Tak naprawdę umarł wcześniej i dlatego tak mało ludzi przyszło na ten pogrzeb. Tak naprawdę pokazał, że nas już nie ma.
– I dlatego tak trudno zgodzić się, że nie będzie go już między nami.
A przecież będą musieli pogodzić się, że mają udział w jego śmierci. Beata rusza za trumną tuż za Mikrutem, uzmysławiając sobie, że można wziąć ją za wdowę i że żywi zawsze mają winy wobec umarłych.
Kilkunastoosobowy korowód spomiędzy szpalerów marmurowych nagrobków wydostał się na gliniaste zbocze, gdzie kopczyki ziemi i prowizoryczne napisy wskazywały, że umarli dopiero
zaczynają się tu zadomawiać. Kiedy już ostatecznie pokropiona trumna zsunęła się w głąb dołu i Mikrut upuścił pierwszą grudkę ziemi, przez moment zapanowała konsternacja.
Dopiero Beata, która rzuciła grudę kolejną, przywróciła porządek. Nad zasypanym grobem gromadka ludzi spoglądających po sobie i nie wiedzących co mówić, czas jakiś przestępowała z nogi na nogę.
– Widziałam go jakiś czas temu. Taki biedny. Chciałam do niego podejść, ale był... no wiecie – zaczęła jedna z kobiet.
– A ja go widziałem w doskonałej formie jakiś rok temu, z młodą, świetną dziewczyną. – Odpowiedział przekornie elegancko ubrany mężczyzna.
– Ja widziałem go niedawno. Siedział na ławce w Łazienkach i uśmiechał się, ale musiałem iść, więc nie wiem dlaczego. Dlaczego uśmiechał się. – Wyjaśnił w odpowiedzi na pytające spojrzenia człowiek z kapeluszem w dłoniach.
Ksiądz Mikrut odszedł pierwszy, żegnając się z każdym z osobna. Potem powoli rozchodzili się inni. Dopiero kiedy przy grobie została ich czwórka, pojawili się kamieniarze, którzy zaczęli dopasowywać kamienną tablicę.

Chociaż szaleni, odzyskają rozum,
Powstaną znowu, chociaż potonęli w morzu;
Nie zginą kochankowie i nie zginie miłość;
A śmierć utraci swoją władzę.

Beata na głos czytała napis na tablicy. Potem zaczęła się weń wpatrywać ze zmarszczonym czołem.
– Tak, to Dylan Thomas. Ulubiony wiersz Mariusza – powiedział skromnie Siemecki. – Zapamiętałem go i kazałem wykuć. Pamiętacie, jak ukazał się ten tom w tłumaczeniu Barańczaka? To było dla nas objawienie!
– Zaraz, zaraz – Beacie coś nie dawało spokoju. – Przecież tam było inaczej. Przecież to bez sensu!
– Daj spokój – Jaruga usiłował ją objąć, ale wyrwała się mu.

– „Choć zginą kochankowie, lecz nie zginie miłość”!

– Wykrzyknęła.
– Tak tam było i to ma sens! Przecież też dobrze go znałam i pamiętam ten kawałek – Beata zaczerwieniła się, jakby odsłoniła tajemnicę.
– Jesteś pewna? – Stropiony Siemecki szukał wsparcia u kolegów, którzy spoglądali w inne strony. – Jeśli jesteś pewna, każę to zmienić.
– Chodźmy na wódkę. – Zaproponował Jaruga.
Weszli do najbliższej knajpy. Przez przesłonięte brudnobiałymi firankami okna widać było mur cmentarny. Z wazonów na stolikach wyrastały plastikowe kwiaty. Dwaj zmęczeni faceci nad piwem w kącie gapili się na nich tępo. Kelnerka, podając butelkę wódki, sok, wodę i pięć kieliszków, wyglądała na zdziwioną.
Wypili po pięćdziesiątce. Beata skrzywiła się niemiłosiernie, rozkładając wódkę na dwa łyki i popijając sokiem. Wtedy dopiero Siemecki zapytał:
– Dlaczego kochankowie mają umrzeć?
– Jacy kochankowie? – Zdziwił się Jaruga.
– Bo wszyscy umierają. – Odpowiedział sentencjonalnie Czerski.
– Bo tak jest w wierszu. – Odburknęła Beata. – A właściwie dlaczego dałeś Thomasa, a nie wiersz Mariusza?
– Nie pamiętałem żadnego, – usprawiedliwiał się Siemecki – a nie wiedziałem, skąd je wziąć, ten znałem... No,
zdawało się mi… – dodał pod spojrzeniem Beaty. – Wydawał się wręcz napisany na... na tę okoliczność, a Mariusz
lubił go bardzo...
– Przecież Mariusz nie wydał swoich wierszy, a ostatnie, co pamiętam, publikował jeszcze w „Świadectwie” prawie dwadzieścia lat temu – Jaruga przyszedł z odsieczą Siemeckiemu.
– Nie, pisał także ostatnio, tylko... tylko nie znałam ich. Miał mi je pokazać, ale chyba zapomniał. – Beata zmieszała się.
– Publikował je gdzieś. Mówił mi o tym. – Włączył się Siemecki.
– Ale kto z nas dziś czyta periodyki z wierszami? Trzeba by je odszukać i wydać razem z tamtymi... Przecież były świetne.
– Tak myśleliśmy wtedy. – Mruknął Jaruga.
– To co, zepsuły się? – zaatakował Siemecki.
– Myśmy się zmienili, może dorośli i trudno na podstawie tamtych egzaltacji...
– Trudno wydawać sądy na podstawie opinii sprzed tylu lat. –Rozstrzygnął Czerski. – Trzeba by zebrać te wiersze... Ale gdzie są te, które pisał teraz?
– Nie miał u siebie żadnych rękopisów. – Oświadczył Siemecki. –Inna sprawa, że nie wiem, czy możemy w to wierzyć. Wierzyć policjantom. Przycisnąłem ich szefa, ale jeśli je wyrzucili, będą się kryć nawzajem. Dla nich to był menel. Sekcję zrobił pijany lekarz...
– Dobrze, że był Jacek Mikrut. – Dobrze, że ceremonię odprawił przyjaciel. – Beata powtarzała to jak mantrę, kiwając rytmicznie głową ukrytą w dłoniach.
– Jemu to już nic nie pomoże, nie zrobiłoby mu żadnej różnicy, nawet gdybym to ja odprawił mszę. – Jaruga ze skrzywieniem, które można było uznać za uśmiech, odstawił pusty kieliszek.
– A skąd ty to wiesz? – Beata oderwała dłonie od twarzy i wpatrywała się w Jarugę z niechęcią. – Może dobrze byłoby, gdybyś zaczął coś odprawiać, bo wstałby z grobu. Co ty w ogóle masz o tym do powiedzenia?! Zastanawiasz się kiedy nad takimi sprawami?
– Kiedyś wierzyłem, teraz myślę, że wierzyć można tylko w apokatastazę. Zbawienie wszystkich, niezależne od uczynków, powrót do stanu pierwotnego, który wieścił Orygenes.. Bo inaczej...
Co Bóg i to ludzkie robactwo...? Grzebiemy się w gównie. Nie możemy inaczej. Nie mamy skrzydeł.
– Wygodna wiara – Czerski skrzywił się pogardli wie. – Zresztą mówisz prawdę. Siedzisz w tym telewizyjnym gównie, to i poglądy masz odpowiednie.
– Kurwa, moralista się znalazł! A ty to niby gdzie jesteś? Partię zmieniłeś, bo w tamtej ci nie szło. Mógłbym o tobie książkę napisać! A ostatnio u Foremki to na jakie kompromisy chodziłeś, a i tak cię wypierdolił. I co? Uszy po sobie, żeby się nie narazić!
Czerski zerwał się, ale równocześnie poderwał się Siemecki: – Jak się nie zamkniesz, to ci przyłożę! Co ty sobie wyobrażasz?
– Ale Jaruga był jak w amoku: – Ooo! Jeszcze jeden sędzia moralny!
Tak się puszysz. Opowiadasz, jaka to korupcja dookoła i tylko ty nieskazitelny. A ja jestem dziennikarzem i znam kulisy przetargu na budowę szpitala Korczaka. Mam opowiedzieć? Jeśli chcesz wiedzieć, to udało się mi zablokować o tym materiał w telewizji...
– Jeśli wiesz wszystko, to wiesz, że każdy dawał łapówkę na wejściu, inaczej nie miałby szans, nie dopuściliby go, a robotę później...
– Siemecki wyglądał na zmieszanego – zrobiliśmy uczciwie, na pewno lepiej, niż zrobiliby ci inni...
– Każdy może tak powiedzieć – Jaruga machnął ręką.
– Panowie, uspokójcie się – Beata rzuciła się nieomal między nich. – Umarł wasz przyjaciel. Jak się zachowujecie?
Po chwili milczenia i zamówieniu następnej butelki Siemecki przypomniał sobie: – Mariusz mówił mi, że publikował inne rzeczy, sztukę w „Dialogu”, a tobie dał scenariusz. Co się z nim stało?
– Noo wiesz... – Jaruga turlał po mokrym stole kieliszek. – Dał mi, ale potem umówiliśmy się, że go przerobi. Nie miał kopii, więc zwróciłem mu swoją. Niestety, nie pojawił się już. To było bardzo ciekawe, co napisał, wymagało tylko drobnych poprawek i już gotowy scenariusz i to coś w rodzaju komedii. Trudno uwierzyć, jak się go znało...
– Dlaczego? – zapytała Beata.
– Bo nie był wesoły, a ostatnio był coraz smutniejszy. Można powiedzieć, że umarł źle. Nieszczęśliwie. Życie go oszukało albo oszukał się sam, albo... kurwa, sam nie wiem. Umarł jak pies! Samotny!
– Jaruga rąbnął pustym kieliszkiem o ziemię. Z cichym trzaskiem szkło ulotniło się. Faceci z kąta popatrzyli na nich z zainteresowaniem. Kelnerka nadbiegła ciężkim truchtem.
– W porządku, proszę doliczyć to do rachunku i podać następny kieliszek. – Zdecydowanym tonem zaordynował Siemecki, powstrzymując gestem potok artykulacji już, już wylewający się z rozwartych ust kelnerki, która odchodząc, zdążyła mruknąć tylko:
– Kultury trochę!
– Wojtek ma rację – Siemecki gapił się na mur za oknem. –
Wiecie, że on umarł z wycieńczenia? Z niedożywienia. Pozostawiliśmy go samego. Zapomnieliśmy o nim. Zapomnieliśmy, że istnieje.
A przecież odzywał się do nas. Wołał. Dobrze, abyśmy zdali sobie z tego sprawę.
– Tylko, że to on wybrał swoje życie! Czy mogliśmy wybierać za niego? – Czerski bawił się sztucznym kwiatem. – Nie chcę się usprawiedliwiać, ale tak naprawdę, co mogliśmy dla niego zrobić?
– Właśnie, nic nie mogliśmy. Nic nie możemy – Jaruga, który wzniósł kieliszek, zachęcając innych, wpatrywał się w pustą butelkę.
– Nie rozczulaj się – Siemecki skrzywił się pogardliwie. – Czy wszystko musi być okazją do rozczulania się nad sobą?
– A nad kim mamy się rozczulać? On już nie żyje. Nas jest mniej.
– Myślę, że nie rozumiemy tego do końca – Beata, która odsunęła od siebie kieliszek już jakiś czas temu, teraz popchnęła go dalej, na odległość ręki. – Może rzeczywiście wybrał? Może przeszedł coś, czego nie ro zumiemy? Może nie był taki nieszczęśliwy, umierając? Co nas nie usprawiedliwia ani nie tłumaczy.
– Tak, umierając, był pewnie szczęśliwy, jak będziemy my wszyscy.
– Mruknął Jaruga. Na policzki wypełzły mu czerwone plamy,
a końce uszu spąsowiały. – To jeszcze jedną butelkę?
– Daj spokój, przecież każdy ma jeszcze jakieś sprawy. – Powiedział Siemecki, przywołując kelnerkę i pokazując innym, że rachunek bierze na siebie. Za oknem szary mur zlewał się z otoczeniem.
Zaczynał się zmierzch.
Beata podziękowała za propozycje odwiezienia. Chciała się przejść.
– Pozostańmy w kontakcie – mówił bez przekonania Czerski, kiedy wychodzili odprowadzani ciężkimi spojrzeniami ledwie widocznych facetów w kącie i pomrukami wdzięczności kelnerki.
Wymieniali uściski dłoni. Po chwili wahania Siemecki pocałował Beatę w policzek, za nim pośpieszył Czerski, wylewność Jarugi uspokoić musiała gestem wyciągniętej ręki.
Niknęli w kadłubach wezwanych wcześniej taksówek. Jaruga odchodził pustą ulicą wzdłuż muru. Jego postać wydawała się drobniejsza, podobna prawie do Mariusza. Zataczał się nieco jak dziecko w podmuchach wiatru.