Joanna Miziołek: Wizerunek „swojego chłopa” wykorzystują niemal wszyscy politycy. Donald Tusk w momentach kryzysu pojawia się swojej powodziowe kurtce, a Grzegorz Napieralski nad ranem zbiera grzyby w lesie. Tak zwane „wychodzenie do ludu” opłaca się przed wyborami?
Leszek Miller: Dzisiaj polityka polega na uwodzeniu wyborców. Wygrywają ci, którzy potrafią przetłumaczyć najbardziej skomplikowany program wyborczy na język prostych komunikatów telewizyjnych. Wygrywają wdziękiem, uśmiechem, taką atmosferą, która ich otacza a to wymaga odpowiedniego wizerunku. Trzeba umieć chodzić dobrze zarówno w kurtce jak i w wytwornym garniturze. To wszystko zależy od okoliczności. Jeśli Napieralski idzie na grzyby to nie założy marynarki. Jeśli Tusk jedzie na wały to nie będzie chodził we fraku.
Miał pan jakiś specjalny strój, w którym wychodził pan do ludzi w nadzwyczajnych sytuacjach?
Na nieformalne spotkania najlepsza zawsze byłą jakaś kurtka, luźna koszula, sportowe obuwie, żeby stwarzać wrażenie człowieka na luzie, na którym z dużym powodzeniem leży wytworny garnitur jak i kurtka moro.
W latach 90. razem z Aleksandrem Kwaśniewskim objeżdżał pan małe miasteczka i wsie. Teraz w teren wybrał się wasz następca Grzegorz Napieralski. Przypominają się panu stare, dobre czasy?
My byliśmy częściej w terenie od Napieralskiego. Wtedy elektroniczne środki masowego przekazu jak na przykład telewizja nie miały takiej siły. Nie było Internetu. Więc bardzo ważny był bezpośredni kontakt . I ten kontakt nawiązywaliśmy w małych, prowincjonalnych miasteczkach i wsiach. To wymagało bardzo dużo czasu oczywiście, bo trzeba było przejechać tysiące kilometrów, ale wtedy to było bardzo skuteczne. Dzisiaj w dużej części tę potrzebę zastępuje właśnie Internet, w tym portale społecznościowe, facebook. I dzisiaj te bezpośrednie spotkania nie są już takie ważne. Wtedy rzeczywiście były.
Szef SLD poszedł z wyborcami na grzyby, pan za to woli ryby. Wybrał się pan kiedyś wędkować, tylko po to by się pokazać?
Wtedy nie było tabloidów. A te gazety, które były uważały się za poważne i nie zniżały się do takiego poziomu, technik publikacji jak dzisiaj. Natomiast ja miałem jedną żelazną zasadę, że jak gdzieś byłem na przykład na jakimś deptaku, czy ulicy gdzie było dużo sklepów, czy na ryneczku, gdzie tamtejsi coś sprzedawali to zawsze trzeba się było zatrzymać i coś kupić. Obojętnie czy było mi to potrzebne czy nie. I tak często kupowałem koszule, spodnie. Pamiętam, że kiedyś kupiliśmy od takich ulicznych sprzedawców grzyby i jakieś owoce. Jak się przejdzie obojętnie to zawsze robi złe wrażenie. Trzeba porozmawiać ze sprzedawcami, pożartować.
Rozmawiała: Joanna Miziołek
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/106120-nasz-wywiad-miller-tusk-uwodzi-kurtka-powodziowa-napieralski-grzybami
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.