Uzależnieni od ośmiu gwiazdUzależnieni od ośmiu gwiazd. Zaczyna się niewinnie, od jednego „kieliszka” – ach, obejrzę sobie „Fakty”

Okazja się może trafić już po południu, w trakcie party „ośmiu gwiazd” – tu i pokrzyczeć fajnie, i jest się na świeżym powietrzu. Jakby zimniej się zrobiło, to można np. parę kropel Lisa wysączyć sobie z Twittera.
Właściwie to działa jak swego rodzaju uzależnienie, jak narkotyk albo alkoholowy trunek o niewielkiej liczbie procentów, który tak łagodnie wlewa się w siebie, że w ogóle nic groźnego za tym kryć się nie może.
Kto raz skosztuje, ten chce więcej i więcej, a stare doznania nie wystarczają, więc trzeba szukać mocniejszych środków pobudzających mózg do euforycznych stanów. Zaczyna się niewinnie, od jednego „kieliszka” – ach, obejrzę sobie „Fakty”, przecież opanuję sprawę, mam „niezależny osąd rzeczywistości”. Ale, po tych „Faktach”, jak po małym piwku, czemu by nie sięgnąć po kolejne „małe”? Nie zaszkodzi – to bach, „Fakty po Faktach” i jeszcze na popitkę „Kropkę nad i”. Następnego dnia rano, lekki kac może i jest. Co robić? Można lecieć do kiosku po „Gazetę Wyborczą”. Zapach papieru, wstępniak od redaktora Jarosława, a potem jakiś artykulik od Czuchnowskiego i już ulga, głowa nawet nie boli.
