Od moich mentorów nauczyłem się spokoju i wysokiej kultury osobistej. Tam nigdy nie było nerwów, przekleństw, nie fruwały narzędzia, a to zdarzało się na innych oddziałach chirurgicznych.
Ze Stanisławem Karczewskim, politykiem PiS, wicemarszałkiem Senatu, chirurgiem, współautorem programu w telewizji wPolsce24 „Strefa zdrowia” rozmawia Dorota Łosiewicz
Kiedy zdecydował pan, że chce być lekarzem?
Stanisław Karczewski: Podjąłem decyzję w wakacje pomiędzy trzecią a czwartą klasą liceum. Chodziłem do LO im. Joachima Lelewela w Warszawie. Tak na marginesie powiem, że do tej szkoły uczęszczali też Lech i Jarosław Kaczyńscy. Co prawda oni byli w wyższej klasie, ale czasami wspominamy z prezesem Kaczyńskim prof. Annę Radziwiłł, która uczyła nas historii i była fenomenalnym pedagogiem. W tamtym czasie mój serdeczny przyjaciel trafił do szpitala, często go odwiedzałem. I bardzo spodobał nam się szpital, atmosfera, praca lekarzy. Obaj wybraliśmy medycynę. Przyjaźnimy się zresztą do dziś.
A dlaczego jako specjalizację wybrał pan chirurgię?
To akurat było dzieło przypadku. Marzyłem o położnictwie. Uwielbiałem odbierać porody, to fantastyczne przeżycie. Radość matki, rodziny, personelu z przyjścia człowieka na świat jest niebywała. Wtedy był też świetny podręcznik do położnictwa i ginekologii. Uczyłem się z niego z wielką przyjemnością. Gdy wybierałem miejsce pracy, zdecydowaliśmy się z żoną na szpital w Nowym Mieście nad Pilicą. Okazało się, że asystentów na oddziale położniczym pracowało tam tak wielu, że nie było dla mnie miejsca. Szef chirurgii zachęcał, żeby przyjść do niego, bo to bardzo ciekawa specjalizacja, a tam akurat brakowało rąk do pracy. Zdecydowałem się więc na chirurgię i nie żałuję, bo to piękny zawód. Dobrze trafiłem, miałem wspaniałych nauczycieli z wielkim doświadczeniem chirurgicznym, którzy perfekcyjnie operowali. Najwięcej nauczył mnie dr Kazimierz Sobkiewicz. On był artystą. Pewnie gdyby pracował w dużym ośrodku, byłby profesorem. Od moich mentorów nauczyłem się spokoju i wysokiej kultury osobistej. Tam nigdy nie było nerwów, przekleństw, nie fruwały narzędzia, a to się zdarzało w innych oddziałach chirurgicznych.
Co jest najtrudniejsze w pracy chirurga? Presja czasu, odpowiedzialność, zmęczenie?
Powikłania. Nieprzewidziane sytuacje. Ale odpowiem cytatem z jednego z programów telewizyjnych. Prowadząca zapytała trzech profesorów, przez kogo chcieliby być operowani, gdyby zaszła taka konieczność. Jeden odpowiedział, że chciałby być operowany przez swojego ucznia, bo wie, jak operuje. Drugi powiedział, że najlepsi lekarze to tacy, którzy pracują w szpitalach prowincjonalnych, bo muszą robić wszystko. I tak faktycznie jest. Trzeci powiedział, że przez wyspanego lekarza. I wszyscy mieli rację.
Czy jacyś pacjenci szczególnie zapadli panu w pamięć?
Tak. To był jedyny zgon na stole operacyjnym, jaki przeżyłem. Kobieta po wypadku. Miała olbrzymią liczbę urazów w jamie brzusznej. Nie mogliśmy zatrzymać krwotoku. Jej śmierć była wstrząsem także ze względu na okoliczności. W tym wypadku zginęło dwoje jej dzieci. Potem poszedłem zbadać jej męża, też miał wskazania do pilnej operacji – miał uszkodzoną przeponę, zapadnięte płuco. Wiedząc, że przed chwilą zmarła jego żona, musieliśmy zachować spokój i zimną krew. Ten mężczyzna przeżył. Przeżyło jeszcze ich jedno dziecko. Pamiętam też szczególnie jeszcze jednego pacjenta, nawet z imienia i nazwiska. Robiliśmy embolektomię tętnicy udowej. Gdy się przygotowywaliśmy, przyszła salowa i powiedziała, że zmarł Jan Paweł II. Dokładnie pamiętam ten moment zadumy i refleksji. Na szczęście zabieg się powiódł.
Jak radzić sobie z emocjami w sytuacjach, gdy pacjent umiera?
To bardzo trudne. Pomaga spokój, którego się nauczyłem. Ważna jest też pokora, nie można być pewniakiem, który zjadł wszystkie rozumy, bo zawsze coś może zaskoczyć. Trzeba umieć poprosić o pomoc. A jak zupełnie nic nie idzie, to trzeba się modlić. Bo odwołanie się do wiary i Boga daje duże wsparcie.
Zdarzały się sytuacje, że pacjentowi trzeba było przekazać trudną prawdę?
Na co dzień. Taka jest ta rzeczywistość. Pacjenci często zgłaszają się do szpitala już w zaawansowanym stanie choroby. Często operowaliśmy chorych z bardzo zaawansowanymi zmianami, np. nowotworowymi. I trzeba było powiedzieć o tym pacjentom i rodzinie. Tu też potrzebne są spokój, kultura, nie można tego robić w biegu, na korytarzu. Widziałem w innych szpitalach sytuacje, że pacjenci i rodziny bardzo długo czekali na spotkanie z lekarzem. Tu trzeba być do pełnej dyspozycji. Mówić rzeczowo i otwarcie. Trzeba mówić prawdę, a także pozostawić nadzieję. Łatwiej rozmawiać z rodzinami, trudniej z samym pacjentem. W tym podejściu wiele się zmieniło. Na początku mojej pracy często nie mówiło się pacjentom prawdy, nierzadko umierali w nieświadomości. Od wielu lat mamy zwyczaj, że mówimy i piszemy prostym językiem i zawsze prawdę.
Co znaczy powołanie w zawodzie lekarza?
To miłość do zawodu i bezwzględne oddanie pacjentowi. Na początku jest impuls, który popycha do decyzji, potem – służba ludziom. Cały czas trzeba się też kształcić, zdobywać wiedzę, doskonalić umiejętności, by być jak najbardziej sprawczym. Powołanie w medycynie jest też tym, co dojrzałem w książce – wspomnieniach z II wojny światowej – mojego wujka. Przeżył gehennę kilku obozów koncentracyjnych, śmierć wielu przyjaciół. Po wojnie komendant obozu został skazany na śmierć i powieszony w obecności więźniów. A jeszcze kilka dni wcześniej jeździł konno i strzelał do ludzi. Uniewinniony został tylko jeden esesman – lekarz, który w obozie udzielał pomocy wszystkim, każdemu więźniowi. Zachował się jak człowiek, nawet w tak ekstremalnych warunkach. W mojej ocenie to był lekarz z powołania.
Odczuwał pan stres przed operacją?
Nie. Raczej skupienie, zaangażowanie, pewne emocje. A te są zawsze, kiedy walczy się o zdrowie i życie ludzkie.
Czy ten zawód bardzo utrudnia życie rodzinne?
Bardzo! Często mówiłem, że szpital to mój drugi dom, ale zdarzały się okresy, kiedy był pierwszym. Więcej czasu spędzałem w szpitalu niż w domu. Gdy byłem młodym, niedoświadczonym lekarzem, wołano mnie o każdej porze dnia i nocy, bym trzymał haki, asystował. Gdy już nabyłem umiejętności, wzywano mnie na konsultację i do operacji. Zawsze byłem do dyspozycji. Nigdy nie wyłączam telefonu. Gdy nie było komórek, przed położeniem się sprawdzałem, czy telefon stacjonarny jest sprawny, czy słuchawka jest dobrze odłożona. Znamy się z żoną 50 lat, za nami 47 lat małżeństwa. Pierwszy okres małżeństwa był trudny, bo cały czas bardzo dużo pracowałem. Żona wzięła na siebie ciężar wychowania dwóch córek, potem pomagała im w wychowywaniu wnuków. Rzadko wyjeżdżaliśmy na długie wakacje, to były raczej krótkie wypady.
Jest pan lekarzem, a także politykiem. Co pana ciągnęło do polityki i czym te światy się różnią, a co je łączy?
Oba są ciekawe, oba wciągają. W latach 80. XX w. w szpitalu działałem w Solidarności. Zaskoczeniem i powodem do dumy było dla mnie to, że w wyborach na przewodniczącego zagłosowali na mnie wszyscy pracownicy. To był impuls, że trzeba działać społecznie, nie tylko pracować przy stole operacyjnym, a także szerzej spojrzeć na świat i rzeczywistość, na problemy nie tylko pacjentów, lecz także pracowników. I z taką troską o personel zostałem przewodniczącym Solidarności. Tak się zaczęło. Później przyszła propozycja startu do Rady Powiatu Grójeckiego. Nie wahałem się, miałem bardzo dobry wynik. Potem koledzy politycy zaprosili mnie do startu do Sejmiku Województwa Mazowieckiego. Z szóstego miejsca osiągnąłem najlepszy wynik, a to znaczyło, że miałem niezłą opinię wśród mieszkańców. Pewnie wybrali mnie moi pacjenci i ich rodziny. W medycynie i chirurgii trzeba podejmować szybkie i nieodwołalne decyzje. W polityce decyzje zapadają dłużej, czasem późno. Nieraz przydałoby się większe tempo. Wtedy bylibyśmy bardziej sprawczy, moglibyśmy zrobić więcej. Czasem jednak decyzje odsuwane w czasie okazują się najlepsze z najlepszych. Lekarze, a szczególnie chirurdzy, cały czas muszą podejmować decyzje i dokonywać wyborów. Może dlatego w polityce lekarzom jest łatwiej, bo są bardziej stanowczy.
W telewizji wPolsce24 współprowadzi pan program „Strefa zdrowia”. Nie boi się pan, że pojawią się pytania, na które nie będzie pan znał odpowiedzi?
Na pewno takie będą, bo medycyna jest zbyt obszerna, żebym mógł znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Jeśli nie będę znał odpowiedzi, to się przyznam i postaram się ją poznać. Z redaktor Martą Kielczyk będziemy zapewne zapraszać ekspertów w danych dziedzinach. Nasz program będą kształtować widzowie wPolsce24. Na pewno nie możemy stawiać diagnoz. Od tego jest gabinet lekarski. Ale będziemy dużo mówić o profilaktyce i aktywności fizycznej, zdrowym odżywianiu, unikaniu nałogów, bo to są te elementy dobrostanu, na które mamy wpływ. Wielu chorób można uniknąć mądrym działaniem. Naszym celem jest zwiększenie świadomości społecznej tego, jak ważna jest profilaktyka, a w razie choroby, jak uzyskać prawidłową diagnozę i postępować w procesie leczenia.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/media/755014-wywiad-stanislaw-karczewski-w-polityce-lekarzom-jest-latwiej
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.