Wczoraj (07.05.16) na TVP Info wyemitowany został program Macieja Pawlickiego i Katarzyny Matuszewskiej zatytułowany „Studio Polska”. Gdy dostrzegłem jego formułę, a więc kwadraturę koła z częściowo pokrywającym się obszarem, zamarłem. Było to wbicie słupa granicznego na samym środku oceanu. Oj, to przecież tak polskie - pomyślałem! I natychmiast włączyły mi się receptory. Oglądałem z napięciem i dopiero pod koniec programu zauważyłem, że przez cały czas jego trwania miałem łokcie oparte na kolanach i złożone ręce. Ostatnio, coś podobnego zdarzyło mi kilka lat temu się podczas koncertu na 100 lir w Brazylii.

Na początek może kilka formalnych słów krytycznych. Współprowadząca, choć miała pełnić rolę opozycyjną, nie bardzo pasowała do przyjętej formuły – była zbyt powierzchowna. Natomiast Maciejowi Pawlickiemu można zarzucić tendencje do upolityczniania, która ograniczała skuteczność i sam horyzont programu. Autorzy, choć podjęli się rzeczy wielkiej, to chyba do końca nie zdawali sobie sprawy na jak głęboką wodę się rzucili. Dowodem jest zaproszenie prof. Bogusława Wolniewicza. Wyszedł, ale mogło się to skończyć o wiele gorzej. I to niestety trzeba zinterpretować, jako brak wyczucia.

Najważniejszym jednak osiągnięciem „Studio Polska” (choć nie mam pewności czy nazwa nie jest przesadzona) było obnażenie intelektualnej kondycji polskiego społeczeństwa. Zebrani w studio zaprezentowali taki stan umysłu, który można zdefiniować jako wstępną fazę organizującego się państwa. Była prawica i lewica, było lewactwo, byli katolicy, prawdopodobnie jacyś czujni agenci i ogólnie – ludzie kompletnie zdezorientowani politycznie i historycznie. Ludzie syci, ale nie potrafiący tej sytości obronić. Słowem niemal cały przekrój społeczny, który swoim wieloświatopoglądowym bogactwem przekraczał możliwości adaptacyjne i twórcze każdego państwa. Ta formacja swoim przekonaniem o słuszności i nieomylności jest w stanie obalić wszystko, a na końcu samą siebie. W Polsce zrobiło się więc nie tragicznie, lecz – tragiczno!

I teraz co z tej debaty wynika? Wiele rzeczy, ujmijmy je więc w punktach:

— demokracja, to nie kwestia wolności słowa i gadania dla gadania, lecz poczucie odpowiedzialności za słowo i dobre humanistyczne wykształcenie, które wszystko porządkuje w głowach i sercach,

— kompletna klęska polskiej edukacji (tej w szerokim znaczeniu, włączającym też media), która okazała się niespójna i kształcąca bardziej niewolnika, niż niezależnego inteligenta,

— uderzający brak inteligencji (autorytetów), a więc grupy przewodniej w społeczeństwie; demokracja bez inteligencji (przewodników) przekształca się w anarchię; ten stan umysłu powoduje, że każda bzdura urasta do rangi problemu, który pociąga za sobą zacietrzewienie i gotowość do walki o chochoły,

— konieczność powołania do życia narodowej gazety państwowej, która wyznaczy standardy, ściągnie na siebie ciężar dyskusji i swoją postawą skanalizuje scenę polityczną; oglądactwo skłania do pieniactwa, czytelnictwo do myślenia,

— brak wyczucia proporcji rzeczy, hierarchii wartości i wzajemnego szacunku, obnażenie kompletnej słabości państwa – jego najważniejsza funkcja społeczna została unieruchomiona,

— anarchistyczna demokracja ulokowana pomiędzy dwoma bizantynizmami, to wystawianie się na pokarm dla nich,

— jak dużo pozostało jeszcze do zrobienia.

Twórcom tego programu należy się duży szacunek, ale wymaga on pewnych przesunięć koncepcyjnych. Zachowując demokratyczny dobór może warto pomyśleć o kilku autorytetach (inteligentach), którzy zweryfikują rozstrzelenie pojęć i nieograniczoną fantazję przybyłych do studia. Wówczas program mógłby wyjść z formuły politycznej, która go ogranicza i wejść na poziom formacyjny i edukacyjny, który jest niezbędny. Utrzymanie dotychczasowej formuły jest bowiem zabójcze dla samych Prowadzących – po prostu nie wytrzymają napięcia.


Polecamy!

Bronisław Wildstein - „Demokracja limitowana, czyli dlaczego nie lubię III RP”. Książka do kupienia „wSklepiku.pl.”