Odgłosy dochodzące z okolic ul. Czerskiej już dawno sugerowały, iż ten moment właśnie się zbliża. Jedni wciąż uważali je za kolejną plotkę, z premedytacją rozsiewaną przez osoby uwikłane w paskudnych życiorysach i jeszcze paskudniejszych planach.

Inni podejrzewali wrogą robotę agentów Kremla, choć miały się te podejrzenia nijak do wcześniejszych, oczywiście w pełni demokratycznych kontaktów Nadredaktora z rosyjskimi przedstawicielami high society, które tak bardzo się sprawdziły. Choćby podczas kwietniowych dni smutku w 2010 roku. Te, pełne podzięki i uznania słowa, płynące z serca i rozumu, skierowane do Rosjan. Jakże inaczej wyglądałby świat widziany z takiej perspektywy…

Gdyby tylko jeszcze dorosły do niej osoby, które do końca nie potrafią zrozumieć, że mogło być zupełnie inaczej. Po co ta kłótnia przed samym wylotem, po co ten alkohol na pokładzie, po co naciski na niedoświadczonych i nieznających języka pilotów, po co wreszcie skandaliczne pretensje do ekip troskliwie zajmujących się zarówno szczątkami ofiar, jak i samolotu? Czy takim ludziom, choćby byli najbliższymi poległych, należy się równie serdeczne traktowanie?

Choć wiadomość ta nie może się przecisnąć przez wymagającą rozsądku świadomość, trzeba zgodzić się z faktami – Nadredaktor odchodzi. W poczuciu zwycięskiego niezrozumienia. Zostawił właśnie list na biurku, skropiony łzami.

Nie wiadomo na razie, czy osobiście szlochał podczas pisania go, czy też popłakali się jego najbliżsi współpracownicy czytając pożegnalna epistołę. Tak, czy owak dokument został już osuszony gorącą atmosferą, związaną z poszukiwaniem personalnego wyjścia z tej matni, w jakiej znaleźli się nie tylko redaktorzy Czerscy, ale i przeważająca część postępowego dziennikarstwa, przeciwstawiającego się dzisiejszemu naporowi wstecznictwa, czy też – uwzględniając najświatlejsze definicje Nadredaktora – ciemnogrodu.

Nie znamy pełnej wersji smutnej karty rozstania, ale z dość dużą porcją pewności można przypuszczać, że jest tam znane nam zatroskanie Nadredaktora o dalsze losy bliskich mu obywateli i ich spraw. Jeśli dobrze zasłyszałem główną przyczynę tej, cofającej o kilkadziesiąt lat polską publicystykę, decyzji, to idzie o coś naprawdę niesłychanego – rządząca dziś partia doprowadziła do takiego sponiewierania państwa, że nikt już Nadredaktora nie słucha. Ani w sprawach wewnętrznych, ani zagranicznych, ani ekonomicznych, ani moralnych. Ba, nawet w spółkach Skarbu Państwa nikt już pozytywnie nie reaguje na zwyczajową wymianę korespondencji, wieńczoną od lat wielocyfrowymi kwotami. Cóż to więc za państwo? Czy warto je nadal akredytować? Nadredaktor udzielił właśnie odpowiedzi na te pytania. Jemu wciąż nie jest wszystko jedno, nigdy nie było i nie będzie. I jak tu żyć? Nie rozumieją, nie słuchają, nie nadążają, a na dodatek nie płacą. Jak żyć?