Artykuł ukazał się w serwisie SDP.PL.

Kluczowe zapisy nowej ustawy medialnej są już znane. Wiadomo, że większość parlamentarna (w odróżnieniu od poprzedniej) jest zdeterminowana by uporządkować finansowanie TVPPR. Rozstrzygnięcia proponowane przez PiS głęboko zmieniają system mediów publicznych. W detalach jest różnie, ale generalnie sprawy idą w kierunku postulowanym od lat przez wiele środowisk twórczych. Są oczywiście propozycje dyskusyjne, o które warto się pospierać. Ale chętnych do toczenia dyskusji nie widać. Zgodnie z doktryną opozycji totalnej zachowują się nie tylko politycy, także publicyści opisujący dzisiejszą Polskę jako kraj rządzony przez dyktaturę.

Polityków PO można zrozumieć (w kategoriach politycznych rzecz jasna). Temat mediów publicznych zaczął się dla nich od pojawienia się na Woronicza Jacka Kurskiego. Wcześniej nie istniał. I jedyne, co obecną opozycję interesuje, to powrót do stanu kadrowego TVPPR sprzed „małej nowelizacji”. Kwestie ustroju mediów, abonamentu, narzędzi niezbędnych by realizować w nich misję zamiast komercji - są niewygodne, bo zmuszają do refleksji nad skalą zaniechań i patologii (Leasing Team) jakie miały miejsce w ostatnich latach.

Trudniej pojąć zachowanie w tej sprawie dziennikarzy i publicystów, zwłaszcza tych, regularnie przemawiających na manifestacjach w obronie demokracji i wolności debaty. Logicznie rzecz biorąc, powinni oni brać przykład od bankowców czy sklepikarzy, którzy od kilku miesięcy starają się mieć realny wpływ na kształt przygotowywanych przez parlament ustaw ich dotyczących. I wpływ ten ewidentnie mają, choć (ponoć) rządzi nami kaczystowski reżim, nie liczący się z nikim i z niczym. Podatek od hipermarketów wciąż jest korygowany pod dyktando bezpośrednio zainteresowanych, ustawa frankowa także. Merytoryczne debaty z aktywnym udziałem nauczycieli toczą się także nad przyszłym kształtem systemu szkolnego. A co mają do powiedzenia na temat reformy mediów publicznych dziennikarze, aktorzy, pisarze, filmowcy, którzy żywotnie powinni być nią zainteresowani?

Środowisko zwane (wciąż jeszcze, choć mocno na wyrost) mainstreamem wypracowało już w tej kwestii dość spójny przekaz: „z PiS-em się nie dyskutuje, PiS się zwalcza”. Skrzydlate słowa rzucone kiedyś przez Waldemara Kuczyńskiego oznaczają w praktyce wezwanie do bojkotu mediów publicznych – jako tematu - na wszystkich poziomach i we wszystkich dostępnych formach. Nie oglądamy, nie słuchamy, nie występujemy, nie udzielamy wypowiedzi. A jak parlament wprowadzi opłatę audiowizualną - nie płacimy i wzywamy rodaków do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Wróć! Wzywamy awansem już dziś, choć ustawy jeszcze nie ma. Niech TVPiS się sama wyżywi!

Takie wezwania pod imieniem i nazwiskiem formułują m.in. Agnieszka Kublik i Tomasz Lis. Jak łatwo się domyślić, idea trafia na podatny grunt, za chwilę ruszą więc prace koncepcyjne nad ich praktyczną realizacją, co łatwe nie będzie (gdy opłata pojawi się „w prądzie”). Ale coś się wymyśli. Ruszyły już wiosenne burze mózgów na spotkaniach Klubów Obywatelskich (sic!), gdzie padają np. pomysły nie płacenia w ogóle podatków na „państwo PiS”.

Na myśl ciśnie się mało wyszukana metafora. Media publiczne są jak owocowy sad, zaś dla sporej części elit zmiany, jakie tam od stycznia następują, są jak zaraza. I jeśli trzeba wyciąć cały sad, by tej zarazy się pozbyć, to cena nie wydaje się zbyt wygórowana.

Jest to „jakaś” koncepcja. Słabo jednak pasuje do takich pojęć jak: demokracja, kultura, dobro publiczne, dialog.