Dziennikarze, trzymajcie się!

Fot. wPolityce.pl/Gił
Fot. wPolityce.pl/Gił

Wolność słowa i jawność życia publicznego to fundament demokracji. W szczególności dotyczy to prawa do krytyki i kontroli życia polityków. Jak podkreślił trybunał strasburski w sprawie Lingens p. Austrii (1982), „swoboda dyskusji politycznej jest istotą koncepcji społeczeństwa demokratycznego”. Konsekwencją tego jest postawienie granic dopuszczalnej wiedzy nt. polityków, czy ich krytyki, daleko dalej niż osób prywatnych. Z kolei w sprawie Bodrožić przeciwko Serbii (2009) Strasburg podkreślił, że wolność słowa obejmuje również możliwość zastosowania przez dziennikarzy przesady, a nawet prowokacji.

Już praktycznie bezgranicznej swobodzie wypowiedzi podlega kampania wyborcza. Wybory są przecież obok wolności słowa, drugim filarem demokratycznego społeczeństwa (Kwiecień p. Polsce, 2009). Wolno więc sięgać w niej i ujawniać każdą informację. Ze sprawy Schwabe p. Austrii (1988) dowiadujemy się, że możliwe jest nawet ujawnienie danych o skazaniu w przeszłości polityka, które uległo już zatarciu, bo w demokratycznym społeczeństwie ważna jest każda informacja pozwalająca ocenić, czy dana osoba nadaje się do pełnienia funkcji publicznych. Z kolei w sprawie Roemen und Schmitt p. Luksemburgowi (2003) trybunał strasburski stwierdził, że przeszukanie mieszkania dziennikarza jest oceniane jako sprzeczne z Konwencją o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. I uznał to za jaskrawą ingerencję w ochronę źródeł dziennikarskich. W sprawie Goodwin p. England (1996), kiedy dziennikarz został ukarany grzywną, ponieważ nie ujawnił swego źródła informacji, trybunał potwierdził, że interes państwa odnośnie informacji nt. źródła był legitymowany, nie wystarczał jednak, aby przewyższyć publiczny interes w ochronie źródeł. I też uznał ukaranie dziennikarza za naruszenie Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Wreszcie w sprawie „Lanbardo p. Malcie (2007) trybunał stwierdził, że odpowiedzialność karna dziennikarzy stanowi szkodę społeczną, bo dostarczają oni informacji o istotnych sprawach publicznych.

Oczywiście cały ten wywód nie przeczy temu, że polityk też człowiek i ma prawo do prywatności. Dlatego nie jest do końca możliwa totalna inwigilacja. W tym miejscu mam jednak dość nieprzyjemna wiadomość dla bohaterów „akt Stonogi”. Granice takiej prywatności określają swym zachowaniem sami zainteresowani politycy. Aby wyjaśnić tę formułę, posłużmy się przykładem. Kiedy Jacek Rostowski i Radosław Sikorski dyskutowali w restauracji „Sowa i przyjaciele” o seksie (i to dość niestandardowym), a przekaz ten dotarł do opinii publicznej, to w świetle orzecznictwa strasburskiego otworzyli tym samym dziennikarzom możliwość pogłębionego sprawdzania ich seksualnych upodobań. I to przy użyciu całego dopuszczalnego instrumentarium dziennikarskiego, z prowokacją włącznie.

Tego rodzaju postawa jest skutkiem generalnego stanowiska. Trybunał uznaje, że mediom przypisana jest rola „stróża publicznego”, który informuje, napędza społeczną debatę, a w efekcie kontroluje władzę. Z kolei władza nie może ingerować, bo najważniejsze jest zagwarantowanie istnienia debaty publicznej. Stąd egzekwowanie przez państwo odpowiedzialności za działalność dziennikarską, nawet jeśli dochodzi w niej do zniewagi, zniesławienia, ujawniania dokumentów, powinna być wstrzemięźliwa. Inaczej spowoduje tzw. mrożący skutek (chilling effect). Środowisko dziennikarskie zacznie się obawiać i stosować autocenzurę. Media przestaną więc spełniać swą społeczną role. I w tym leży interes publiczny. Dlatego słuchając dziś idiotycznych tłumaczeń polityków PO, można się zastanawiać, co jest ich źródłem. To nie zwykły cynizm czy głupota. To chęć kneblowania ust mediom. Dziennikarze trzymajcie się.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych