Ciemna strona Kamila Durczoka

pod takim hasłem pismo „Wprost” reklamuje swój najnowszy numer, w którym opisuje dziwną historię z udziałem szefa „Faktów TVN”.

Jak czytamy, chodzi o zagadkowe powiązania Durczoka w jednym z mieszkań na strzeżonym osiedlu na warszawskim Mokotowie. Historia opisana przez pismo dotyczy właściciela apartamentu, który próbując ściągnąć od jednej z pracownic branży PR niezrealizowane opłaty za wynajem, znalazł w swoim mieszkaniu… Kamila Durczoka, który zabarykadował się w nim i nie chciał wpuścić właściciela.

Szefa „Faktów” - w podwójnym kapturze - spisał na miejscu patrol policji, co potwierdził rzecznik Komendy Głównej Policji. W apartamentowcu znaleziono z kolei mnóstwo prywatnych rzeczy Durczoka, między innymi list z Urzędu Skarbowego, odręczne notatki ws. swojego programu, a także dokumenty. Rzeczy Durczoka były wymieszane z białym proszkiem (nie stwierdzono, czy to narkotyki), erotycznymi gadżetami, a nawet zoofilskim filmem wideo.

Wezwana przez właściciela policja nie chciała zająć się sprawą - tak przynajmniej sugeruje „Wprost”. Sprawa jest jednak o tyle dziwna, że właściciel pokazał swoje mieszkanie dziennikarzom pisma po… dwóch tygodniach.

Durczok w rozmowie z „Wprost” najpierw wszystkiemu zaprzeczył, a dociskany stwierdził, że rzeczy mogły zostać mu ukradzione - i stąd ich obecność na miejscu. Dlaczego więc przebywał w mieszkaniu? Tego nie wyjaśnił - zrobi to zapewne podczas rozmowy w jednej ze stacji radiowych, gdzie ma wystąpić jeszcze w poniedziałek.

Wcześniej dziennikarze pisma opisali - anonimowo - sprawę molestowania w jednej ze stacji telewizyjnych. Nie wiadomo jednak, czy sprawa związana z Durczokiem ma jakikolwiek związek z tą kwestią.

wwr, „Wprost”