Światowy Dzień Wolności Mediów. Zaraz, zaraz, jak to z wolnością mediów w Polsce w ostatnich latach było?

rys. Andrzej Krauze
rys. Andrzej Krauze

Dobrze brzmi, choć w Polsce termin 3 maja nie jest na jakiekolwiek święto poza tradycyjnymi najlepszy. Kto jednak, jak nie polscy dziennikarze powinien być za wolnością mediów. No, powiedzmy, wielu jest za „wolnością mediów”. Żeby nie powiedzieć, że ci maistreamowi są raczej za „wolnością” mediów. Tak, tak, ci, co pracują w „mediach”, lub, jak piszą blogerzy: mendiach albo merdiach, opowiadają się najwyraźniej za ich „wolnością”.

Wolność słowa? Wolne żarty. Niby jest. Media mniej czy bardziej „niepokorne” istnieją. Cenzury nominalnie nie ma od 24 lat (zniesiona w kwietniu 1990, tak jest, jeszcze „Wyborczą” przez rok woziło się do cenzury na Mysią). Niestety, władze nie wahają się wpływać na jej ograniczenie. Niestety, działają nadal bez przeszkód mendia i merdia, które pracowicie rozprowadzają swoją truciznę umysłową i mentalną. Ciągle zdarzają się naciski ze strony władz, oficjalne i nieoficjalne, ciągle są procesy, próby zniszczenia finansowego, wytykanie i rozdmuchiwanie błędów, obrzucanie pomówieniami, ostracyzm. Kłopoty z kolportażem, płaceniem w terminie należności; naprawdę, sposobów podstawiania nogi jest wiele.

Zaraz, zaraz, jak to z wolnością mediów w Polsce w ostatnich latach było?

Czy już wyleciało nam z głowy, jak w 2009 roku rząd zwolnił szefa zarządu PAP, dziennikarza „prawicowego”, czyli Piotra Skwiecińskiego, przy wtórze zachwytów mainstreamu? Tak, tak, ale to się zaczęło już wcześniej. Jeszcze wcześniej, w 2006 roku, był tzw. Raport o mediach, przygotowany przez opozycyjną wtedy PO. Przestrzegał przed dopuszczeniem do głosu znacznej części opinii publicznej, wskazywał konkretne nazwiska. I kiedy opozycja ta doszła do władzy, natychmiast podjęła konkretne działania. Na przełomie 2008/2009 prezesa Polskiego Radia Krzysztofa Czabańskiego posunięto wraz z wiceprezesem Jerzym Targalskim, z Krzysztofem Skowrońskim z Trójki, no i z kolejną grupą osób absolutnie nie do przyjęcia dla mainstreamu z powodu poglądów. Wyrzucono z pracy ludzi, próbujących poszerzyć spektrum poglądów i opinii wyrażanych w debacie publicznej, co było dla kręgów rządzących i mendialnych nie do zniesienia. Prezesa Andrzeja Urbańskiego z TVP posunięto w chwili, gdy właśnie podpisywał umowy na serial dokumentalny o „Solidarności”, z którego potem udało się na antenę przepchać jakiś szczątkowy film. I doprawdy trudno byłoby tymi decyzjami obarczać wyłącznie rady nadzorcze itp. Nacisk szedł z góry, od władz. Nie pamiętacie? Latem 2010 wyfrunięto Tomasza Sakiewicza z Polskiego Radia i Jacka Karnowskiego z „Wiadomości w TVP1, nie pamiętacie? Ale chyba nie wyleciała wam z głowy styczniowa czystka w 2011, kiedy to pod ewidentnymi naciskami władzy pracę w rozmaitych mediach straciło 8 czy 9 sławnych dziennikarzy nieprawomyślnych, niestety, a z nimi dziesiątki ich współpracowników i pomocników? Wtedy nie mówiono już nawet o jakimkolwiek nieprofesjonalizmie. Jako ogromny, mający za wszystko starczyć listek figowy, z jedynym programem dopuszczającym tzw. opozycyjny punkt widzenia, chrześcijańską i niepodległościową wrażliwość, pozostał w telewizji Jan Pospieszalski. ten jedyny, ostatni Mohikanin, wyrzucany był cyklicznie i przyjmowany z powrotem do telewizji, a jego program był coraz krótszy i wymuszano na nim coraz więcej warunków; przeniesienie z TVP2 do TVP Info zagwarantowało mu pokaźny spadek oglądalności.

Potem latem 2012 sławne wrogie przejęcie spółki wydającej „Rzeczpospolitą”, długie ręce rządu sięgnęły aż do Wielkiej Brytanii i angielskiej spółki Mecom. Po roku przez te same kręgi uwalenie najpopularniejszego w ciągu paru miesięcy tygodnika „Uważam Rze” Jacka i Michała Karnowskich, dziś już praktycznie zapomnianego. Potem niewygodny temat trotyl, wymianka w szefostwie „Rzeczpospolitej” i zmagania Bogusława Chraboty z przysłowiami o siedzeniu okrakiem na barykadzie, o Panu Bogu i diable, świeczce i ogarku.

Naciski rządowe, ale i pozarządowe, dziennikarskie, mainstreamowe. Było tego naprawdę dużo. I to nie tylko zła atmosfera, ale konkretne działania finansowe, prześladowania, wyrzucanie z pracy. I takie drobne, zapominane szybko fakciki, jak choćby odmowa dotacji ministerstwa kultury dla krakowskich „Arkanów”, zasłużonego pisma inteligencji polskiej. Wolność słowa, nawiasem mówiąc, to zresztą nie tylko media. Gdzie jest siedziba Muzeum Historii Polski, od wielu lat działającego wyłącznie w rzeczywistości że tak powiem, napowietrznej? To przedsięwzięcie państwowe, również priorytet rządu Tuska, tam Polacy mogliby na podstawach naukowych snuć własną narrację, by użyć modnego określenia. Ale nie ma lokalu. I tak już od ośmiu lat.

Pozostańmy przy wolnych mediach. Mimo tego naciskania i wyrzucania, nigdy nie bronieni przez - wydawałoby się wtedy – kolegów, ludzi z prasy zaakceptowanej, powiedzmy najłagodniej, przez rządzących, nie poddali się. W konstytucji jest wolność słowa, na razie jeszcze za tworzenie pism i innych mediów nie wsadzają, choć czuje się baczny wzrok władzy… Dziś więc ironicznie przez asystentów posłów partii rządzącej określani jako „niepokorni”, dziennikarze ci, przekonani o roli wolności słowa, pracują już na własnych śmieciach. Znaleźli siły, środki i pieniądze. Pomogła solidarność osób przekonanych, że opinii publicznej nie wolno pozbawić prawdy, informacji, komentarza uwzględniającego wrażliwość jej znacznej części.

Znajdowali schronienie w sztandarowej, istniejącej od 1993 roku „Gazecie Polskiej”, powołanej przez niezmordowanego Piotra Wierzbickiego, która po wielu burzach i zmianach dotrwała dzielnie do dziś, z tygodnikiem i dziennikiem, o miesięczniku nie mówiąc, z portalem o olbrzymiej liczbie wejść i własną telewizją internetową. Mimo nieustannych usiłowań, by ją zniszczyć, zneutralizować, schować pod sukno, nie kolportować i zarzucić procesami. Stała się matecznikiem i kuźnią kadr dla mediów niezależnych. Oparciem było Polskie Radio „Jutrzenka” Andrzeja Cieleckiego, od przedwojnia walczącego z komuną a potem postkomuną, wspieranego przez niespożytego Witolda Kalinowskiego. Spółdzielcze. Profesjonalnym wsparciem stało się początkowo niemalże domowej roboty Radio „Wnet” Skowrońskiego. Zastąpiło spragnionym słowa aktualne poranki w innych gadaczach, z wybitnymi korespondentami zagranicznymi, nadaje audycje na żywo nawet z Majdanu pod ostrzałem, zewsząd, gdzie dzieje się coś ciekawego. Tymczasem doszły też popularne blogi, blogerzy, blogujący, internet, gdzie NiepoprawneRadio.pl (naczelny MarkD) oraz telewizja Bernarda z blogpressu.pl, który razem z Margot dokumentuje wszystkie ciekawsze imprezy niepodległościowe, prawicowe, za mało prawicowe, zbyt prawicowe, niezależne i jak jeszcze je nazwać. W każdym razie te, które nie znajdują najmniejszego echa w oficjalnych mediach.

W międzyczasie powstał Kongres Mediów Niezależnych animowany przez Czabańskiego, odbyły się dwa Festiwale Filmów Niezależnych. Powstała przy Kongresie skromna, ale żądlasta Obywatelska Komisja Etyki Mediów. Powstał tygodnik „Uważam Rze” a po przejęciu go przez kręgi wspierane przez władze, jego dwie mutacje, czyli „Do Rzeczy” i „WSieci oraz potężniejący portal wPolityce.pl”. Powstały dodatki historyczne tygodników, niezwykle popularne, mimo że piąte i szóste na nasyconym wydawałoby się rynku.

No i ostatnie, ale chyba najważniejsze osiągnięcie, obchodzące za chwilę rocznicę – Telewizja Republika Bronisława Wildsteina w spółce z Sakiewiczem; rzeczywiście pokazuje całą prawdę całą dobę, a w komentarzach i dyskusjach zapewnia pełne spektrum poglądów i opcji politycznych. Sama nieraz tam ku własnemu zdumieniu spotykałam się na ringu komentatorskim z… ostatnim szefem „Trybuny Ludu”, o „Superexpressie” czy „Dzienniku Gazecie Prawnej” nie wspominając. Skoro przy dziennikarzach jesteśmy, sporo pomogła w realizowaniu wolności słowa radykalna zmiana w Zarządzie Głównym SDP, nowy portal sdp.pl i świetny dwumiesięcznik kulturalno-społeczny „Forum” Piotra Legutki oraz ożywienie wspaniałego lokalu na Foksal, z filmami i już setkami imprez.

Stop. Przestaję wymieniać, za dużo widzę osób, co się obrażą, że je pominęłam. Jest tego jak widać sporo, aż nudno tyle wymieniać. Jest potrzeba, jest klientela, są środowiska – jest prasa, radio i telewizja oraz internet.

Więc niby ta wolność słowa jest. Świetnie, wprost cudownie. Tylko… czy na długo? Co zrobią władze? Czy wolno im wpływać na funkcjonowanie mediów, zatrudnianie konkretnych osób? Czy rzeczywiście wpływają tylko za pomocą ustaw (co im wolno), przy zachowaniu podstawowych zasad konstytucyjnych? I – przy okazji - czy nie jest tak, że my, ta poddawana ostracyzmowi uparta jedna trzecia elektoratu, po prostu też płacimy podatki? Czy nie powinniśmy mieć udziału w mediach publicznych? Czy nie mamy prawa do rzetelności informowania i do uwzględniania naszej wrażliwości i punktu widzenia również w mediach prywatnych?

Mamy. I co z tego, kolego?

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...