Tradycyjne procesje konne odbywają się w Wielkanoc we wsiach woj. opolskiego i zachodniej części woj. śląskiego. Gospodarze, wspomagani przez miłośników jeździectwa, objeżdżają pola prosząc Zmartwychwstałego Jezusa o urodzaj i dobre plony.

W niedzielę wielkanocną procesje odbywają się m.in. w rejonie Olesna (woj. opolskie): w Biskupicach, Sternalicach i Kościeliskach; a w poniedziałek wielkanocny w okolicach Raciborza (woj. śląskie) w Bieńkowicach, Pietrowicach Wielkich i Raciborzu - Sudole. W wielkanocny poniedziałek jeźdźcy wyruszają też na objazd pól w Żędowicach w gminie Zawadzkie (woj. opolskie) oraz w dzielnicy Gliwic – Ostropie.

Procesja w Ostropie wyrusza sprzed kościoła parafialnego wczesnym popołudniem. Orszak liczący kilkudziesięciu jeźdźców objeżdża polami całą dzielnicę, uczestnicy cały czas modlą się i śpiewają religijne pieśni. Przygotowania do trwającego ok. czterech godzin przejazdu rozpoczynają się kilka dni wcześniej. Organizacją zajmują się tzw. śpiewocy, których zadaniem jest m.in. dostarczenie koni dla księży i sprawdzenie trasy.

Na czele poruszającego się trójkami orszaku jedzie jeden z miejscowych kawalerów wiozący krzyż, a za nim - ksiądz z mikrofonem i pomocnik z nagłośnieniem. Dalsi jeźdźcy wiozą insygnia wielkanocne: Paschał, figurę Chrystusa Zmartwychwstałego i krzyż ze stułą. Elementem stroju gospodarzy są skórzane czarne kurtki. Przez ramię mają przełożone wieńce z borowiny, mirtu i bibułkowych kwiatów; kawalerowie po dwa, żonaci i księża - po jednym. Po procesji kawalerowie tak nimi rzucają, by zawisły na krzyżu misyjnym – ma to im wróżyć szybki ożenek.

Dla mieszkańców Ostropy udział w procesji jest tradycją. Niektórzy trzymają konie praktycznie dla tego jednego dnia w roku. Ci, którzy potrafią utrzymać się w siodle, a nie mają koni, starają się na ten dzień wynająć je. Prócz gospodarzy, jadących zwykle na koniach rasy śląskiej czy małopolskiej, w ostatnich latach procesje zasilają członkowie klubów jeździeckich czy mieszkańcy trzymający konie dla celów rekreacyjnych. Jak mówią, chcą podtrzymywać tradycję. Wyróżniają się spośród gospodarzy ubiorem – zwykle zamiast czarnych kurtek mają galowe stroje jeździeckie

Ponieważ tradycyjnie wszyscy uczestnicy procesji w Ostropie podróżują wierzchem, a nie np. również bryczkami, kierujący parafią od siedmiu lat proboszcz ks. Michał Wilner wraz z powołaniem usłyszał od biskupa, że musi nauczyć się jeździć konno.

Ja jestem z miasta i zawsze mam trochę strachu. Poza tym jakoś mam pecha – w tym roku ponoć mam konia spokojnego. Bo jakoś tak się składało, że w inne lata właściwie zawsze były jakieś przeboje z koniem. W tamtym roku wyjątkowo, no ale trudno, trzeba przeżyć

— uśmiechnął się proboszcz. Użyczenie w tym roku ks. Wilnerowi spokojnego konia rasy wielkopolskiej zadeklarował już właściciel miejscowej stajni i szkółki jeździeckiej, który też jeździ w procesji, a od niedawna zabiera swoje dzieci – najpierw jedenastoletnią dziś córkę, a od ub. roku sześcioletniego syna.

Chociaż liczebnie procesja w Ostropie wręcz rozwija się (w ub. roku liczyła ok. 80 koni) ks. Wilner zwraca uwagę na jej wymiar duchowy.

Trochę obawiamy się, że przede wszystkim ludzie, którzy przyjeżdżają z zewnątrz, spoza parafii, traktują ją może mniej religijnie, a bardziej jako rodzaj wspólnej przejażdżki. A przecież procesja konna ma typowo charakter religijny – przez te blisko cztery godziny w siodle śpiewamy, modlimy się

— przypomniał proboszcz.

Już w niedzielę po południu swoje pola objechali w procesji mieszkańcy Sternalic (woj. opolskie). Podobnie jak w innych miejscowościach regionu uczestnicy (głównie gospodarze, ale też pojedyncze kobiety) objeżdżają tam pola trasą wyznaczoną kapliczkami i polnymi krzyżami, śpiewając i modląc się.

Jak ruszą koło godziny trzynastej, to wracają nawet o szóstej - siódmej wieczorem, bo raz, że pól trochę do objechania u nas jest, a dwa - często po drodze proszą ich na kawę i ciasto

— powiedziała sołtys Sternalic Beata Kościelny. I choć we wsi jest na co dzień zaledwie kilka koni, na procesji zawsze zbiera się ich około 20-30.

Nasi mieszkańcy wypożyczają konie od kogo mogą. Płacą za to nawet, żeby tylko móc zrobić kilkugodzinny objazd i żeby tradycja się jednak zachowała

— podkreśliła sołtys.

Konne procesje wielkanocne są nazywane w regionie „krzyżokami”, a w woj. śląskim również „rajtowaniem” - od niemieckiego słowa reiten (jeździć). Według etnografa z Muzeum Wsi Opolskiej w Opolu Bogdana Jasińskiego zwyczaj ich organizowania pochodzi z kręgu kultury germańskiej i na Śląsk przywędrował przez Czechy.

Część badaczy wywodzi też początki konnych procesji od morawskiego zwyczaju „chodzenia za Bogiem” - wychodzenia z domu, aby spotkać się ze Zmartwychwstałym i zamanifestować swoją radość. O tym, że uczestnicy procesji jadą konno mógł zdecydować kult św. Jerzego. W przypadającym w bliskim sąsiedztwie Wielkanocy dniu tego świętego gospodarze udawali się niegdyś konno do proboszcza, by ten pobłogosławił zwierzęta na trud prac polowych.

Według Jasińskiego zgodnie z tradycją w wielkanocnym konnym objeździe pól brali udział tylko mężczyźni - odświętnie ubrani, zarówno kawalerowie, jak i żonaci. Konie przystrajano czerwonymi wstążkami symbolizującymi m.in. krew i życie. Proboszczowie parafii czy np. sołtysi często podróżowali bryczkami.

AM/PAP