Gdzieś na końcu Polski, zaledwie pięć kilometrów przed przejściem granicznym z Białorusią, leży niewielka wieś Wierobie, w której zatrzymał się czas. Wieczorny wiatr pukający w zabytkowe drewniane okiennice, opowiada jej niezwykłą historię, wspominając zabory, powstania, wojny i akcje partyzanckie. Wiekowe domostwa skrywają dzieje, które zarówno sprawiają ból jak i radują. Stanowią bowiem nie tylko rodzinne pamiątki, ale niezwykłe świadectwa bohaterstwa owej wsi, jej kolejnych pokoleń.

Wierobie założono w połowie XVI wieku w czasie kolonizacji Puszczy Jałowieckiej jako osadę Worobiejów. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa białostockiego. Dziś należy do województwa podlaskiego, gminy Gródek.

Swój urok zawdzięcza oryginalnej, drewnianej zabudowie, często utrzymanej w dobrym stanie dzięki staraniom potomków. Zaledwie pojedyncze domy stoją zapomniane, porośnięte mchem, wyraźnie wysłużone, przemilczając niejedną tajemnicę rodzinną z wielką historią w tle.

Owe wierobieńskie lasy skrywały powstańców styczniowych z 1863 roku. Na ich cześć we wsi postawiono kamień upamiętniający tamte wydarzenia. Pamięta ich również odrestaurowana kuźnia z tutejszego skansenu, w której walczący wówczas nastoletni chłopcy kuli kosy, broń i inne niezbędne do walki narzędzia. To stąd wyruszyli by walczyć. Tu, zmuszeni do powrotu, przybyli kilka miesięcy później.

Choć dziś wśród mieszkańców nie ma już potomków powstańców, wieś żyje dawnymi dziejami. Na powstałym kamieniu wyryto słowa, które niezłomnie winny przypominać ich walkę o wolność, czyli „wolność, równość, niepodległość”.

Dziś Wierobie to również niezwykły skansen powstały na miejscu starego cmentarza, z inicjatywy i za sprawą lekarza, profesora Wojciecha Sobańca. Dzięki temu można tu zobaczyć odremontowany, stuletni wiatrak oraz uroczą ekumeniczną kapliczkę, tworzącą Muzeum Matki Boskiej Zielnej. Powstała ona ze starego dwustuletniego spichlerza, a w jej środku zgromadzono kilkanaście obrazów Marii, min.: Matkę Boską Ostrobramską, Matkę Boską Częstochowską czy Maryję z Kalwarii Zebrzydowskiej. Kapliczka ta funkcjonuje latem oraz podczas nabożeństw majowych. Zaraz obok zobaczyć można wspomnianą wcześniej kuźnię oraz spichlerz.

Zawsze będę wspominać hrabiowską rodzinę Szostakowskich, po której we wsi do dziś pozostały dwa dworki, gdzie przed laty zbieraliśmy resztki pięknej porcelany. Niegdyś w jednym z nich była szkoła podstawowa, do której uczęszczałam, w drugim poczta

— wspominała Maria z domu Ignatowicz, urodzona w Wierobiach.

Dzięki ludziom szanującym tradycję i pasjonatów historii w miejscu tym zatrzymał się czas. Nietuzinkowy krajobraz zachwyca kolejnych gości. Okoliczne lasy oferują obfite grzybobranie i pełne kosze jagód. A w tutejszej kuchni nie zabraknie tradycyjnej babki kartoflanej. Główna droga przebiegająca tuż przed wsią niesie nową historię za sprawą stale rozbudowującej się granicy polsko-białoruskiej. Kolejki tirów wzdłuż pobocza sięgające nawet kilku kilometrów mimo, że stanowią wyzwanie podczas podróży, tworzą unikalny krajobraz. Wszechobecny charakterystyczny język, ze wschodnim nalotem lub wręcz białoruski, to kolejny urok tegoż miejsca. W pobliskich miejscowościach warto zobaczyć choćby meczet w Kruszynianach, cerkiew w Krynkach, kościółek i cerkiew w Gródku.

Zaledwie na zdjęciach dostrzec można upływający czas i ludzi, których już nie ma. Tylko wiatr tańczący w konarach drzew pamięta to, co zostało zapomniane.