Prof. Śliwerski: "Polskie szkolnictwo wyższe toczy choroba"

Fot. freeimages.com
Fot. freeimages.com

Mamy do czynienia tylko z pozornym otwarciem szans dla młodych naukowców w środowisku akademickim” - ocenia prof. Bogusław Śliwerski, pedagog i przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN.

wPolityce.pl/wSumie.pl: 1 października weszły w życie nowe przepisy w ustawie o uczelniach. Wycofano pomysł opłat za drugi kierunek studiów oraz wprowadzono rozwiązania mające ułatwić sytuację młodych naukowców. Pan na swoim blogu krytykuje nowe przepisy. Dlaczego?

Prof. Bogusław Śliwerski: Te rozwiązania są pozorne. Poza jednym, to znaczy prawem do podejmowania studiów na drugim kierunku. Rząd wycofał się z fatalnego błędu nie tylko wizerunkowego, który niszczył szanse młodych ludzi do wzbogacania swoich kompetencji i kwalifikacji. Ta zmiana jest powrotem do stanu sprzed trzech lat. Natomiast jeśli chodzi o młodych naukowców, to mamy do czynienia tylko z pozornym otwarciem dla nich szans w środowisku akademickim.

To znaczy?

Wyprowadzenie środków z uczelni, otrzymywanych dawniej w formie dotacji na działalność naukowo- badawczą,  do jednego Narodowego Centrum Nauki, to pułapka strukturalna, którą stworzył rząd PO i PSL. Polega ona na tym, że wnioski o granty naukowo-badawcze młodych, zdolnych naukowców, mimo bardzo wysokich ocen, na skutek ograniczonej puli pieniędzy nie mają szans na realizację. Granty otrzymują tylko pierwsze wnioski, które są najdroższe. Tak oszukiwać młodych nie wolno, dlatego że oni inwestują ogromną ilość czasu w przygotowanie swoich projektów badawczych.

Jakie są inne bolączki szkolnictwa wyższego w Polsce?

Przede wszystkim w szkolnictwie wyższym nie nastąpiła desowietyzacja. Czyli mamy do czynienia z sytuacją, kiedy w wielu uczelniach kierownikami katedr, dziekanami dalej bywają osoby (rzecz jasna nie dotyczy to wszystkich), które są absolutnie nieudolne oraz niewydolne twórczo i naukowo-badawczo. Oni po prostu „konsumują” swoje dyplomy, niektóre uzyskane jeszcze w PRL w uczelni im. Feliksa Dzierżyńskiego, i w związku z tym blokują rozwój studentów, dlatego że sami nie są autorytetami, mistrzami, nie potrafią niczego nauczyć, ale z tytułu posiadania dyplomów pełnią kluczowe funkcje. To jakie szanse mają młodzi na awans w świecie nauki, skoro niektórzy zakompleksieni, nieudolni profesorowie będą robić wszystko, żeby ktoś młodszy i lepszy nie ujrzał światła dziennego? To jest choroba, która toczy polskie szkolnictwo wyższe. A Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego temu sprzyja, bo w 2011 r. obniżyło standardy dla uczelni dotyczące wymogu minimalnej liczby profesorów tytularnych. Jeśli strukturalnie i prawnie obniża się jakość wymagań wobec środowiska akademickiego, a jednocześnie poprzez nieudolność działań kontrolnych ministerstwa i Polskiej Komisji Akredytacyjnej nie likwiduje się jednostek, które naprawdę nie spełniają nawet minimalnych wymogów,  i nie ostrzega młodych ludzi przed studiowaniem w nich, to mamy do czynienia z sytuacją, która sprzyja pseudobiznesowi i czarnym interesom. Młodzi doktorzy, którzy nie znaleźli pracy w uczelniach publicznych, mających blokadę etatów, idą do uczelni prywatnych, lecz tam niestety nie znajdują absolutnie żadnego wsparcia. Tam są wyrobnikami w białych kołnierzykach.

Przejdźmy jeszcze na moment do początkowych szczebli edukacji. W tym roku po raz pierwszy przymusem szkolnym zostały objęte sześcioletnie dzieci. Jak Pan ocenia posunięcie okrzyknięte przez rząd PO-PSL wielkim sukcesem?

Mój pogląd od samego początku, a więc od 2008 r., kiedy ta idea powstała, jest jednoznaczny. W wyniku regulacji prawnej nie uzyska się dojrzałości psychofizycznej dziecka. Nie da się zmienić natury dziecka zapisując w ustawie, że musi iść do szkoły. My cały czas nie chcemy zgodzić się z rozwiązaniami MEN, które usiłuje wmówić społeczeństwu, że sześciolatek osiąga dojrzałość szkolną we wszystkich zakresach - nie tylko w obszarze rozwoju intelektualnego. Zaledwie 10 proc. dzieci spełnia normę gotowości szkolnej w sensie psychicznym, odporności na stres związany z ekspozycją społeczną czy funkcjonowaniem w grupie. To są bardzo poważne przeżycia małego dziecka, które jeśli trafia do klasy zróżnicowanej wiekowo, będzie na pozycji przegranej. Do tej pory dzieci osiągały dojrzałość szkolną w przedszkolach, dzięki czemu mieliśmy bardzo wysoką efektywność kształcenia w edukacji wczesnej, czyli w klasach 1 - 3.

Czemu więc ma służyć ta reforma?

Reforma sześciolatków jest reformą ekonomiczną, ona nie ma nic wspólnego ani z psychologią rozwojową dziecka, ani z pedagogiką szkolną. To jest reforma, która ma dołożyć do wydłużonego czasu przejścia na emeryturę, czyli do 67. roku życia, jeszcze jeden rok. Ten rok pojawia się właśnie poprzez posłanie sześcioletnich dzieci do szkół, przez co wcześniej pojawią się one na rynku pracy. Nie o wspieranie rozwoju, szans edukacyjnych tutaj chodzi - to wszystko jest propagandową papką, która nie ma nic wspólnego z realiami. Kłamstwo propagandowe MEN polegało na tym, że oszukiwano społeczeństwo twierdząc, że w większości państw europejskich dzieci uczęszczają do szkół jeszcze wcześniej. Nie dodano jednak, że owszem - we Włoszech, w Anglii, nawet w niektórych kantonach w Szwajcarii dzieci idą do szkoły w wieku 6 czy nawet 5 lat, ale podlegają tam edukacji przedszkolnej, a systematyczne kształcenie zaczyna się de facto od 7. roku życia. Wystarczy spojrzeć na stronę internetową ministerstwa edukacji dowolnego kraju europejskiego, żeby przekonać się, że tak jest. Przecież Komitet Nauk Pedagogicznych PAN wyraził swój sprzeciw wobec tej reformy i nic się w tym zakresie w naszej opinii nie zmieniło.

Na koniec pytanie o komentarz do sytuacji, gdy nauczyciele unikają korzystania z rządowego elementarza i w porozumieniu z rodzicami pierwszoklasistów potajemnie kupują inne podręczniki.

Ta sytuacja potwierdza, że Komitet Nauk Pedagogicznych PAN miał rację protestując także przeciwko wprowadzeniu tzw. rządowego podręcznika do klasy pierwszej. Ten elementarz powstał w wyniku złamania wszelkich zasad nie tylko przyzwoitości, skoro nie było żadnego konkursu na autora podręcznika. Wskazano panią Lorek, koleżankę pani Hall. Jeśli wyłania się autora nie z konkursu, tylko z nominacji i do tego wzmacnia się tę decyzję ustawą sejmową, żeby nikt więcej jej nie podważył, to musiało doprowadzić do tego, że elementarz powstał jako bubel i niewiele warta pomoc dydaktyczna. Dobry nauczyciel, szanujący siebie i swój profesjonalizm, a zatem działający w sposób maksymalnie perfekcjonistyczny w toku procesu edukacyjnego, będzie dostosowywał treści i źródła kształcenia do poziomu zróżnicowanych kompetencji dziecka. W większości polskich szkół ten elementarz po prostu się nie sprawdzi. Nauczyciele będą symulować, że z niego korzystają, ale i tak muszą go uzupełniać, zmieniać jego treść i strukturę alfabetyzacji. Bo ta, która jest w tym elementarzu, urąga wszelkiej wiedzy metodycznej. Matematyka w tym elementarzu to skandal, cofnięcie rozwoju dzieci do głębokich lat 50., chyba nawet w PRL lepiej kształcono. Rozumiem i w pełni popieram nauczycieli oraz rodziców, którzy widzą, ze ten elementarz nie spełnia głównych funkcji. Edukacja ma wzmacniać, podnosić poziom rozwoju dzieci, a nie go obniżać. Kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów złotych, bo koszty wzrosły o 40 proc. przy dystrybucji pierwszej części podręcznika, powoduje, że są to pieniądze wyrzucone w błoto. I dalej będą wyrzucane, bo te autorki dalej pracują nad podręcznikiem do klasy drugiej i trzeciej. A przecież już w pierwszej części było mnóstwo błędów ortograficznych, graficznych, merytorycznych i metodycznych. To jest żałosne i my, jako nauczyciele, musimy się ratować i podjąć działania, które pozwolą realizować założone zadania.

Rozmawiał Bogusław Rapała

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...