Przedszkola za złotówkę, czyli jak ustawą zdegradowano wagę przedszkoli

fot. FreeImages
fot. FreeImages

Za nami rok „przedszkoli za złotówkę”, jednej z całego wachlarza propozycji służących „wyrównywaniu szans polskich dzieci”. Na skutek rządowej nowelizacji, której twórcy założyli, że przedszkole to ochronka z dozorem, a nie etap edukacyjny, w wielu miejscach w Polsce dzieci pozbawiono rytmiki, zajęć korekcyjnych, logopedycznych czy tańców.

Przypomnę, że ustawa przedszkolna zakłada, że realizacja podstawy programowej odbywać się będzie podczas pięciu bezpłatnych godzin, a każda dodatkowa godzina musi zostać opłacona z kasy samorządowej. Rodzice przedszkolaków za każdą rozpoczętą godzinę, po pięciu bezpłatnych, są zobligowani dopłacić jedną złotóweczkę. Pobieranie innych opłat od rodziców, w tym na wszelkie zajęcia dodatkowe, wycieczki czy rozrywkę kulturalną, jest niezgodne z ustawą. Na konferencji we wrześniu 2013 roku premier Tusk zapewnił, że ustawa przedszkolna, której pomysłodawcą była ówczesna szefowa MEN-u Krystyna Szumilas, jest wprowadzana z myślą o dzieciach, o sytuacji ekonomicznej rodziców i posłuży szerszej dostępności do miejsc w publicznych placówkach. W teorii zapis brzmi świetnie. Kogo nie cieszy tanie publiczne przedszkole? Kto nie zechciałby skorzystać z ulg finansowych, oferowanych przez premiera i sztab urzędników z resortu oświaty? Tyle, że praktyka dalece odbiega od teorii. Po roku działania „przedszkola za złotówkę” można pokusić się o bilans strat i zysków.

Jeśli chodzi o słynny już na całą Polkę slogan „wyrównanie szans”, to po roku wyraźnie widać, czym kończy się w rzeczywistości wprowadzenie „wyrównującej” ustawy przedszkolnej. W momencie, kiedy scedowano na samorządy opłacanie zajęć dodatkowych, odcięto też możliwość organizowania takich zajęć w wielu publicznych przedszkolach. Placówki zdegradowano do roli przytulisk i tylko dobra wola dyrekcji spowodowała, że w niektórych udało się przeprowadzać umuzykalnianie czy rytmikę. W niektórych dopomogli wolontariusze, którzy wsparli nauczycieli i organizowali naukę języków czy tańca. Część zajęć dodatkowych przejęli rodzice, którzy dla dobra dzieci wcielali się w rolę artystów-malarzy  czy garncarzy. Zatem jeśli jakieś przedszkole funkcjonowało od września bez uszczerbku dla zajęć , to tylko dzięki wspólnej pracy dyrekcji i ludzi dobrej woli. Trudno zaliczyć to w poczet zasług rządowej ustawy. Natomiast dużo gorzej sytuacja wyglądała w przedszkolach, gdzie nie udało pozyskać się środków od samorządu ani wolontariuszy. W takich placówkach, mimo że nauczyciele dwoili się i troili, zajęć z logopedą nie było. Nie było też angielskiego ani ceramiki. Jednym słowem, zmarnowano cały rok, w którym dzieci zamiast się realizować i rozwijać, spędzały czas w ochronce z dozorem. Paradoksalnie ustawa nie ograniczyła funkcjonowania drogich przedszkoli prywatnych, gdzie nadal dzieci tańczą, śpiewają, ćwiczą sztuki walki, piłkę nożną i szlifują języki obce. Jeżdżą na basen, do teatru, kina i do ZOO. Gdzie zatem premier widział w ustawie przedszkolnej wyrównanie szans wszystkich dzieci? Ustawa doprowadziła do jeszcze większego rozwarstwienia=społecznego, podzieliła dzieci na bogate i biedne, przy czym te drugie pozbawiła możliwości edukacji i rozwoju.

Wprowadzając rzeczoną ustawę, premier mówił, że tworzona jest z myślą o ludziach ubogich, których nie stać  na opłacenie pobytu dzieci w placówkach, a  w konsekwencji przysłuży się powszechnej dostępności do przedszkoli wszystkich chętnych dzieci. Ten argument pokazał, że szef rządu jest kompletnie oderwany od rzeczywistości, w której funkcjonuje polska oświata i nie ma pojęcia o miejscach w publicznych placówkach. Czyżby myślał, że jeśli ustawą zmniejszy opłaty pobierane od rodziców, to równocześnie wzrośnie też liczba przedszkoli w Polsce? To nie cena za przedszkole stanowiła o tym, że placówki były poza zasięgiem wielu dzieci. Powód jest znacznie bardziej prozaiczny - brakuje publicznych placówek. I nawet pozbycie się sześciolatków i pięciolatków z przedszkoli, przy pomocy następnej ustawy narzucającej wcześniejszy obowiązek szkolny, nie spowoduje, że zmieszczą się tam pozostałe kilkulatki.

Ustawa przedszkolna nie spowodowała powszechności edukacji przedszkolnej, trudno też mówić o jakiejkolwiek edukacji. Ustawowo zdegradowano rolę przedszkoli i w ramach tzw. wyrównania szans, pogłębiono przepaść między dziećmi z publicznych i prywatnych placówek. Te dzieci razem pójdą do szkoły, a konsekwencje prezentu od premiera, w postaci „przedszkola za złotówkę”, widoczne będą już na starcie w pierwszej klasie. Podsumowując: ustawa przedszkolna przyniosła raczej same straty, a ich głównymi beneficjentami są dzieci. Czy kogoś to dziwi? Raczej nie, bo obecny rząd kilkukrotnie, poprawiając prawo oświatowe, doprowadził do sytuacji skandalicznych i godzących w ich dobro. A każdy kolejny zapis w nowelizacji prawa oświatowego jest gorszy od poprzedniego. Poza tym, rząd jest niedoścignionym mistrzem w ignorowaniu głosu społeczeństwa, które oprotestowało niemal wszystkie nowinki w oświacie, zafundowane dzieciom w ramach reformy.

Panie Premierze, wbrew temu co Pan publicznie powiedział, że „generalnie przedszkole to nie jest miejsce do nauki, tylko do dozoru nad dziećmi”, wielu metodyków się z panem nie zgodzi. Przedszkole jest dobrym miejscem do edukacji, pod warunkiem, że ktoś nie wpadnie na pomysł, jak to ustawowo ograniczyć  i uniemożliwić nauczycielom pracę, a dzieciom rozwój.

Katarzyna Kawlewska

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...