Poradnie psychologiczno-pedagogiczne pracują na pełnych obrotach. Tysiące sześciolatków zostają w przedszkolach. Rodzice wszelkimi dostępnymi metodami bronią dzieci przed szkołą, twierdząc, że polski system oświaty nie jest gotowy na reformę obniżającą wiek szkolny.

MEN, analizując ustawę o „darmowych” podręcznikach, został zmuszony do przeliczenia sześciolatków zapisanych do pierwszych klas. Okazało się, że wynik pogrąża reformę, bo do szkoły trafi ok. 35 proc. dzieci z rocznika 2008. I to nie jest wynik ostateczny, bo setki dzieci wciąż czekają na rozpatrzenie wniosków dotyczących diagnozy gotowości szkolnej. Czy resort oświaty przyznaje się do porażki? Nic podobnego. Przygotowuje następną akcję propagandową, zrzucając winę na specjalistów i ich archaiczne metody służące badaniu sześciolatków oraz oczywiście na roszczeniowych rodziców, ich niedojrzałość oraz błędy wychowawcze.

Doszłam do poradni psychologiczno-pedagogicznych. Złapałam się za głowę, gdy zobaczyłam, że pracują na narzędziach, z których te najnowsze mają po 25 lat. Wtedy okazało się, że mamy prof. Annę Brzezińską z IBE, która może objechać całą Polskę i pomóc poradniom

— mówiła minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowskiej, cytowana na portalu dziennik.pl.

Uff, jak dobrze, że resort ma prof. Annę Brzezińską z podległego MEN Instytutu Badań Edukacyjnych… A minister, jak obiecała, tak zrobiła - wysłała panią profesor na serię spotkań z pracownikami poradni psychologiczno-pedagogicznych, która później swoje bogate wnioski przedstawiła w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. No i wyszło jej na to, że poradnie wydając diagnozy odraczające obowiązek szkolny, ulegają rodzicom. Bo o ile dzieci są gotowe, to rodzice nieszczególnie. Najczęstszy argument psychologów, jaki słyszała prof. Brzezińska podczas wojaży po poradniach, to

nie będę się szarpać z rodzicami,

a to jest dowodem na niegotowość emocjonalną rodziców na posłanie dzieci do pierwszej klasy. Prof. Brzezińska rozumie motywy psychologów, którzy obawiają się, że niegotowy rodzic nie będzie umiał pracować z własnym dzieckiem.

Pracownicy poradni często są przekonani, że dziecko powinno pójść do szkoły, bo przy odpowiedniej pomocy sobie poradzi. Ale kiedy widzą spanikowanych rodziców, odpuszczają. Wiedzą, że potem tacy rodzice nie będą wspierać sześciolatka w szkole, a raczej czekać na jego niepowodzenia

— mówiła Brzezińska dla „GW”.

I wszystko jasne. Rodzice, na złość resortowi, najpierw próbują dziecko odroczyć, a jak się nie uda, to udowodnią porażką własnego dziecka, że mieli rację. To sie nazywa logika naukowców pracujących dla MEN-u. Pani Brzezińska żali się też na brak standardów, ale to akurat jest bardzo znamienne dla tej reformy.

Nie mamy standardów, które by mówiły, ilu podopiecznych ma przypadać na poradnię. Są zarzucone wnioskami i już wszystkie ręce poszły na pokład. A samorządy i dyrektorzy szkół popędzają, bo jak najszybciej chcą wiedzieć, ile dzieci nie pójdzie do pierwszej klasy

— konstatowała.

No i mamy też, jak się okazuje, winę po stronie dyrektorów. Zupełnie niezrozumiały ten ich pośpiech - przecież mogą spokojnie zaczekać do września ze swoimi planami administracyjnymi. Pani profesor dopatrzyła się również przestarzałych treści w testach gotowości. Szkoda, że przy wdrażaniu reformy nikt nie wpadł na pomysł, żeby sprawdzić takie „drobnostki”, zanim lawina dzieci ruszyła do poradni. A dlaczego poradnie nie korzystają z nowych testów?

Nie ma wytycznych, jak ma być wyposażona poradnia

— tłumaczyła prof. Brzezińska.

Staramy się to nadgonić. Już jesienią poradnie dostaną za darmo komplety różnych narzędzi do badań, w tym testy, przygotowane w IBE. Ruszymy na kolejny cykl spotkań, żeby wyrobić się przed przyszłoroczną falą próśb o odroczenie

— zdradziła.

Pochwaliła również spryt „ministrzycy” edukacji, Joanny Kluzik-Rostkowskiej.

Nikt wcześniej na to nie wpadł, żeby objechać poradnie, zrobić rekonesans, porozmawiać - w końcu - ze specjalistami

— stwierdziła.

A jak już ów rekonesans się odbył, to najbardziej oberwało się rodzicom. W końcu to oni odpowiadają za niedojrzałość społeczną swojego dziecka.

Zgoda, reforma była na samym początku koncertowo źle wprowadzana. Ale wolimy się z tego złośliwie cieszyć czy ratować, co się da? A rodzice też nie są święci. Dziecko nie spędza sześciu lat na pustyni. Rodzic mówi, że jest niedojrzałe, nie usiedzi w grupie, nie skupi się, Co robił, że nie nauczył podstawowych zachowań społecznych?

— dziwi się prof. Brzezińska.

No i wyszło szydło z worka. Rodzice tak skupili się na walce z reformą, że zbyt mało uwagi poświęcili na szlifowanie dojrzałości społecznej swoich dzieci. Powinni uczyć dziecko koncentracji, wytrwania w bezruchu przez 45 min., ćwiczyć z nim wymowę i eliminować wszystkie dysfunkcje percepcyjno-motoryczne, które są główną przyczyną odroczeń. To nie może być takie trudne, a mieli przecież na to sześć lat! Co z tego, że specjaliści potwierdzają zdanie rodziców i że testy są dowodem na niegotowość szkolną. Najważniejsze, że ministerstwo ma prof. Annę Brzezińską z IBE! Dzięki niej mamy diagnozę godną tegoż ministerstwa. Wszyscy są winni porażki reformy - aspołeczni rodzice, niegotowe na obowiązek szkolny dzieci, niecierpliwi dyrektorzy, którzy stoją w martwym punkcie, wreszcie zastraszeni przez rodziców specjaliści z poradni, tylko nie resort edukacji!

Wniosków prof. Brzezińskiej nie potwierdzają zatrudnieni w poradniach psycholodzy, którzy przekonują, że nie rozdają odroczeń „na odczepnego” i pod wpływem rodziców, tylko robią to po rzetelnych testach i po wnikliwej obserwacji dziecka.

Szkodliwa propaganda i nieprawdziwe informacje. Jestem psychologiem poradni (…) My badamy testami z ubiegłego wieku również, ale też świeżo wydanymi. Te z ubiegłego wieku są często testami świetnie znormalizowanymi, rzetelnymi, dającymi wiele ważnych informacji na temat rozwoju funkcji poznawczych. Normy rozwojowe na przestrzeni 20 lat aż tak diametralnie się nie zmieniają. Poza tym - nie da się ocenić gotowości szkolnej WYŁĄCZNIE w oparciu o testy, liczbowo, bez uważności skierowanej na dziecko, bez swobodnej rozmowy i zabawy z nim, bez ciekawości i otwartości na nie, jako osoby

— komentuje psycholog Joanna Piotrowska na profilu Ratuj Maluchy.

Czy oczernianie rodziców i próba zdyskredytowania ogromnej rzeszy specjalistów z całej Polski pomoże ministerstwu doprowadzić „deformę” edukacji do szczęśliwego (dla rządu) finału? Kogo jeszcze pogrąży MEN, aby udowodnić swoje racje? A może czas wskazać prawdziwych winowajców?

Katarzyna Kawlewska/gazeta.pl