Ministerstwo Edukacji Narodowej przyzwyczaiło nas do wdrażania swoich pomysłów nie zważając na sprzeciw społeczny, zdanie ekspertów czy zdrowy rozsądek. Reforma obniżenia wieku szkolnego, która ma być odpowiedzią na potrzeby chłonnego umysłu dzieci i wyrównaniem ich szans edukacyjnych, w gruncie rzeczy oparta jest na spekulacjach kolejnych ministrów edukacji i propagandzie sprzedawanej masom w rządowych spotach.

Wprowadzanie reformy trwa już od 2009 roku. Z braku odpowiedniego zaplecza w szkołach przesuwano ją przez kolejne lata, aż do ustalenia ostatecznego terminu na wrzesień 2014 rok. Czy szkoły zdążyły z przygotowaniami warunków dostosowanych do młodszych dzieci? Ministerstwo twierdzi, że tak.

Diametralnie inne zdanie mają rodzice sześciolatków, a często również nauczyciele. Niestety trudno sprawdzić, kto ma rację, ponieważ dotąd nie ustalono jednolitych standardów na określenie właściwie przygotowanych placówek. Wydaje się jednak, że MEN samo nie dowierza własnym pomysłom, gdyż co i rusz dopisuje nowelizacje do ustaw. Szykuje furtki dla dzieci na obejście obniżenia wieku szkolnego i wciąż szuka sposobu na złagodzenie niezadowolenia rodziców.

Problem w tym, że wszystkie zmiany niosą za sobą koszty, a te zmuszone są pokrywać samorządy. Sejm przyjął właśnie nowelizację autorstwa posłów PO. Kolejną, która ma zminimalizować opór rodziców. A może tylko zamydlić im oczy? Teraz zajmie się nią Senat. Ustawa przewiduje możliwość wsparcia nauczyciela prowadzącego zajęcia dydaktyczne, wychowawcze, opiekuńcze i świetlicowe asystentem. Taki asystent musi mieć wykształcenie pedagogiczne, równe nauczycielowi prowadzącemu zajęcia i pracować 40 godzin w tygodniu w oparciu o Kodeks Pracy. Pomysł szczytny z założenia, ale jak w przypadku resortu oświaty bywa, zapomniano zabezpieczyć go finansowo. Pozostaje więc pytanie czy gminy stać na zatrudnienie dodatkowych pracowników? Na pewno nie w Krakowie. Tamtejszy wiceprezydent Tadeusz Matusz, który jest odpowiedzialny za edukację, ufa w świetne przygotowanie nauczycieli i nie zauważa potrzeby wspomagania ich asystentami, a tym bardziej wydawania na to pieniędzy z budżetu miasta.

Po pierwsze, nie mamy pieniędzy. Po drugie, nie wiadomo, co taki asystent dokładnie miałby robić

— powiedział dla „Gazety Wyborczej”.

Pomysł resortu zadziwia też dyrektorów z krakowskich placówek.

Uspokajanie płaczących dzieci? Wyjścia z nimi do toalety? Jeśli na tym miałaby polegać praca asystenta, to dziękuję

— stwierdził jeden z dyrektorów, Artur Ławrowski.

Z kolei wiceburmistrz Kwidzyna Roman Bera nie wyklucza zatrudnienia asystentów. Nie uważa, że są niezbędni, ale dopuszcza możliwość, że mogą się przydać w opiece nad dziećmi. Tyle, że zatrudni ich dopiero wtedy, gdy za rządową nowelizacją pójdą pieniądze. W innej sytuacji miasta nie będzie stać na dodatkowe etaty.

Przyjęta przez Sejm nowelizacja poróżniła trójmiejskie środowisko nauczycielskie. Niektórzy oburzają się na pomysł resortu, twierdząc, że wprowadzi zamieszanie do szkół, inni współczują asystentom mniejszych „przywilejów” a jeszcze inni dostrzegają w tym szansę dla absolwentów na odbycie praktyk czy emerytów na dorobienie do świadczeń.

Opieki nad dziećmi nigdy nie jest za wiele. Nasza szkoła jest olbrzymia, w tej chwili w ramach wolontariatu wspierają nas rodzice i gimnazjaliści, którzy między innymi czytają bajki dzieciom przebywającym w świetlicy. Ktoś taki jak asystent sprawdziłby się znakomicie

— zaznaczyła w rozmowie z portalem Trójmiasto.pl Mariola Cyranek, dyrektorka S.P. nr 81 w Gdańsku.

Zupełnie odmiennego zdania jest wicedyrektor Sławomir Zając z S.P. nr 52.

Nie mamy klas integracyjnych, więc nie widzę potrzeby zatrudniania asystentów, skoro nasi nauczyciele doskonale radzą sobie bez pomocy

— deklaruje wicedyrektor z Gdańska.

Niektóre gminy próbują sobie poradzić z nowelizacją w zaskakujący sposób. I tak Warszawa, zamiast zgodnie z zaleceniem resortu oświaty szukać pieniędzy, których nie ma, szuka asystentów w ramach wolontariatu.

Szkoła Podstawowa nr 222 zgłasza zapotrzebowanie na pracę wolontariuszy z dziećmi sześcioletnimi w ramach zajęć dydaktycznych oraz świetlicowych. (…) Wolontariusz będzie wspierał nauczyciela w pracy z uczniami

— takie ogłoszenie na portalu „ogłoszenia.ngo.pl” zamieściła dyrektorka warszawskiej podstawówki im. Jana Brzechwy.

Jeśli najbogatszej polskiej gminy nie stać na zatrudnienie asystentów, to jak poradzą sobie uboższe gminy? Wychodzi na to, że świetnie napisana nowelizacja zakładająca, że szkoła może, ale nie musi zasilić kadrę asystentami, pozostanie martwym zapisem.

Jednak największą burzę nowelizacja wywołała w Związku Nauczycielstwa Polskiego. Wiceprezes ZNP, Krzysztof Baszczyński obawia się, że asystenci będą zagrożeniem dla stałej kadry, zatrudnionej w oparciu o Kartę Nauczyciela.

Nowelizacja doprowadzi do tego, że tylko nauczyciele pracujący przy tablicy będą zatrudnieni na podstawie karty, a do pozostałych będzie miał zastosowanie kodeks pracy

— przekonywał w „Gazecie Prawnej”.

Oświatowe związki zawodowe odbierają nowelizację jako rządową próbę wyprowadzenia Karty Nauczyciela, a w konsekwencji wyparcie ze szkół nauczycieli zatrudnionych w oparciu o ten dokument i zastąpienie ich „tańszymi” asystentami zatrudnionymi przez gminy. Rząd jest bardziej optymistyczny od przedstawicieli związków.

Zatrudnianie asystentów zmniejszy bezrobocie wśród nauczycieli

— to jedna z prognoz rządu opisanych w „Gazecie Prawnej”.

Można byłoby uznać, że rząd pomyślał o wszystkim. Jednym zamachem ułatwi pracę nauczycielom, zapewni komfort maluchom w szkole i zmniejszy bezrobocie. Szkoda, że jednocześnie próbuje się wyślizgać z kosztów przedsięwzięcia i znalezienie środków na zrealizowanie swoich innowacyjnych rozwiązań pozostawia gminom. Łatwo wymyślić i wprowadzać „ułatwienia”, za które nie trzeba być odpowiedzialnym, a jeszcze łatwiej czynić to na cudzy koszt.

Katarzyna Kawlewska