Gdyby głupota umiała fruwać, niektórzy uczestnicy tej debaty mogliby się nieźle poturbować w zderzeniu z sufitem. Mowa o debacie, dotyczącej prawodawstwa Unii Europejskiej  o prawach kobiet i statusie homoseksualizmu, zorganizowanej w marcu przez Koło Naukowe Problematyki Współczesnych Stosunków Międzynarodowych UKSW.

Na tle debatujących, wyraziście swą obecność zaznaczyła członkini Kongresu Kobiet, prof. Monika Płatek z Uniwersytetu Warszawskiego, która na wstępie usiłowała wytłumaczyć, co znaczy dyskryminacja, tudzież dyskryminacja pozytywna, a następnie postanowiła zapoznać słuchaczy z rodzajami orientacji seksualnych.

Dyskryminacja polega na gorszym traktowaniu innych ludzi. Istnieje termin dyskryminacji pozytywnej, który polega na tym, że setki lat tworzyliśmy przepisy, które wykluczały pewne grupy. To jest dość zrozumiałe, że po to, aby przełamać to, co się nam kulturowo utrwaliło, jako „naturalne”, to istnieje termin dyskryminacji pozytywnej. I politycy, którzy działają dość długo, powinni to rozumieć-

tłumaczyła studentom prof. Płatek.

Przyznam, że nie rozumiem tej definicji, ale może to wynika z tego, że nie jestem politykiem ani profesorką Uniwersytetu Warszawskiego. Liczę, że przynajmniej studenci obecni na debacie zrozumieli, gdyż co jakiś czas wybuchali szczerym śmiechem. Pewnie z życzliwości dla mówczyni.

Jest orientacja heteroseksualna, która charakteryzuje się tym, że jest TEGO najwięcej-

ciągnęła wywód członkini Kongresu Kobiet.

Zawsze myślałam, że ta orientacja charakteryzuje się ukierunkowaniem popędu seksualnego do osobnika odmiennej płci. Tak przynajmniej uczono mnie na biologii. Ale to była stara PRL-owska szkoła, więc mogło się od tamtej pory coś zmienić.

Poza tym jest orientacja biseksualna, która oznacza pozytywny stosunek seksualny zarówno do swojej płci, jak przeciwnej. Wreszcie mamy orientację homoseksualną, jest tego w każdym środowisku 10 proc. (..) Wreszcie jest to, co jest najrzadsze, to jest aseksualizm-

kontynuowała prof. Płatek. Na koniec opowiedziała jeszcze o ostatniej występującej w przyrodzie orientacji- autoseksualizmie.

I wreszcie jest orientacja autoseksualna, co nie oznacza seksu w samochodzie, tylko możliwość spełniania się z samym sobą-

zażartowała Płatek.

Zamierzony żarcik się nie udał, bo tym razem nikt się nie śmiał. Pewnie studenci zastanawiali się nad stwierdzeniem, że w każdym środowisku jest 10 proc. homoseksualistów. Osobiście nie znalazłam takich statystyk, ale skoro prof. Płatek ma takie informacje, nie będę z tym dyskutować. Przecież przygotowując się do debaty, z pewnością zrobiła to rzetelnie. Sprawdziła środowiska wiejskie, miejskie, konserwatywne, kibicowskie oraz wszelkie inne i wyszło co wyszło. Rozumiem, że w środowisku LGBT też jest 10 proc. homoseksualistów. Skoro tak jest, to znaczy, że 90 proc. tego środowiska tylko udaje gejów czy lesbijki, pewnie w celu skorzystania z szerokiego wachlarza dodatkowych praw dla mniejszości, którymi hojnie obdarowuje ich Unia Europejska. Czym ich zresztą rozzuchwala do walki o nowe przywileje. Obecnie walczą o prawo do homomałżeńst i do adopcji. Nie wiem tylko czemu zależy im na adopcjach, skoro pani prof. Płatek twierdzi, że pary homoseksualne same mogą urodzić sobie potomka.

Jak się państwo przyjrzycie takim krajom jak Izrael, Stany Zjednoczone, Skandynawia, to w związkach jednopłciowych rodzi się tyle samo dzieci, a często więcej, niż w związkach różnopłciowych-

oświeciła studentów prof. Płatek.

Tego studenci już nie wytrzymali, a jeden z nich zaczął drążyć:

Jak dwie osoby tej samej płci mogą urodzić dziecko? Szczególnie dwóch mężczyzn?-

zapytał słuchacz debaty.

Eltona Johna pan zna? Elton John, taki piosenkarz-

odrzekła prof. Płatek.

I to musiało wystarczyć za odpowiedź. Nie wiem czy Płatek chciała przez to powiedzieć, że Elton John urodził dziecko, czy zwyczajnie zabrakło jej „argumentu” na potwierdzenie śmiałej tezy o porodach gejowskich. Sądząc po konsternacji na sali, słuchacze też niezbyt zrozumieli intencję profesorki.

Jednak mnie nie dziwi kuriozalna wypowiedź członkini Kongresu Kobiet, ponieważ kilku „poważnych debat” z udziałem genderystów, już wysłuchałam. Mam zaprawę. Tak właśnie tłumaczą owi „profesorowie postępu”, zasadność rozszerzenia praw homoseksualistom, walkę o równouprawnienie i tolerancję. Ich argumenty i naukowe tezy mają tyle wspólnego z retoryką, co gej z ciążą partnera. Ilekroć słucham takich debat, które nota bene bardziej przypominają kabaret, zastanawiam się nad kondycją psychiczną niektórych uczestników. Cóż, nie mnie oceniać stan zdrowia ekspertów zapraszanych do dyskusji. Mogę tylko zakończyć tak samo jak zaczęłam- gdyby głupota umiała fruwać…

Zobacz wideo

Katarzyna Kawlewska