Pożegnanie Jana Frycza. „Urodziłeś się, żeby być aktorem”Pożegnanie Jana Frycza. „Urodziłeś się, żeby być aktorem”

mid-26907234.webp
PAP/Leszek Szymański / Pożegnano aktora Jana Frycza
FacebookTwitter

Bliscy i przyjaciele w poniedziałek na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim pożegnali zmarłego 15 sierpnia Jana Frycza.

W liście skierowanym do uczestników uroczystości, odczytanym przez wiceministra Sławomira Rogowskiego, szefowa resortu kultury napisała, że „trudno żegnać aktora, którego głos, twarz i sposób bycia zapisały się tak mocno w naszej pamięci”.

Przez niemal pięć dekad wychodził na scenę, stworzył dziesiątki niezapomnianych ról. Pracował z najwybitniejszymi polskimi reżyserami. Był obecny w teatrze, kinie i telewizji, ale liczby i tytuły nie mówią o nim najważniejszego, bo Jana Frycza nie dało się pomylić z nikim innym

– wskazała.

Jak zaznaczyła, Frycz miał „niezwykłą sceniczną obecność, potrafił z ciszy zrobić scenę, z jednego spojrzenia - całą historię człowieka”.

Nie grał po to, żebyśmy podziwiali aktora. Grał po to, żebyśmy zobaczyli człowieka. Jego bohaterowie często byli trudni, niejednoznaczni, czasem mroczni, ale zawsze prawdziwi

– podkreśliła.

Minister kultury napisała, że właśnie tej prawdy Frycz szukał w swoim zawodzie.

Dlatego był nie tylko wybitnym aktorem, był także ważnym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń artystów. Partnerem, kolegą, mistrzem

– dodała.

Jan Frycz pozostał człowiekiem teatru do końca. Jego ostatnią rolą był Król w "Termopilach polskich" Jana Klaty na scenie Teatru Narodowego. Niedługo przed śmiercią uczestniczył jeszcze w próbach kolejnego spektaklu - "Oresteja”

– przypomniała Cienkowska.

To bardzo symboliczne, bo dla aktora scena jest czymś więcej niż miejscem pracy, jest domem

– dodała.

Dzisiaj ten dom na chwilę milknie, ale nie jest pusty. Zostają role, głosy, spojrzenia, gesty. Zostają w pamięci widzów i artystów, którzy mieli szczęście z nim pracować. Teatr jest sztuką ulotną. Spektakl się kończy, gasną światła, scena pustoszeje. A jednak coś pozostaje. I dlatego wielki aktor może odejść z życia, ale nie odchodzi z teatru

– wskazała szefowa MKiDN.

Urodzony aktor

Co mogę powiedzieć o tobie, osobie tak bliskiej, obecnej w moim życiu ponad 50 lat? W roku 1974 przyszedłeś do mnie, niezwykle przystojny, i aksamitnym barytonem powiedziałeś: nazywam się Jan Frycz i proszę przygotować mnie do egzaminu do szkoły teatralnej. Zapłacę panu. A ja po kilku spotkaniach zdałem sobie sprawę, że chyba niewiele cię nauczę, bo ty wszystko umiesz. I powiedziałem: składaj papiery

– wspominał Mikołaj Grabowski, reżyser, aktor, pedagog, profesor sztuk teatralnych.

Jego zdaniem, określenie „wykuwanie roli” nie pasowało do pracy aktorskiej Frycza.

Twoje role pojawiały się w sposób naturalny, swobodny, niewymuszony. Tak się chyba mówi o kimś, kto urodził się, żeby być aktorem. Ale byłeś też kolorowym człowiekiem, prowokatorem, wygłupiaczem, ironistą, radykałem nieuznającym kompromisów. Podglądaczem i obserwatorem ludzi i sytuacji, które potem z lubością odgrywałeś, doprowadzając nas do spazmatycznego śmiechu. Byłeś nie do podrobienia

– mówił.

W listopadzie mieliśmy grać „Kwartet”, ale ty opuściłeś swoje krzesło i nie stawisz się na spektakl. Boli bardzo to zniknienie twoje. Zgasły światła, kurtyna opadła, aktor zszedł ze sceny i otoczyła go cisza

– dodał.

Fenomen aktorstwa

Jana Frycza żegnał również aktor oraz wieloletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Jan Englert.

Uważałem się za zawodowego starszego brata Jana Frycza. Myślę, że to była świadomość jednostronna - on nigdy nie czuł się ode mnie młodszy. Bardzo trudną jest rzeczą dla starszego brata stwierdzić, że młodszy jest zdolniejszy. Wielokrotnie tego doświadczyłem

– mówił.

Podkreślił, że mówimy o „fenomenie aktorstwa Jana Frycza”.

Rzadko z nim grałem. Tak się złożyło, że częściej go reżyserowałem, więc relacja tego starszego brata z młodszym bratem powinna być zachowana. Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka, i to było fantastyczne

– przyznał Englert.

Janek był jednocześnie rozentuzjazmowanym chłopcem i zgorzkniałym, sceptycznym starszym panem. Te dwie postaci mieszkały w nim nieustannie. Nie było wiadomo, czy dziś będę rozmawiał z Fryczem, który biega z jego modelem samolotu i chce, żeby pofrunął, czy z tym, który uważa, że wszystko jest okropne, przestarzałe i trzeba od nowa zacząć. Uczył mnie tego, że nic nie jest nam dane na zawsze

– dodał.

Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka. To było fantastyczne. Nie wiedziałem, co zaproponuje. Czasami, jak już graliśmy przedstawienia, nie wiedziałem, co zagra: czy będzie dzisiaj zgorzkniałym starcem, czy entuzjastą młodości. Wymykał się kategoriom

– wspominał Jan Englert.

Nienasycony artysta

Reżyserowi Janowi Klacie z Janem Fryczem kojarzy się określenie „nienasycony”.

Był nienasyconym artystą, ale i nienasyconym człowiekiem

– powiedział, dodając, że Frycz był także „nieprawdopodobnie uroczy”.

To nie tylko był aktor, który potrafił wszystko. Ale z tego, że potrafił wszystko, wyciągał wniosek, że istnieje „jeszcze więcej” niż wszystko, że chciałby spróbować czegoś jeszcze. W tym poszukiwaniu ciągle nowych rzeczy był nieprawdopodobnie żarliwy, bezwzględny w żarliwości, bardzo mocno wymagający

– zaznaczył.

Ale jak zastrzegł, Frycz wymagał najpierw od siebie, a następnie od innych.

Był osobą, która potrafiła wskoczyć w szczeliny rzeczywistości na moment, a potem mieć do tego dystans. Niezwykłe były te momenty obcowania z nim na próbach, ale także podczas każdej rozmowy

– powiedział.

Klata określił Frycza jako człowieka błyskotliwego, nie tylko dowcipnego, ale także obdarzonego poczuciem humoru.

Poczucie humoru mają ludzie, którzy mają dystans do siebie, potrafią się z siebie śmiać. To było coś nadzwyczajnego

– zaznaczył dyrektor Teatru Narodowego.

Wskazał ponadto, że u Jana Frycza do końca widać było ciekawość świata.

Do ostatniej chwili nie tylko snuł plany na przyszłość, ale też ciężko pracował nad „Oresteją”

– dodał.

Interesował się tym, co dzieje się w teatrze. – Patrzył na swoich młodych kolegów i mówił o nich fantastyczne, pozytywne rzeczy. Nie było w nim cienia demonstracyjnego mistrzostwa

– powiedział Klata.

Moc gestów 

Reżyser Krystian Lupa w liście odczytanym podczas uroczystości napisał, że Jan Frycz miał „niezwykły ciężar i moc gestów i słów, które wydobywał, wyrzucał na zewnątrz ze swoich nawiedzających go wyobrażeń”.

Wtedy przez jego ciało, przez jego twarz przebiegał osobliwy pierwotny skurcz. Nie wiem jak go nazwać - pierwotny, zwierzęcy, szamański. Wyobrażenie wydobywało się jak wyrzucony w przestrzeń kamień i lądowało bezpośrednio w ciele widza

– wskazał.

Mam pewność, że jego nieprzemijająca aktorska moc zasadza się w tym trudnouchwytnym rejonie

– ocenił.

Janek Frycz - tak trudno mi powiedzieć Jan - ze swoim nieuleczalnym niepokojem marzyciela, z duszą poety, wędrującego trubadura to, jak myślę i jak wierzę, sekret jego nieśmiertelności, a przynajmniej sekret nieśmiertelności urodzonych przez niego postaci

– zaznaczył.

Własny język sceniczny 

List od prezydenta m. st. Warszawy Rafała Trzaskowskiego odczytał dyrektor Biura Kultury Artur Jóźwik.

Jan Frycz był nie tylko jednym z najwybitniejszych polskich aktorów. Miał własny język sceniczny, własny sposób patrzenia na człowieka. Potrafił sprawić, że milczenie stawało się dialogiem, gest stawał się zdaniem, a człowiek którego grał przestawał być postacią z dramatu, stając się kimś nam bliskim

– napisał Trzaskowski.

Jak podkreślił, teatr nie był dla Frycza zawodem, „ale ciągle żywym pytaniem: co jeszcze można powiedzieć? Jak jeszcze można pokazać człowieka? Jak dziś opowiedzieć o winie, odpowiedzialności, miłości, przemocy, samotności, starości, przemijaniu?”.

To być może najpiękniejszy wymiar jego aktorstwa: Jan Frycz nie odpowiadał za nas, on stawiał pytania i zostawiał nas z nimi. Jego wszystkie role pozostaną w naszych wspomnieniach nie jako efektowne kreacje lecz jako spotkania z ludźmi, których - choć byli fikcyjni - przez chwilę mogliśmy uznać za prawdziwych

– dodał.

Jan Frycz 

Jan Frycz urodził się 15 maja 1954 r. w Krakowie. W 1978 r. został absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W tym samym roku zadebiutował w „Damach i huzarach” wg Aleksandra Fredry w reż. Mikołaja Grabowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Przez wiele lat był podporą Starego Teatru w Krakowie, grając m.in. w spektaklach Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego oraz Jerzego Grzegorzewskiego.

Najważniejsze kreacje - m.in. Iwana w „Braciach Karamazow” wg Dostojewskiego, Escha w obu częściach „Lunatyków” wg Brocha, Poncjusza Piłata w „Mistrzu i Małgorzacie” wg Bułhakowa, a później w „Wycince” wg Bernharda. Stał się jednym emblematycznych aktorów. W ubiegłym sezonie, 12 lat po premierze, powrócił do roli Aktora Teatru Narodowego w „Wycince”, pierwotnie zrealizowanej w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a wznowionej w Teatrze Polskim w Podziemiu. Miał zagrać ją jesienią na festiwalach teatralnych w Katowicach i Krakowie.

Na ekranie zaczął pojawiać się pod koniec lat 70., jednak wówczas jeszcze skupiał się na teatrze. W 1986 r., zapytany o swoje role filmowe, odparł:

A cóż ja takiego zagrałem w kinie? Nie lubię filmu, boję się filmu, nie wierzę w film

Później to się zmieniło. Stworzył niezapomniane kreacje nieszczęśliwie zakochanego młodego pisarza w „Pożegnaniu jesieni” i porucznika Jefimowa w „Łagodnej” Mariusza Trelińskiego. Był Józefem w „Pestce” Krystyny Jandy, apodyktycznym ojcem w „Pręgach” Magdaleny Piekorz, bezwzględnym pułkownikiem Wasiakiem w „Różyczce” Jana-Kidawy Błońskiego, a także mecenasem Wilczkiem w „Bezmiarze sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego. W ostatnich latach zagrał również głośne role Daria w serialu „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego i więźnia „Starego” w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” Jana Holoubka.

Artysta miał na swoim koncie wiele nagród, wśród nich zdobytą w 2003 r. podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni statuetkę dla najlepszego aktora drugoplanowego za „Pornografię” Jana Jakuba Kolskiego oraz trzy Polskie Nagrody Filmowe Orły - za kreacje w „Pornografii”, „Pręgach” i „25 latach niewinności. Sprawie Tomka Komendy”. W 2005 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2005 r. uhonorowano go Srebrnym, a w 2015 r. - Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Choć w ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, pozostawał aktywny zawodowo. Zmarł w wieku 72 lat.

as/źr. wPolityce.pl za PAP

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Staniewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.