Kiedy w warszawskim Teatrze Dramatycznym triumfy święci „Hamlet” z Krzysztofem Szczepaniakiem, Współczesny odpowiada wznowieniem „Hamleta” z Borysem Szycem. I w tym nie ma niczego niezwykłego, to jeden z teatralnych fundamentów cywilizacji. Kto jednak mógł przypuszczać, że aż w dwóch stołecznych teatrach pojawi się równocześnie sztuka „Bóże mój” izraelskiej pisarki Anat Gov?
To znaczy premiera w Teatrze Mazowieckim, w reżyserii Marka Pasiecznego, pojawiła się trzy lata temu. Teraz Andrzej Seweryn odpowiedział przedstawieniem w Polonii dając jedną z dwóch głównych ról swojej córce Marii. To pokazuje nota bene jak ważna bywa dla nas dramaturgia izraelska, nie tylko w wersji Hanocha Levina. I dobrze, bo to ciekawe teksty.
Tak się składa, że z trzyletnim opóźnieniem miałem okazje zajrzeć na Elektoralną 12 i zerknąć na wersję Pasiecznego. To klasyczny przykład przedstawienia robionego poza głównymi scenami, kameralnego, trochę niszowego, a przecież w niczym nie uwłaczającego podstawowym kanonom. Mamy spektakl grany blisko widzów, w oszczędnych, symbolicznych dekoracjach Joanny Machy i Marceliny Początek-Kunikowskiej. Mamy tło muzyczne oparte na motywach żydowskich, mamy nawet scenkę na ekranie, jednym słowem wszystko co nam teatr współczesny oferuje.
I mamy koncert na dwoje dobrze poprowadzonych aktorów: Dorotę Landowską i Andrzeja Mastalerza. Aktorów wspaniałych, przykuwających uwagę, jakby stworzonych do teatru dyskursywnego, jednak z nutką autoironii. Jeśli o coś mieć pretensję, to tylko o takie ich ustawienie (a właściwie usadzenie), że widzowie z boku gorzej widzą jedną z postaci, lepiej drugą, co przy tak skupionym na twarzach i wzajemnych relacjach widowisku jest jakimś mankamentem.
Warto jednak zdradzić, o czym to jest. Bo z tego wzięły się pierwsze moje wątpliwości. Poszedłem unikając czytania streszczeń i w pierwszych minutach nie rozumiałem, z czego śmieją się porozumiewawczo widzowie, kiedy psychoterapeutka wypytuje pacjenta, kim on jest – zaskoczona jego dogłębną wiedzą na jej temat. A jest on – ja jednak też zdradzę – Panem Bogiem we własnej osobie. Cała reszta wynika z tego pierwotnego założenia. Bóg szuka profesjonalnej pomocy.
Bóg jako prawie zwyczajny gość to częsty wątek w popkulturze. W „Bruce Wszechmogący” ma on twarz Morgana Freemana, a w belgijskim filmie „Zupełnie Nowy Testament” jest antypatycznym ojcem rodziny. Czy mnie to oburza? Nie. Uważam, zupełnie jak twórca „Dogmy” Kevin Smith, że Bóg, który stworzył dziobaka, ma poczucie humoru. Tam zresztą także się pojawił, a na koniec okazał kobietą.
Miałem inny problem. Pomimo rozluźniających wstawek, opowieść izraelskiej pisarki (zmarłej przedwcześnie w roku 2012) jest bardziej serio. Dotyka się spraw fundamentalnych, takich które z wiekiem mnie niepokoją coraz bardziej. Kiedy Bóg-Mastalerz narzeka na człowieka, który mu się „nie udał”, natychmiast w głowie pojawia się pytanie: predestynacja czy wolna wola. Pytanie o gigantycznych konsekwencjach, które na dobrą sprawę powinno nas paraliżować.
Czy godzi się je obchodzić, zbywając ciągiem zabawnych paradoksów? Jeszcze większymi paradoksami są wizje Boga tracącego wszechmoc, chorego, czy chcącego umrzeć. Pani Gov nie tylko opowiada bajkę będącą na bakier także z mozaistyczną ortodoksją, ale uprawia slalom między rzeczami ostatecznymi, we mnie budzącymi wręcz grozę. Takie były moje pierwsze odruchy, kiedy słuchałem skądinąd dobrze napisanego, zgrabnego tekstu, skrzącego się sofistyką. Potem jednak zacząłem się wypogadzać. A może to nie opowieść o rzeczach ostatecznych, a tylko rozrachunek z groźną, pierwotną religią żydowską? No ale przecież mozaizm to także część spuścizny chrześcijaństwa. Jak się z tym pogodzić? Jak zinternalizować przypowieść o Hiobie, gdzie paradoks goni paradoks? I nie są to już paradoksy zabawne, a bardzo ponure.
A może jednak „Boże mój” to nie opowieść o Bogu, jakim on jest naprawdę, a o nas, o samym człowieku? Może psychoanalityczka- Landowska, matka autystycznego dziecka, rozmawia w istocie sama ze sobą. Zagląda w głąb siebie? Kiedy tak na to spojrzymy, zyskamy uspokojenie. I nawet coś jeszcze: szczyptę optymizmu, uśmiechu przez łzy. Bo co tak naprawdę oznacza, że zyskała ukojenie, pogodzenie z losem? Każdy udzieli innej odpowiedzi. Jednak zamiast wrażenia, że dotykamy zuchwale nieznanego, zakrytego, dotkniemy po prostu wiary w ziemską harmonię, w równowagę, w kierowanie się dobrem.
Już sam fakt przeprowadzenia takiego myślowego przewodu, to gratka. A możliwość obcowania z pięknym teatralnym słowem i z dojrzałym aktorstwem tej dwójki? Nie tylko jest wartością samą dla siebie. Może też czemuś służyć.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/441459-boze-moj-teatr-o-tajemnicy
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.