Niektórzy krytycy lubią się krzywić na Jacka Bromskiego, było nie było przewodniczącego Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Że zręczny rzemieślnik, ale nie artysta. Nie zgadzam się z takim nastawieniem. A TVP2 pokazując jego „Bilet na Księżyc” sprzed czterech lat, utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest o co kruszyć kopie.
Sam niedawno podrwiwałem z ostatniej jego produkcji: „Anatomii zła”, w której 71-letni dziś Bromski wpadł w pułapkę kopiowania zachodniego formatu z zawodowym mordercą jako sędzią niemoralnego świata, co przy okazji oznaczało niezbyt przyjemny i zresztą nietypowy dla Bromskiego moralny relatywizm. Ale to, mam wrażenie, tylko wypadek przy pracy.
Bromski to sól kina, spec od filmów środka, które nie są superduszną „Ostatnią rodziną”, ale nie są też „Kac Wawą”, a to między tymi skrajnościami jest rozpięte polskie kino. To znawca ludzkich emocji. Gra na nich, prawda, ale w sposób szlachetny, bo jest także niepozbawionym wrażliwości obserwatorem – i polskiej historii, i ludzkiej duszy. Czasem więcej było historii („Kuchnia polska”, „Uwikłanie”), czasem człowieka („Dzieci i ryby”, „U Pana Boga za piecem”). Ale choć zdarzały mu się populistyczne kiksy („Kariera Nikosia”), nawet w nich potrafił się zdobyć na celne obserwacje i nie zbywało mu na dowcipie. A filmy środka są kośćcem zachodnich, zwłaszcza amerykańskiej, kinematografii.
Pozornie „Bilet na Księżyc” jest złożony z popularnych schematów. Starszy (w tym przypadku brat) wprowadzający nieopierzonego młodzieńca w życie pełne cwaniactw i kompromisów. A przy okazji podróż staje się okazją do innej popularnej sztuczki – pokazania PRL jako zbioru rodzajowych anegdot. Bo brat wiezie brata do wojska – z Podkarpacia do Świnoujścia – w roku 1969. Roku lądowania Amerykanów na Księżycu.
Ale już tym się Bromski wyróżnia, że misję pokazywania polskiej historii młodym widzom traktuje serio. PRL staje się w jego ujęciu przestrzenią zrazu zabawną, potem coraz groźniejszą. Warto takie rzeczy pokazywać nawet za cenę przesady. Może zgłosiłbym kilka drobnych remanentów co do realiów. Czy dwaj chłopcy z Rzeszowszczyzny nosiliby wtedy długawe włosy? Czy spotykani na drodze ludzie mówiliby tyle o polityce? Hm.
Ale owacje za nagły zwrot akcji – było śmiesznie, a tu nagle dostajemy zawrotu głowy od dramatycznego zaskoczenia. Życie definitywnie przestaje być słodkie, nawet jeśli finał okazuje się mniej dołujący, niż się spodziewamy. W każdym razie przejmujemy się. A bywa też, przynajmniej chwilami, głęboko, wręcz tajemniczo. Czy zabujanie się młodziaka w starszej artystce jest prawdziwe? Czy to tylko odmiana marzeń o Księżycu? Odpowiedź nie pada, bo w życiu o odpowiedzi trudno. Może to nawet bardziej smutne niż obrachunki z późnogomułkowskim komunizmem.
W każdym razie ja, stary chłop, się wzruszyłem. Spora to zasługa utalentowanego Filipa Pławiaka, który raz za razem ujawnia różne twarze (w „Czerwonym pająku” był młodocianym psycholem Karolem Kotem, także z PRL). Tu jest delikatny, budzący instynktowną sympatię. A Anna Przybylska… Każda jej rola oglądana po kilku latach przypomina, jaką ponieśliśmy stratę.
Piotr Zaremba
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kultura/346797-zaremba-przed-telewizorem-z-bromskim-na-ksiezyc
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.